Proszę forumowiczki i forumowiczów o spojrzenie na moją sytuację trzeźwym, postronnym okiem i zaoferowanie porady odnoszącej się do moich okoliczności.
Mojego obecnego partnera spotkałam zaraz po rozpadzie poprzedniego związku, który był dla mnie bardzo traumatyczny. Czułam się szalenie samotna - przyjechałąm do Angli sama jak palec jako 19 latka i 10 lat później ten stan utrzymywał się dalej, mimo licznych prób wchodzenia w związki i układania sobie życia.
Jestem troche osobą w typie "wszytsko albo nic." Zawsze było mi dosyć łatwo "wyczuć" kto mi się podobał a kto nie, odrzucałam wielu kandydatów już na wstępie ale jak któryś zapalił we mnie ta lampkę ekscytacji to wchodziłam w takie związki "na maxa."
Po krótkim czasie euforii każdy z moich partnerów zaczął dla mnie wyglądać nieco badziewnie i zaczeła się we mnie kultywować wielka nieufność i gniew a z czasem ataki paniki i strachu. Wraz z moja zwiększoną nieufnością relacje zaczynały dalej psuć sie jeszcze bardziej. Pod wątpliwość wchodziły cechy typu - jest zimny, nie pomaga mi, nie nosi mnie na rękach, zostawia mnie cały czas samą, mało się widujemy, nie odpisuje mi dostatecznie szybko itp. Analizowałam każdy mały kroczek tych facetów i oceniałam negatywnie. Jednak mimo tego dziwnym trafem chciałam zawsze walczyc o te związki – nawet jak facet z czasem zaczynał być więcej poza domem niz ze mną w domu i wyraźnie próbował sie wyrwać. Ja widziałam te wszytskie negatywy ale jakimś gestem sado-maso siedziałam na siłe – przerażona wizja samotności i kolejnych starań przy szukaniu kogos kto mi sie chociaż troche spodoba.
Prawda jest jednak też taka, że większośc z tych mężczyzn była Anglikami i typowo dla tego gatunku rozwiązłymi i zimnymi, więc moje obserwacje nie były jakieś urojone... Jednak mimo wszystko.
No więc po serii takich związków - gdzie czułam się bardzo pokrzywdzona i zaniedbana, mimo że to ja zwykle inicjowałam kłótnie o rzeczy wspomniane wyżej – postaniowiłam sobie, że tym razem znajdę sobie po prostu faceta, który będzie mnie dobrze traktował, będzie starszy i dojrzalszy i będzie chciał dokładnie tego co ja juz na wstępnie – czyli założenia rodziny.
No i właśnie, voila, pojawił sie mój obecny partner który dokładnie spełnia ten opis. Na początku nawet mi się spodobał – nie wyglądał może jak Adonis ale miał coś w sobie. Kiedy rozmawialiśmy na stronie randkowej był zabawny, nasze pierwsze spotkania trwały po kilka godzin i mielismy rozległe dyskusje o zyciu. Myślałam – super, w końcu mogę mieć jakąś głebszą dyskusję z facetem. No i w pięknym stulu przynosił mi wielkie bukiety róż i ulubiony Baileys na kazde spotkanie. Zdecydowanie mnie podbudowywał.
Nie wiem w którym momencie jednak on zaczał mnie trochę odpychać... Myślę, że to zaczeło się przez jego charakter raczej niz sam wygląd – bo po czasie okazało się, że mój luby jest jak dla mnie aż nad wrażliwy, przyklejony do mnie jak rzep i bardzo podatny na wszelkie stany depresyjne. Jakaś fraza wypowiedziana żartem typu „masz włosy tak gęste jak turecki dywan” sprawiała, że jego oczy automatycznie się „szkliły” jakby miał zacząć płakać i siedział cicho ‘zraniony.’ Albo przychodził mnie odwiedzić i był jakby kompletnie sparalizowany - tylko się na mnie patrzył wielkimi oczami i nic nie mówił, tak ze musiałam gaić rozmowę. Myślałam, że jest może nie do końca mnie pewny i dlatego tak sie zachowuje. Gdy z nim o tym rozmawiałam nie potrafił wytłumaczyć tego zachowania.
Oświadczył mi sie w Nowy Rok i później się razem wprowadzilismy – myślałam, że sprawi to, że będzie czuł sie lepiej... Ale nie, teraz moje życie jest wypełnione długimi wieczorami gdzie jeżeli ja nie zacznę rozmowy to on już na pewno nie – w dodatku w duchu się za to na mnie obrazi. Więc jest prawie ciągła cisza bo mnie też znudziły jednostronne dywagacje, on nie potrafi opowiedzieć nawet prostej historii o swoim dniu bo przecież „nic ciekawego się nie działo”,a juz w ogóle mogę zapomnieć że będzie próbował mnie rozśmieszyć jak kiedyś przez internet. Wszelkie rozmowy z nim na ten temat kończą się jakims tam jego wymuszonym staraniem przez dzień lub dwa i póżniej jest powrót do normy. Jakby miał wolna rękę to myślę, że by tylko gotował końskie porcje jedzenia, jadł i pił alcohol użalając się nad sobą w typowy dla niego hiper-poważny i depresyjny sposób. On ma 36 lat a jeszcze rozpamiętuje swoje dzieciństwo i wini rodziców za swoje niepowodzenia. Nie dlatego, że byli alkoholikami czy że nie dali mu dachunad głowią - ale dlatego, że się kłócili! O Jezu... U mnie w rodzinie odbywały się czasem koszmarne kłótnie wraz z rękoczynami i jakoś nie spuszczam się nad tym i idę do przodu a już na pewno nie winie rodziców za wszystko co mi w zyciu nie wyszło.
Nie moge powiedzieć, że jest jakis leniwy czy złosliwy w tym swoim zachowaniu – po prostu jego otacza jakaś wieczna beznadzieja, którą on jeszcze kultywuje jaj jakieś chore hobby. Zastanawiam sie czy nie ma na mnie po prostu focha bo powiedziałam mu by nie pił i nie jadł tyle cały czas - być może stąd ten jego brak satysfakcji z życia bo zanim gopoznałam to tak własnie spdzał kazdy wieczór - jedząc i chlejąc z najlepszym kumple. Cały czas jest smutny i gapi się w ścianę. Nasze życie seksualne nie istnieje bo po pierwsze on odpycha mnie swoim wizerunkiem – wielkie oczy, szeroka smutna twarz i brzuch a po drugie on nigdy nic nie inicjuje bo boi się, że ja może nie będe chciała gdy on zainicjuje. Jakaś masakra!
Tak – jest dla mnie dobry, zawsze robi zakupy, pomaga mi sprzątać a niektóre tygodnie sprząta więcej ode mnie, zawozi mnie wszędzie gdzie muszę iść i jest gentlemanem. Te cechy sprawiły, że myślałam że będzie dla mnie dobrym partnerem jako mąż w przyszłości. Jednak jego brak pewności siebie czy jakiejkolwiek charyzmy zabija ten związek. Nie mówiąc już, że mogłby sie wziąć za siebie a nie robić z siebie starszego pana z brzuszkiem i brodą... Teraz okazało sie jeszcze, że jestem z nim w ciązy i ten mój stan ciązowy dodatkow POTĘGUJE moje niezadowolenie – do tego stopnia że zaczynam sobie siebie wyobrażać jako samotną matkę i czuć się okropnie uwięziona w tej sytuacji.
I teraz nie wiem czy powinnam po prostu faktycznie dać sobie z nim spokój i wychować dziecko sama czy iść na jakąś terapię i przyjrzeć się dlaczego w każdym ciągle widzę wady i z nikim nie mogę się ułożyć...