Trudna miłość z wieloma zakrętami - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Trudna miłość z wieloma zakrętami

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 3 ]

1 Ostatnio edytowany przez Aiina (2015-12-29 19:37:10)

Temat: Trudna miłość z wieloma zakrętami

Cześć kochani. Długo zbierałam się do tego by opisać moją historię, a właściwie nie miałam tego robić w takiej formie, ale od kilku dni czytam forum, czytam tematy, widzę ilu jest tutaj mądrych ludzi, doświadczonych przez życie, którym pewnie takie problemy jak moje wydają się błahe, którzy przez podobne doświadczenia przechodzili. Postanowiłam napisać, nie wiem czy potrzebuję rad, czy wsparcia czy po prostu wygadania się... Chciałabym opisać wszystko od początku, z góry przepraszam jeśli wyjdzie mi dłuższy tekst, będę bardzo wdzięczna jeśli ktoś mimo wszystko go przeczyta.

Piszę, bo w ostatnich dniach jest ze mną kiepsko, walczę z całych sił by się podnieść ale coraz ciężej się zmobilizować by wyjść z domu, coraz mniejszą mam wiarę w życie, w szczęście, w ludzi, w to, że jeszcze może mnie spotkać coś dobrego. Gram silną, udaję przed wszystkimi a tak naprawdę jestem cieniem i wrakiem.

Dodam, że materiał jest na solidną telenowelę, więc jeśli lubicie takie rzeczy to zapraszam, nie zawiedziecie się.

Zacznę od początku bo kontekst jest ważny. W wieku 17 lat zakochałam się po raz pierwszy, zakochałam się do szaleństwa w chłopaku nieco starszym ode mnie. W tym czasie skończyłam szkołę średnią, wyprowadziłam się z domu rodzinnego, zamieszkałam w Barcelonie, dostałam się na wymarzoną uczelnię i znalazłam pracę. Sielanka. Wszystko było bardzo pięknie aż do momentu w którym rozstałam się z byłym chłopakiem. Świat mi się wtedy zawalił na głowę, byliśmy taką idealną w moim mniemaniu parą, był dla mnie ideałem, chciałam stracić z nim dziewictwo po ślubie, wyjść za niego, mieć dzieci, stworzyć rodzinę. Bardzo go kochałam (do dziś go kocham) i okazywałam mu to, dbałam o niego.

Kiedy zabrakło go w moim życiu poczułam totalny bezsens, coś we mnie się złamało, straciłam wiarę w dobro, bo będąc tak dobra dla niego zostałam w pewnym sensie oszukana. Wtedy zaliczyłam mój pierwszy upadek, zbuntowałam się, wdałam się w romans z przypadkowym chłopakiem. Ten nowy chciał się ze mną spotykać ale brzydko mówiąc "olałam go", był dla mnie tylko zabawką, czułam się tak skrzywdzona i wykorzystana, że dawałam sobie prawo do "zemsty", tyle, że nie na byłym a na przypadkowych osobach. Po krótkim czasie były chłopak zapragnął wrócić do mnie. Zgodziłam się ale nie na powrót jako para a "przyjaciele z bonusami", w tamtym momencie był już dla mnie spalony jako partner życiowy. Spotkaliśmy się jeszcze z byłym dwa lub trzy razy, ale nie było jak dawniej, pozostał pociąg fizyczny i moja miłość do niego, która nie dopuszczała powrotu do siebie na zasadach związku.

Emocjonalna szarpanina z byłym wykończyła mnie psychicznie, postanowiłam pojechać na dłuższe wakacje do rodzinnego domu, tam na miejscu przyjaciółka z dzieciństwa namówiła mnie, żeby zostać, żeby przenieść się na studia w Polsce i zamknąć jakiś rozdział życia za sobą. Tak zrobiłam, przeniosłam się do nowego miasta, zamieszkałam z przyjaciółką. Na studiach szło mi świetnie, znalazłam znów pracę, po roku od rozstania były powiedział, że związał się z inną kobietą a ja prawie zwymiotowałam z nerwów... Miałam dobre wyniki na uczelni, spokojne życie ale czułam, że tracę grunt pod nogami. Nie tego chciałam, od zawsze byłam dziewczyną, która chciała mieć rodzinę, dzieci, być panią domu, dbać o swojego mężczyznę... studia, praca to było coś do czego się zmuszałam, wiedziałam, że muszę to robić, robiłam to wszystko wbrew sobie, nie odnajdywałam się w tym.

Po zakończeniu roku akademickiego podjęłam kolejną desperacką decyzję powrotu do Hiszpanii, wybrałam sobie miasto na chybił trafił, w którym nigdy nie byłam, nie miałam o nim pojęcia, po prostu zabukowałam tani bilet lotniczy gdziekolwiek... W nowym mieście miałam kilkoro znajomych, z czasem poznałam więcej ludzi i wdałam się w różne romanse, zaczęłam pić, bo na rauszu mniej czułam. Rum, gin, wino stały się stałymi elementami mojej diety, choć w drugim miesiącu zaczęło brakować pieniędzy na jedzenie i czynsz i gryzłam trawę, to na butelkę wina zawsze się znalazło.

W tym momencie mojego życia pojawił się ON. Miał być kolejną przelotną znajomością a został kimś więcej. Szybko zamieszkaliśmy razem, trochę dlatego, że ja nie bardzo mogłam znaleźć pracę, praktycznie całe dnie spędzaliśmy razem albo u niego albo u mnie i ostatecznie zadecydowaliśmy, że zamieszkamy razem u niego w mieszkaniu. Postanowiliśmy spróbować stworzyć związek, zakochaliśmy się w sobie. On miał w miarę stałe zajęcie, pracował w firmie zajmującej się organizowaniem imprez dla turystów i różnych turystycznych wydarzeń. Po czasie pokłócił się ze wspólnikiem i założył własną firmę związaną również z imprezami dla turystów, tym razem na własną rękę. Ja chwytałam się najprzeróżniejszych zajęć i zbierałam ziarnko do ziarnka - trochę byłam kelnerką, później robiłam jakieś ulotki reklamowe dla niego lub dla innych hosteli w mieście, pomagałam mu w pracy, gotowałam kolacje dla ludzi w hostelach, organizowaliśmy wspólnie wydarzenia typu Sylwester czy Wigilia... Mimo to moje przychody z tego wszystkiego były delikatnie mówiąc marne, żeby nie powiedzieć prawie zerowe. Starałam się jak mogłam a w międzyczasie oczywiście sprzątałam, gotowałam, prałam, prasowałam mu ubrania, latałam z kanapkami jak pracował nocą... On wszystko opłacał, dawał mi pieniądze na jedzenie, kupował drobne prezenty, czasem jakieś ubranie.

Przez ten pierwszy okres było między nami dobrze, spędzaliśmy dużo czasu razem, sprawiało nam to przyjemność, cieszyliśmy się sobą i naszym uczuciem. Było w porządku, aż do momentu kiedy mijał czas a ja nie mogłam znaleźć żadnej konkretnej pracy, frustrowało mnie to i jego również, przez co zaczęliśmy się kłócić. On wypominał mi, że jestem z nim dla pieniędzy (jak uważał), ja jemu, że mnie zaniedbuje i traktuje jak praczkę i sprzątaczkę. Oboje mamy wybuchowe charaktery, jesteśmy jedynakami, troszkę egoistami, cholerykami i furiatami i każde jest dominatorem, chce żeby było na jego i po jego, więc nasze kłótnie były bardzo ekspresyjne, talerze latały po całym mieszkaniu, zdarzało nam się popchnąć czy dać sobie w twarz (czego dziś się cholernie wstydzę i gdybym mogła cofnąć czas i mieć tę głowę co teraz to zupełnie inaczej bym się zachowywała względem niego)... A raczej ja dałam jemu a on oddał raz czy dwa. Mimo to kochaliśmy się z równie dużą żarliwością i tak jak się kłóciliśmy tak się później godziliśmy.

Taka sytuacja trwała jakieś 9 miesięcy, po tym czasie jemu udało się mi załatwić pracę na recepcji w hostelu jego przyjaciółki (nie stanowi zagrożenia, bo jest to starsza pani z którą on jest trochę w relacji matka-syn), nie zarabiałam dużo ale miałam jakieś poważniejsze zajęcie i spędzałam tam kilka godzin dziennie, moja wypłata starczała na jedzenie dla nas obojga. Wtedy sporo się poukładało, przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania i mieliśmy bardzo spokojny i pełen miłości okres, który mocno nas do siebie zbliżył. Trwało to dwa lub trzy miesiące do momentu, w którym wprowadził się do nas jego kuzyn z dziewczyną.

Kuzyn okazał się być kompletnym wariatem. Wciągał jakiś biały proszek przez rulonik z banknotu i miał mocno niepokolei w głowie. Kłócił się ze wszystkimi, wyzywał dziewczynę, robili awantury. Kuzyn kłócił się nawet z moim chłopakiem, wypominał mu niewiadomo jakie rzeczy, ostatecznie przyczepił się też do mnie. W domu trwały wieczne wojny. Płakałam, prosiłam, żebyśmy się gdzieś wyprowadzili, żeby mój chłopak coś zrobił z kuzynem, a on tylko przytulał, pocieszał i mówił, że to jego rodzina i nie może go wyrzucić... Doszło do takiej paranoi, że bałam się być we własnym domu, mój chłopak pracował nocami a ja siedziałam w pokoju zamknięta na cztery spusty, kiedy kuzyn i jego dziewczyna robili awantury. Wytrzymałam miesiąc, po tym miesiącu poprosiłam przyjaciółkę chłopaka, czy mogłaby mi dać zadatek wypłaty z przyszłego miesiąca i wyprowadziłam się od chłopaka i jego kuzyna. Wynajęłam pokój 1m2 i byłam bezpieczna i spokojna. Do czasu.

Kiedy mieszkałam w nowym mieszkaniu on odwiedzał mnie praktycznie codziennie, więc niewiele się zmieniło. Któregoś dnia zrobił mi dziką awanturę spowodowaną zazdrością (bezpodstawną), którą ja pociągnęłam w bardzo głupi sposób i popełniliśmy wtedy bardzo wiele błędów. Doszło do różnych rękoczynów po raz kolejny. Oszczędzę wam szczegółów bo to opowieść na kolejny, długi post, w każdym razie to była grubsza sprawa w którą zaangażowaliśmy wiele osób. Chłopak zrzucił cała winę na mnie, odwrócił kota ogonem przed swoją przyjaciółką, straciłam pracę a później i mieszkanie. Nie miałam innego wyjścia jak wrócić do niego i tak zrobiłam (kuzyn się wyprowadził). Początkowo z rezygnacji i bezsilności, a później uczucia w jakimś stopniu odżyły. Wynieśliśmy z tego dużo, głównie to, że od tamtej pory kłócimy się dyplomatycznie, nie używamy żadnej siły. Mimo to nasz związek już nie był taki jak wcześniej. Praktycznie przestaliśmy ze sobą spędzać czas, on załatwiał swoje sprawy, ja wychodziłam z przyjaciółmi i całymi dniami mnie nie było. Dwa miesiące później przyjechali do nas w odwiedziny moi rodzice, poprosiłam ich o bilet w jedną stronę do Polski. To był pierwszy raz, kiedy próbowałam od niego odejść.

W Polsce wróciłam na studia, na poprzednią uczelnię, znalazłam pracę, mieszkanie z przyjaciółmi, i znów można powiedzieć sielanka. Jednak on walczył o mnie, kiedy nie odbierałam telefonu dzwonił, potrafiłam mieć 60 nieodebranych połączeń, nagrywał się na sekretarkę, wysyłał maile, że mnie kocha, że chce przy mnie być. W końcu przejechał 3tys. kilometrów pociągami w środku zimy, żeby się ze mną zobaczyć. Był w Polsce kilka tygodni, po czym wrócił do siebie. Kilka miesięcy później ja poleciałam do Rzymu by pobyć jakiś czas z nim i jeo rodziną. Nasza relacja w jakiś sposób odżyła i znów narobiłam sobie nadziei, że przekreślimy cała złą przeszłość i zaczniemy na nowo, tym razem bogatsi o te złe doświadczenia.

Po zakończeniu roku akademickiego kupiłam bilet i pojechałam do niego na dwa miesiące wakacji. We wrześniu miałam wrócić pozdawać kilka egzaminów i jechać na Erasmusa. On się w jakimś sensie starał, wynajął dla nas kawalerkę, bo zawsze prosiłam, żebyśmy zamieszkali razem tylko we dwoje. Ten czas wspominam bardzo miło, był czuły, kochany, ja również się uspokoiłam, dojrzałam, nie kłóciliśmy się tylko wymienialiśmy dyplomatycznie zdania i opinie. Tak się nakręciłam, że zadecydowałam, że zrezygnuję ze stypendium i ze studiów po raz kolejny i zostanę z nim. Niestety on był średnio zadowolony z mojego pomysłu, bo znów bał się o to, że będę bez pracy a on nie zdoła nas utrzymać w zimie (tam gdzie mieszka to praktycznie letni kurort wakacyjny, w zimie zarabia się o połowę mniej niż w lecie). Nastał wrzesień, zrezygnowałam ze szkoły, pod koniec września on poprosił czy mogłabym jednak wrócić do rodziców na jakiś czas bo on nie ma pieniędzy by nas oboje utrzymać (dodam, że miał na studia i nowy komputer). Poczułam się w pewnym sensie zawiedziona, nie chciałam wracać do rodziców, wyprowadziłam się z domu rodzinnego w wieku 19 lat, nie mogłam sobie od tak po prostu wrócić. Gdybym wróciła musiałabym pracować i wtedy już zostałabym tam na stałe. Miałam inny pomysł, postanowiłam wrócić do Barcelony, gdzie jest mój bliski przyjaciel i wiedziałam, że będzie mógł mi pomóc. Chłopak w ramach 'zadośćuczynienia' zorganizował dla nas weekend w Madrycie, kupił mi bilet do Barcelony. Było nam dobrze, właściwie to ja do końca wierzyłam w to, że nie da mi odjechać, że każe mi zawrócić, że powie, żebyśmy wracali razem do domu. Jednak życie to nie film, pożegnaliśmy się, na odchodne jeszcze zrobił mi cyrk przed całym autobusem z całego tego stresu na przemian wrzeszcząc na mnie i mówiąc, że mnie kocha i chce być ze mną... Całą drogę przepłakałam. To była druga próba zakończenia tego związku.

W Barcelonie mój przyjaciel okazał sie aniołem, mieszkałam u niego na kanapie przez miesiąc, podczas którego chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne i reperowałam swoje samopoczucie. Ostatecznie przyjacielowi udało się załatwić mi pracę w hostelu w którym pracował na recepcji. Wtedy stanęłam na nogi, wynajęłam własny pokój. Mojego partnera starałam się ignorować ale dzwonił, przepraszał, mówił, że chciałby, żebyśmy byli razem, że możemy razem zamieszkać w Rzymie. Obstawałam przy swoim, chociaż oczywiście zmiękłam i pogodziliśmy się. Mimo to trzymałam się pracy którą miałam tutaj. Ze dwa razy w miesiącu jeździliśmy do siebie na zmianę raz on do mnie, raz ja do niego, pomimo dzielących nas 1000km zawsze któreś wsiadało w pociąg i jechało. Były różne zgrzyty i spięcia, bo oboje jesteśmy trudni, mimo to zawsze się godziliśmy i koniec końców było nam dobrze w swoim towarzystwie. On wynajął pokój dwuosobowy niby z myślą o tym, że ja do niego tam wrócę, co jakiś czas namawiał, żebym przyjechała, ja nie chciałam się na to zgodzić bo po prostu bałam się "powtórki z rozrywki", znów braku pracy i bardzo toksycznej relacji między nami. Z drugiej strony być razem na odległośc to też zadne wyjście... Czas i związek trochę przeciekał nam przez palce, każde z nas żyło swoim życiem i daliśmy sobie moment, żeby uspokoić się wewnętrznie i poukładać relację między nami.

W sierpniu, po prawie roku mojej pracy w Barcelonie znów mięliśmy kryzys i tutaj była trzecia próba zakończenia tego. Związane to było z naszą trzecią rocznicą, kiedy ja się postarałam i zamówiłam tort z fondant z logiem jego ulubionego klubu piłkarskiego by to uczcić, pojechałam do niego i naprawdę się starałam a on akurat wtedy miał ciężki okres i delikatnie mówiąc był oschły i zimny. Zabolało mnie to. Po którejś kolejnej kłótni zabrałam się taksówką na dworzec i wróciłam do siebie. On miał znów wyrzuty sumienia, dzwonił, przepraszał... Ta sytuacja zbiegła się w czasie z moimi urodzinami, zrobił mi niespodziankę i przyjechał w ten dzień, zabrał mnie na kolację, poszliśmy do kina, dał mi prezent... zachował się bardzo na poziomie i chcieliśmy spróbować znów odbudować to co było między nami. Fizycznie tak się złożyło, że jeszcze nie mogliśmy być razem, więc przyjeżdżał tym razem on bo ja nie miałam urlopu.

We wrześniu wzięłam urlop wakacyjny i pojechaliśmy razem do jego rodziców. Po powrocie tak się złożyło, że skończyła mi się roczna umowa, szefowie zaproponowali warunki nie do zaakceptowania i zrezygnowałam z pracy.

Od listopada jestem w domu na zasiłku, nie mam kolejnej pracy bo trochę nie mogę znaleźć a trochę nawet nie szukam, dałam sobie dwa miesiące na zastanowienie się nad tym co zrobić z życiem. Przez ten czas potrzebowałam go i momentami nie miałam wsparcia od niego, mimo, że miałam gorsze chwile i mówiłam mu o tym. On jest teraz dość pochłonięty swoimi sprawami bo kończył studia, w marcu będzie bronił pracy magisterskiej. Piszemy ją wspólnie, on dyktuje a ja piszę, w ten sposób idzie trochę szybciej. Ostatnio bardzo zabolało mnie to, że zostawił mnie samą przez święta. Nie obchodzę świąt Bożego Narodzenia ale mimo wszystko było mi źle, kiedy wszyscy przyjaciele spędzali czas z rodzinami a ja siedziałam sama w domu... on wyjechał stąd trzy dni przed Wigilią, planowałam zrobić jakiś obiad dla niego, ale jemu nie zależało, miał do załatwienia sprawy związane z firmą.

Rozumiem, że to praca, studia, że to ważne, ale nie wiem już jak dalej ciągnąć tą relację. Ja również pracowałam i studiowałam a znajdowałam czas dla niego. Właściwie to sama nie wiem czego oczekuję po tym poście, nie wiem czy wsparcia i otuchy by walczyć o niego dalej, czy głosów za tym by odpuścić, może wsparcia jak sobie poradzić po rozstaniu, lub jak dać radę kiedy on mnie odtrąca dla innych spraw w jego życiu? Może kubła zimnej wody na głowę, po którym się jakoś otrząsnę? Wiem, że nie jestem kryształowa, oboje popełniliśmy błędy w tym związku, zastanawiam się się czy to trudna, trochę pokręcona ale jednak zdrowa relacja czy niepotrzebnie się w niej męczymy? Bardzo mi zależy na spojrzeniu z boku na to wszystko i na szczerych opiniach.

Przed chwilą wymieniliśmy kilka wiadomości, umówiliśmy się o 19 żeby porozmawiać o przyszłości. On chce, żebym jechała z nim do Rzymu w przyszłym miesiącu, musi oddać pracę magisterską. Dalej... nie wie co. Najprawdopodobniej wróci na jakiś czas do Hiszpanii ale powiedział, że nie chce tam zostać na stałe. Nie wie co chce zrobić ze swoim życiem, powiedział mi to wprost. Jest zagubiony a ja przy nim, bo ciężko zaufać komuś, kto nie ufa chyba nawet sam sobie...
Jeśli doczytaliście do końca to jestem wdzięczna i będę też za wasze obiektywne opinie.

Pozdrawiam.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Trudna miłość z wieloma zakrętami

A spróbuj być z kimś bez seksu przez jakiś czas i zobacz czy potrafisz się normalnie zachowywać. To może być korzystne żebyś się nauczyła tworzyć związki oparte o uczucia. Sprzeczki powodują zerwania bardziej niż same problemy które je wywołują. Powinno być dostępne takie ćwiczenie że za udział w sprzeczce jesteś fizycznie bita, aż do momentu wyrobienia odruchu u ciebie żeby nie podnosić głosu. Ludzie się kłócą bo nie widzą bezpośrednio że to się obraca przeciw nim. Gdybyś potrafiła sobie wyobrazić że gdy podnosisz głos to faktycznie tak jakby ktoś krzyczał na ciebie, nie byłabyś skora do awantur. Po jakimś czasie gdy problemy rozwiązywane są spokojnie, zyskujemy pewność siebie i to korzystnie wpływa na nasze działania.

3 Ostatnio edytowany przez Aiina (2015-12-29 21:10:11)

Odp: Trudna miłość z wieloma zakrętami

To prawda, szczerze mówiąc to pod tym względem zrobiłam już duże postępy. Minęły lata, trochę też dojrzałam, wstydzę się każdej kłótni z nim, bo teraz już tego nie ma w takim stopniu jak kiedyś. Zrozumiałam, że krzykiem do żadnych konkretów nie dojdę i staram się tłumaczyć wszystko jak najbardziej spokojnie, przedstawiać moje racje, choć czasem jest ciężko. Szczególnie ciężko jest mi nie reagować na zaczepki, bo kiedy on "atakuje" mnie to od razu mam odruch obronny i chcę oddać a do tego jeszcze dołożyć...

A często już minutę po takim "ataku" żałuję, przepraszam i mam wyrzuty sumienia, bo kobieta powinna być taką ostoją dla mężczyzny, wyciszeniem, spokojem... Ja często nią nie jestem, niestety.

Co do seksu to akurat tak się złożyło, że on teraz miał trochę problemów zdrowotnych i od mniej więcej września praktycznie go nie ma. Myślę, że to nie wpłynęło negatywnie na relację.

Posty [ 3 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Trudna miłość z wieloma zakrętami

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024