Witajcie!
Od prawie 5 lat przyjaźnię się, a od 2 lat jestem ze swoim mężczyzną. Jesteśmy swoimi pierwszymi miłościami.
Spotykamy się +/- co miesiąc, wszystkie długie weekendy, 70-80% wakacji. Oboje jeszcze się uczymy w miastach odległych o prawie 7h jazdy pociągiem.
Już pod koniec wakacji wiedziałam, że okres wrzesień-grudzień chce mocno poświęcić swojej pasji, która jednocześnie jest przyszłym zawodem. Straż.
Akceptuję, rozumiem, staram się wspierać, cieszę razem z Nim z każdego sukcesu.
Ostatni raz widzieliśmy się więc w połowie września. Później miał przyjechać pod koniec października, tydzień po moich urodzinach - nie przyjechał, bo dostał jakąś dorywczą pracę, zrozumiałam. W weekend urodzinowy też siedziałam sama w domu, bo znajomi nawalili a On już wcześniej zgłosił się na komisję wyborczą. Rozumiałam, żalu żadnego nie było. Pieniądze ulicą nie chodzą, niech pracuje jeśli chce. Później była umowa, że zrobimy wszystko, żeby spotkać się w ostatni weekend listopada, czyli nadchodzący właśnie. Widziałam jak bardzo się cieszy, mówił co będziemy robić, pytał czy mogłabym mu coś dobrego ugotować, że będzie miał dla mnie spóźniony prezent urodzinowy itd itd. Aż tu nagle wczoraj mówi, że przyjechać nie chce, nie że nie może, co po prostu nie chce, idzie grać w piłkę w sobotę z kumplami i tyle. Było mi strasznie smutno, tym bardziej, że to już 2,5 miesiąca... Rozmowa o tym to było ok 5 minut koło godziny 14, po czym przestał się do mnie odzywać. O 19 dowiedziałam się, że kilka minut wcześniej zmarł ktoś bardzo dla mnie ważny, mocno angażowałam się w jego chorobę, jeździłam do szpitala... Napisał mi smsa "przykro mi", a na moje pytanie, czy znajdzie chwilę żeby porozmawiać, bo nie mogę się uspokoić - zamilkł. Nie odebrał tego dnia telefonu już wcale. Widząc koło 00:00 że jest aktywny na portalu społecznościowym napisałam, dlaczego nie odbiera, czy nie może... "Po prostu". Byłam tak wykończona że naprawdę nie miałam sił, ani psychicznie, ani fizycznie (walczę od kilku dni z chorą nerką, gorączka pod 39, zastoje wody, ból, nic miłego...). Rano gdy wiedziałam że ma chwilę zadzwoniłam, nie odebrał. Trudno, może nie może. Odebrał koło 11:30 tekstem w stylu "co?!" powiedział że jak zadzwoni to zadzwoni mam dać mu spokój i się rozłączył... Napisałam tylko smsa co się stało. Powiedział że nie widzę niczego poza czubkiem własnego nosa, poza sobą, a gdy ranię i krzywdzę to nawet nie widzę... Gdy zapytałam czym Go zraniłam, obraził się że nie wiem, powiedział że chce przerwy "od gadania między nami", przestał się odzywać... Ostatnie kilka miesięcy były dostosowane pod Niego, pod Jego pasję, czas... Wiele razy zostawałam z czymś sama, przez jego brak czasu i uwagi... Stwierdziłam że przeczekam do nowego roku, tak jak było umówione i wróci wszystko do normalności...
Wiele razy znosiłam naprawdę wiele rzeczy, nieraz zdarzyło się że mocno mi dokopał, tak psychicznie, a przepraszam nie usłyszałam nigdy...
Dziś byłam naprawdę mocno roztrzęsiona, szczególnie gdy jeszcze usłyszałam o przerwie. Napisałam do jego przyjaciela, czy coś się stało... Okazało się że mój powiedział mu, że ten jest fałszywy i w ogóle co z niego za kumpel, bo ten zapalił ostatnio fajki, a miał nie palić, zwyzywał go od różnych i od kilku dni się nie odzywa. Do drugiego przyjaciela podobno też się nie odzywa. Tego z którym rozmawiałam ostatnio mocno mieszał z błotem w towarzystwie, obgadywał etc...
Uwierzcie, nie mam pojęcia co się dzieje, o co chodzi, ale widzę, że im więcej czasu spędza w towarzystwie ze straży tym gorszy się staje. Odcina się ode mnie, od przyjaciół... Mimo że Ci przyjaciele również są z nim w straży.
Spędza tam 90% czasu, bo ucieka w ten sposób z domu... Matka alkoholiczka, złota kobieta, ale pije... Za to ojciec od lat nie pił, choleryk jakich mało, a ostatnio jak mój wrócił do domu to oboje pijanych na kanapie znalazł...
Wiem że to ciężki temat bo sama ze swoją matką niezłe piekło miałam od małego do ok 14-15 r.ż. ... Ale zawsze starałam się, żeby przy mnie czuł ciepło, spokój, ukojenie, miłość, dom... Planujemy przyszłość, zamieszkanie razem... A tu nagle takie cyrki... Naprawdę, brak mi sił i powoli gdzieś cierpliwość zaczyna znikać... Ile można znosić, rozumiem, w domu ciężko, na straży ciężko, ale ile mogę tyle robię, czasem nawet więcej.... Nigdy umyślnie nie postępowałam by kogokolwiek skrzywdzić, tym bardziej Jego, nie proszę o czas, o uwagę, gdy go ma to ma, gdy chce mi go poświęcić to poświęca... O nic nie proszę... A i tak zostałam ochrzczona największą egoistką...
EDIT:
Pomyślałam że warto napisać, że takie zachowanie nie było zawsze, ba, nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Uwierzcie, normalnie - odpowiedzialny, troskliwy, kochany, pracowity facet, mówił o domu który będzie, cieszył się i starał o każde spotkanie... Teraz zachowuje się jak zupełnie ktoś inny...