Nie wiem od czego zacząć...Może od tego, że ostatnio łapie cały czas doła na wszystkie wspomnienia(co najgorsze)dobre.
Ponad 3 lata znajomości nie da się opisać w jednym wątku.
Pokrótce postaram się streścić jak to wyglądało, a mianowicie ciągła huśtawka...
Wiem, że zaraz ktoś oceni "Skoro były to ciągłe wahania, dużo bólu, cierpienia, zapomnij o tym, nie pasowaliście do siebie"
Ja niby wszystko dostrzegam, wiem, ale teraz jestem na takim etapie, że wszystko idealizuje, widzę same dobre chwile i co gorsza,
obwiniam siebie o to, że potoczyło się to wszystko tak, a nie inaczej, a mogło być przecież inaczej..lepiej, z happy endem? heh
Zaczęłam spotykać się z chłopakiem w szkole średniej (Miałam 17 lat, on był rok młodszy).
Odrzucałam jego zaloty, bo nie podobał mi się za bardzo wizualnie. Uważałam że spotykam się z nim dla zabicia czasu po szkole, czekając na autobus.
Z tych "nudów" wyszło tak, że zostaliśmy parą. Ciągle krępował mnie fakt, że to jeszcze dzieciak, a ja zawsze interesowałam się starszymi facetami.
Czasami to chyba wstydziłam się tego, że jesteśmy razem. Nie lubiłam chodzić z nim za rękę. Okazywać czułości, ale podobało mi się, że jestem w centrum jego zainteresowania.
A on robił co tylko chciałam. Ciągle strzelałam fochy, obrażałam się Bóg wie o co. Ogólnie tragedia jakaś, jak patrzę na to teraz z biegiem czasu, nie wiem dlaczego byłam aż taka okropna.
Człowiek chyba z czasem dostrzega swoje wady. Ja wiedziałam, że mam bardzo ciężki charakter ale przecież to nie usprawiedliwiało mojego egoistycznego podejścia.
Teraz trochę dziecinady, bo zaczęło się zrywanie chwilowe itd.
Pierwszy raz, po roku on ze mną zerwał. Ciągle się kłóciliśmy, mieliśmy siebie dosyć. On uznał że to nie ma sensu i zrobił to, na co ja nigdy nie miałam dostatecznej odwagi.
Wtedy ja uznałam, że to wszystko moja wina, że ja taka okropna, zła, niedobra, a on poszkodowany.
Rozstanie przeżyłam okropnie, nie jadłam, cały czas wyłam w poduszkę, na prawdę nie przyjemne to było, tym bardziej, wiedząc, że ja zawsze wszystko dyktowałam, a tu nie miałam na coś wpływu.
Spotkałam się z nim, chciałam żebyśmy spróbowali raz jeszcze bo nagle mnie "olśniło" i dostrzegłam wszystkie błędy.
On oczywiście nie chciał, lecz po czasie coraz częściej pisał do mnie i wQ, z resztą widywaliśmy się praktycznie codziennie w szkole.
Wróciliśmy do siebie, obiecał, że już więcej nie zerwie ze mną, że jak będzie się działo źle, to będziemy to zmieniać ,
nagadał mi takich rzeczy, że chyba uwierzyłam w to że jestem jego jedyną, planuje ze mną przyszłość td.
Nie będę dalszym losów opisywać, bo kto to przeczyta.
Nie długo byliśmy ze sobą, bo zerwał ze mną drugi raz w naszą rocznicę, przyjechał, mieliśmy spędzić razem czas, ja czułam że coś jest nie tak, bo był chłodny.
Wtedy to ja byłam mega zakochana, nadskakiwałam mu, a on trochę olewał. Powiedział, że nie wie czy chce być ze mną, czy to ma sens itd.
Oczywiście myślałam, że kogoś poznał, no bo niby jak można nagle z dnia na dzień nie wiedzieć co się czuje.
Powiedział, że już od ok 2 msc ma ciągle mętlik nie wie czy chce ze mną być i wQ...
Rozstaliśmy się z wielkim hukiem, bo oczywiście wykrzyczałam, że jest najgorszą rzeczą jaka mnie spotkała w życiu.
Byłam tak rozgoryczona, przeżyłam te rozstanie jeszcze gorzej niż pierwsze, może dlatego, że obiecał, że już więcej mnie nie porzuci.
Czułam, że serce mi pęka, dosłownie, ciągle płakałam, nie chciało mi się z łóżka wstawać, a że byłam niedługo po szkole, jeszcze bez pracy to nawet nie miałam po co.
Na prawdę to straszne uczucie być odrzuconym. Na samą myśl o tych rozstaniach czuję ten ból. ;/
I znowu doszło do tego, że po czasie (luty/marzec) zaczął się nagle mną interesować, miał milion pretekstów, żeby do mnie napisać.
Spotkałam się z nim raz, żeby powiedzieć, mu że nie chcę z nim być, że to na prawdę koniec...Co nic nie dało
Znowu wyszło tak, że się spotykaliśmy, niby jako koledzy..Nie wróciłam do niego oficjalnie, ale tak to wyglądało trochę.
No i gdy znowu ja zaczęłam się angażować( z czym na prawdę miałam już problem, bo bałam się zranienia), on znowu zmienił zdanie.
Najpierw mydlił mi oczy wspólnym zamieszkaniem a później zaczął wykręcać się tym, że jest jeszcze młody i nie wie czego chce od życia. Że nie brakuje mu towarzystwa innych dziewczyn, czy imprez, ale po prostu on nie chce niczego poważnego. Byłam tak wściekła, ale na prawdę zobojętniałam na to na tyle, że nie ruszyło mnie to już na tyle jak przedtem.
On oczywiście płakał, mówił, że coś z nim nie tak, że raz ma tak że mu bardzo na mnie zależy, a raz tak, że nie obchodzę go wcale, że sam nie wie o co mu chodzi.
Ale mnie to nie ruszyło wcale, czułam, że coś we mnie pękło. Bo ile można być porzucanym...
Uznałam to za definitywny koniec.
Nie mieliśmy kontaktu, jedyne raz go spotkałam na turnieju piłki, ponieważ moja koleżanka jest z jego kolegą. Wypisywał po nim do mnie, ale olałam go.
Dał sobie spokój.
Na wakacje pojechałam nad morze z zamiarem beztroskiej zabawy i co..nagle on się tam zjawił...
Ruszyło mnie to, gdy bawił się z innymi dziewczynami, więc zaczepiłam go, żeby odprowadził mnie do pensjonatu gdzie spałam i tak się złożyło, że spędziłam z nim już reszte dni nad morzem.
Dogadywaliśmy się super, jak zwykle gdy nie byliśmy razem.
Zaplanowaliśmy wspólny wyjazd za granicę...
Przed wyjazdem uświadomiłam mu, że nie jesteśmy razem i nie będziemy, że możemy jechać jako znajomi. On przyznał że szczerze liczył na to, że zbliżymy się do siebie, wejdziemy na nowy etap, wynajmiemy mieszkanie itd...
Obiecał, że nie będzie nic próbował, że pojedziemy żeby razem fajnie spędzić czas, że ten wyjazd może pozwoli mu się wybielić po tym jak zemną postępował...
No i ten wyjazd okazał się tragiczny. Olał mnie tam na maksa, ciągle dogryzał, miał mnie ogólnie gdzieś. Byliśmy tam ze znajomymi których on znał długo, więc byli to bardziej jego znajomi. Czułam się tam jak piąte koło u wozu..
Powiedział mi że znowu ma tak jak ostatnio, czyli, że teraz nawet denerwuje mnie moja obecność i wQ..
Gdy wróciłam do PL nawet nie chciałam z nim już rozmawiać, od tamtej pory nie mamy ze sobą kontaktu.
Za granicą zdałam sobie sprawy, że ja będąc kiedyś z nim będę nieszczęśliwa. Bo on już nie jest tym samym chłopakiem który się za mną uganiał, bo był szczeniacko zakochany...
Wszystko się zmieniło. On na prawdę potrafił być chamem..Będąc jeszcze razem zzepsuł mi moją sttudniówkę, bo olał mnie tam totalnie. Dużo było takich sytuacji w której czułam się poniżona.
Ale teraz znowu wyparłam te złe wspomnienia i myślę, że gdyby on był taki jak na poczatku znajomości, a ja była taka jak teraz byłoby zupełnie inaczej.
Sama nie wiem po co to wszystko pisałam, chyba muszę po prostu to z siebie wyrzucić, Wcześniej przed tym morzem na prawdę był mi obojętny a teraz ? Czuję się fatalnie, ciągle rozmyślam o tym co by było gdyby..widzę same dobre strony jego.
Opisałam to może 1 /4 części, a i tak jest bardzo długie....
On teraz zaczął spotykać się z jakąś dziewczyną, którą poznał zaraz po powrocie z wakacji. Widziałam też, że ma profill na jakimś śmiesznym badoo...
Moim znajomym mówił, że ja tam na wakacjach miałam ciągle fochy, że cieszy się że pojechał tam ze mną bo ostatecznie stwierdził, że nie chce ze mną już być. Ale te moje fochy były spowodowane tym jak on mnie tam traktował.
Sama nie wiem, czy tęsknie za nim, czy tylko za tymi dobrymi wspomnieniami, a może po prostu za tym aby czuć się kochana...
Temat: Bardzo skomplikowana miłość(?)
Zobacz podobne tematy :
2 2015-10-03 20:57:04 Ostatnio edytowany przez Akaya (2015-10-03 20:58:38)
Odp: Bardzo skomplikowana miłość(?)
Przepraszam, ale co oznacza skrót "wQ"?
Poza tym daj sobie i jemu wolne, poznaj kogoś nowego. To nie jest ktoś dla Ciebie na całe życie, skoro tak to opisujesz.
Odp: Bardzo skomplikowana miłość(?)
Dziewczynom tak łatwo przychodzi poznawanie chłopaków że czepianie się kogoś nieodpowiedniego jest naprawdę dziwne.