Czesc dziewczyny,
dolaczam do ekipy. Wlasnie moj ukochany maz powiedzial mi, ze od lat mnie nie kocha, ze chce rozpoczac nowe wycie bo jest jeszcze mlody. Jestesmy 30 lat po slubie, twiedzi ze jeszcze nie podjal decyzji (blagalam go aby zostal), ale mysle ze juz dawno zdecydowal. Oczywscie na poczatek usilowal mi wcisnac kit, ze NAM nie wyszlo. Ale juz mu wyjasnilam, ze ja go nadal kocham i ze dzieciom musi powiedziec jak jest: nie kocham waszej mamy i odchodze. Corki sa dorosle i bardzo z nami zwiazane, na pewno bardzo to przezyja. Ale za rada pani psycholog zmusze go do spotkania rodzinnego (my i dzieci) aby twarza w twarz przedstawil swoje decyzje. Na razie czuje sie jak totalne zero, wybieram sie do psychiatry aby miec cos na ciezkie dni, aby cos glupiego nie przyszlo mi do glowy i czekam na wyrok. Jak sobie radzilyscie w tych pierwszych chwliach?
Ja na Twoim miejscu to bym zaprowadziła Twojego męża do notariusza,skoro chce zacząć nowe życie to niech zaczyna....Od zera! Namieszała biedakowi kochanica w głowie i go po prostu odmóżdżyło.Nikt z nim nie wytrzyma ani on z nikim ponieważ macie bardzo długi staż małżeński.To jest kryzys wieku średniego.A Ty żyj i pracuj normalnie i nie proś,nie poniżaj się.Wiem,że to jest bardzo trudny okres w Twoim życiu ale naprawdę szkoda zdrowia.Za rok wróci z podkulonym ogonem a Ty zadbaj o sprawy materialne i o siebie.Facet jak chce odejść to dzieci raczej go nie przekonają do tego by zostać a zresztą po co Ci ktoś kto będzie z Tobą z łaski.Teraz to jakaś plaga nastała z tym porzucaniem rodzin.Idź do lekarza niech Ci przepisze jakieś leki i dasz radę.Na głupotę ludzką nie znalezione jeszcze lekarstwa.Niestety.Trzymaj się!
A ma kogoś? Powiedział Ci? To ważne.
zapewnia, ze mnie nie zdradzil i w to wierze, ale obawiam sie ze mogl juz wejsc w jakies reacje emocjonalne z kobietami. Temu tez zaprzecza ale nigdy sie nie przyzna ze wzgledu na na dzieci. Ja widzialam ze juz od kilku miesiecy chodzi smutny, ale sadzilam ze to z powodu jego wielkiej pasji zyciowej ktorej nie moze juz uprawiac. Powiedzialam mu, jak bardzo go kocham i jak jest dla mnie wazny i dalam czas na podjecie decyzji (dowolny). Ale jesli zdecyduje sie odejsc, to musi dziecom (doroslym) powiedziec uczciwie - dlaczego a nie slogany " nie ulozylo nam sie z mama"
Więc tak,odradzam wciąganie w to córek,są dorosłe.Po drugie,idź do prawnika,i szykujcie razem pozew z orzekaniem o winie męża.Ty Go kochasz,nie zgadzasz się na rozwód,On Cię nie kocha,chce rozwodu,wina jest Jego.
Więc tak,odradzam wciąganie w to córek,są dorosłe.Po drugie,idź do prawnika,i szykujcie razem pozew z orzekaniem o winie męża.Ty Go kochasz,nie zgadzasz się na rozwód,On Cię nie kocha,chce rozwodu,wina jest Jego.
To prawda ale dzieci, w sumie ich to nic nie obchodzi. Zgroza jest tylko taka, ze kobieta jest w oczywisty sposob oszukana. Jej maz to oszust.
Dzieci ( a konkretnie corki) sa bardzo z nami zwiazane zarowno ze mna jak i z mezem. Oczywiscie stanowisko dzieci nic nie zmieni, ale na pewno bardzo to przezyja. Dotad postrzegaly nas jako monolit i wierzyly ze nasz zwiazek to wzorzec. Teraz jestem w zawieszeniu, nie wiem jakie i kiedy maz podejmie decyzje, nie naciskam na niego.
Najgorsze, ze ja tez przeoczylam ten moment kryzysu. Czekam i mam nadzieje, ze udam mi sie go nie znienawidziec
Nie zgadzam się z opinią, że dzieci to nic nie obchodzi.
Nawet małym dzieciom trzeba w pewnym momencie powiedzieć, że rodzice rozwodzą się, a tym bardziej dorosłe córki, które są przecież częścią rodziny powinny wiedzieć, co się dzieje.
Nie uważam też, że gdyby faktycznie doszło do rozwodu, Michalina nie powinna kryć swojego męża udając przed córkami, że jest to ich wspólna decyzja.
To nie Michalinie znudziło się małżeństwo, to nie ona zamierza odejść. Nie wierzę, że 50 paro letni mąż, nagle chce odejść w próżnię i wieść samotne życie, bo nagle zrozumiał, że samotność da mu szczęście.
Zwłaszcza na stare lata ludzie nie chcą być sami, oczywiście zdarzają się wyjątki, ale myślę, że w/w mąż kręci na boku i to pewnego czasu.
Michalina, oprócz zabezpieczenia majątku, przyjrzyj się uważnie swojemu, jeszcze mężowi, obawiam się, że nie jest on taki kryształowy i tylko udaje biednego zagubionego misia.
Córki są dorosłe,i jeżeli są samodzielne,i na swoim utrzymaniu,to ew.rozwód rodziców,jeżeli mają dobry kontakt z obojgiem,nie powinien mieć wpływu żadnego na nie.Rodzice po prostu nie będą mieszkać razem,może wejdą w inne związki,może nie wejdą.Sprawy organizacyjne (gdzie i z kim spędzamy Święta?) się trochę skomplikują,i tyle.Ważne,żeby rodzice zachowali na tyle klasy,aby być ze sobą w normalnych stosunkach.
Co do samych zainteresowanych...wydaje mi się,że mąż faktycznie już dawno rozważał odejście,ale pewnie trzymały Go dzieci przy rodzinie,gdy one stały się dorosłe,nic Go już nie powstrzymuje.Czy powodem jest kochanka? Niekoniecznie,chociaż to bardzo prawdopodobne,bo faktycznie po tylu latach małżeństwa decydować się na samotne życie...myślę,że tak oddaliliście się od siebie przez te wszystkie lata,że ciężko to będzie naprawić.Piszesz,że mówiłaś Mu,że Go kochasz,może dopiero teraz Mu o tym mówisz,a wcześniej? 30 lat to dużo czasu,musisz spojrzeć na ten czas i zobaczyć jak było,tam znajdziesz odpowiedź,dlaczego On chce odejść...
Córki są dorosłe,i jeżeli są samodzielne,i na swoim utrzymaniu,to ew.rozwód rodziców,jeżeli mają dobry kontakt z obojgiem,nie powinien mieć wpływu żadnego na nie.Rodzice po prostu nie będą mieszkać razem,może wejdą w inne związki,może nie wejdą.Sprawy organizacyjne (gdzie i z kim spędzamy Święta?) się trochę skomplikują,i tyle.Ważne,żeby rodzice zachowali na tyle klasy,aby być ze sobą w normalnych stosunkach.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Piszesz tak, jakbyś mówił o zwykłej przeprowadzce.
W tej chwili Michalina jest zaskoczona słowami męża, zdziwiona i zaniepokojona, podejrzewam, że rozwód jeszcze nie mieści się jej w głowie, nie wierzy w zdradę męża, być może myśli że to takie fanaberie, a martwi się przede wszystkim o dzieci i ich reakcję.
Kryzys nastąpi, gdy przysłowiowe szydło wyjdzie z worka, gdy mąż faktycznie się wyprowadzi i szybko okaże się, że związał się z np. młodszą kobietą, gdy zacznie się walka o majątek, gdy Michalina być może będzie musiała wyprowadzić się do mniejszego mieszkania, a standard jej życia znacznie się obniży.
Pięknie piszesz o rozstaniu "z klasą". Klasę może i można zachować, ale co masz na myśli pisząc o "normalnych stosunkach"?
Jeśli mąż Michaliny rzeczywiście spełni swoje marzenie i zacznie "nowe życie", to ona sama wyląduje na kozetce u psychologa, a córki będą ją stawiać na nogi i niewątpliwie cierpienie matki odbije się na nich samych.
Myślisz, że tak po prostu zaakceptują nowe szczęście tatusia?
Uwierz, trudno znaleźć partnera kobiecie po 50-tce, za to mężczyzna w tym wieku, do tego majętny, ma zdecydowanie łatwiej.
I tak po 30 latach małżeństwa, gdy żona spełniła swoje użytkowe funkcje, mąż ją wymienia na "lepszy egzemplarz".
Nie jest tak łatwo otrzepać się po takiej traumie i iść dalej, do tego z uśmiechem na ustach, a jeszcze traktując byłego męża jak przyjaciela i może spotykać się na kawki z jego nową miłością? Trudno pogodzić się z taką sytuacją, Ty tak lekko o tym piszesz, bo patrzysz na sprawę z męskiego punku widzenia.
Michalina jest dopiero na początku drogi, być może mąż się opamięta, ale jeśli nie, najbliższy czas nie będzie dla niej łatwy.
josz,
Mąż powiedział,że od lat Michliny nie kocha.Pewnie żyli obok siebie w schemacie praca-dom-dzieci,bardziej przyjaciele niż kochankowie.Cel główny życia - wychować córki.I się udało.Mission accomplished.Tylko,że z ich miłości nic nie zostało.Michlina pisze,że kocha męża nadal,ale co to oznacza właściwie.On tego nie czuł.Ktoś gdzieś czegoś zaniedbał i efekt jest jaki jest.Nie wierzę,że wszystko było ok,że niczego nie można było dostrzec wcześniej.Mąż przyrzekał "aż do śmierci",i za złamanie obietnicy zapłaci w sądzie,ale każdy chce być szczęśliwy,a on widocznie nie jest,i nie można go za to winić.Muszą szczerze ze sobą porozmawiać,ale jeżeli nie ma miłości z jednej ze stron,to naprawdę nie ma sensu tego ciągnąć (choćby dla dzieci).Nie ma tutaj zdrad,więc myślę,że emocje też AŻ takie ogromne nie będą.
Powtarzam,to się nagle nie stało,NO CHYBA ŻE mąż jest faktycznie ostatnim sk...i ma od niedawna na boku jakąś pannę, i po prostu oszalał dla niej,a te gadki o braku miłości do żony,to zwykłe kłamstwo.
I tego sie najbardziej boje - wyprowadzki meza , "przypadkowego" pojawienia się młodej kobiety i przekonania z jego strony, ze "powinnismy zostać przyjaciolmi".
A na kozetce juz wyladowalam, bo nie chce czegos glupiego zrobic - jak to ktos napisal samobojstwo nie oznacza, ze nie chcemy zyc tylko ze nie chcemy zyc w danej sytuacji.
Ja jestem sama - moi rodzinie nie zyja, nie mam rodzensta corki sa daleko. Wole ten stan zawieszenia (chociaz boli piorunsko) niz moment rozstania. Mam nadzieje, ze dam rade sie do niego psychicznie przygotowac. Jak oceniam te 30 lat? Dobrze, wydaje mi sie, ze moj maz zawsze mogl na mnie liczyc a i ja na niego. On jest powsiagliwy w uczuciach, zadne tam przytulanie czy chodzenie za raczke ale w sprawach intymnych bylo dobrze (no moze ostatnio sie psolo i toz jego strony).
Jak się ostatnio psuło w seksie z jego strony,to może być sygnał,że kogoś jednak ma.Raczej by nie chciał odejść od Ciebie tylko dlatego,że "konar nie chce zapłonąć" z jakichś przyczyn.
do bartass72 -pewnie masz troche racji, trzeba uczciwie spojrzec w przeszlosc, w jakims tam obszarze mission acomplished. Ale chce miec pewnosc, ze tak jest, ze uczucia z jego strony wygasly, ze to nie jest chwilowy kryzys wieku sredniego. Dlatego dalam mu szanse i bede czekac. Na pewno nie chce zadnego orzekania o winie, bo czego On jest winien- ze mnie nie kocha? Ale z drugiej strony przez 30 lat tyle nas laczy- rodzina, dzieci, rozmawialismy ze soba o swoich problemach, wspieralismy sie wzajemnie, jak on byl chory to pokazalysmy (ja i corki) , ze moze na nas w kazdej chwili liczyc. Ja nie jestem zaniedbana kura domowa, wygladam nadal atrakcyjnie, dbam o siebie, chodze na silownie.
Jestem aktywna zawodowo,nie siedze na garnuszku u meza, chciaz lepiej zarabia on. Ja nie chce go nienawidziec. Ale boli kurewsko. A co do wchodzenia w inne zwiazki. Chyba kobiety czuja inaczej- ja nie bede w stanie wejsc w jakis emocjonalny zwiazek z innym mezczyzna przez wiele lat.
15 2015-09-27 19:34:51 Ostatnio edytowany przez gagatka0075 (2015-09-27 19:36:44)
Nie jest tak łatwo otrzepać się po takiej traumie i iść dalej, do tego z uśmiechem na ustach, a jeszcze traktując byłego męża jak przyjaciela i może spotykać się na kawki z jego nową miłością? Trudno pogodzić się z taką sytuacją, Ty tak lekko o tym piszesz, bo patrzysz na sprawę z męskiego punku widzenia.
Michalina jest dopiero na początku drogi, być może mąż się opamięta, ale jeśli nie, najbliższy czas nie będzie dla niej łatwy.
Josz, nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale kobiety same sobie to często utrudniają. Dołowanie się, dramatyzowanie, rozpacz...za kimś, kto sam z niej zrezygnował? No sorry, nie jarze. Chciał być, było nieźle, super. Odbiło mu, chce odejść, trudno, krzyżyk na drogę. Płakać i może jeszcze prosić o drugą szansę? Trochę godności, w końcu nie jest wyrzucany, to jego wybór, jego, do licha, strata.
Kocham swojego męża, ale gdyby i on chciał odejść, nie zalowalabym, bo przynajmniej tak samo kocham siebie. I nie trzymam się kurczowo kogoś, kto mnie nie chce. I w takim razie ja jego też już nie chcę. Zresztą, my też już różne scenariusze przerabialismy, ale jedno było na bank: dzieci, nawet dorosłe, są informowane po ostatecznych ustaleniach, a nie wciagane w pranie brudów i zmuszane do opowiedzenia się po którejś ze stron.
A finansowa sprawa, niestety, tez jest częstym zaniedbaniem kobiet. Prawda jest taka, że zawsze, choćby było jak w raju, trzeba dbać o wlasne dochody. Nie ma zmiłuj, pracujące kobiety to już teraz normalka, a taka nie musi drżec o los w razie czegoś.
Coś tu może być na rzeczy z tą na boku, zbadać, zadbać o winę męża i sprawiedliwy podział majątku. Rewolucja będzie, tak czy inaczej, ale może wyjść i na dobre.
Josz, nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale kobiety same sobie to często utrudniają. Dołowanie się, dramatyzowanie, rozpacz...za kimś, kto sam z niej zrezygnował? No sorry, nie jarze. Chciał być, było nieźle, super. Odbiło mu, chce odejść, trudno, krzyżyk na drogę. Płakać i może jeszcze prosić o drugą szansę? Trochę godności, w końcu nie jest wyrzucany, to jego wybór, jego, do licha, strata.
Może dlatego nie jarzysz, bo sama nie jesteś w takiej sytuacji, czego Ci zresztą nie życzę.
Michalina nie pisze, że kurczowo trzyma się męża, a że prosiła o to, żeby przemyślał, nie odchodził, to naturalne, większość kobiet i mężczyzn także, z początku tak się zachowuje, zwłaszcza po tylu wspólnych latach. Nie ma nic poniżającego w takim zachowaniu.
Oczywiście, siłą męża nie zatrzyma, ja tylko twierdzę, że godne rozstanie (tzn, bez awantur, prania brudów, próbach okradania współmałżonka), a ból z powodu porzucenia, to dwie różne sprawy,
Kocham swojego męża, ale gdyby i on chciał odejść, nie zalowalabym, bo przynajmniej tak samo kocham siebie. I nie trzymam się kurczowo kogoś, kto mnie nie chce.
J.w. obyś na własnej skórze nie musiała doświadczyć tego, co w tej chwili przeżywa Michalina, wiesz, że punkt widzenia zależy od....
Ja tez jeszcze do niedawna patrzylam z"lekka wyższością" na porzucone kobiety, bedac przekonana ze to mnie nie spotka. Perspektywa szybko sie zmienia jak Ciebie sama to dotyka. Ale mowie sobie, to nic ze boli, dam rade i do przodu. Jutro do pracy. Ale jestem w stresie ogromnym i potrzebuje wsparcia i rad od osob, ktore podobne przezycia maja za soba.
Ja tez jeszcze do niedawna patrzylam z"lekka wyższością" na porzucone kobiety, bedac przekonana ze to mnie nie spotka.
Jaką "wyższością" ? Nie jestem przekonana, że mnie to nie spotka, bo absolutnie nikt nie ma szans być o tym przekonanym na 100%, każdy może zostać porzucony. Mało tego, byłam już w separacji, ale wrócilismy do siebie. Tyle, że zamiast deklaracji "na dobre i na złe" żyjemy chwilą. Nie zakładam już, że któreś z nas nie uzna, że osobno bedzie lepiej. Wiem, że gdyby odszedł, daję radę, nie wpadam w rozpacz, poboli, ale przestanie. Świat się nie skończy, trzeba żyć dalej i szkoda, by to życie było głównie pretensjami i tęsknotą za kimś, kto nie chce, nawet mimo tylu wspólnych lat, już ze mną być. Wolność też może być fajna.
Chciałam Ci dać takiego "energetyzującego kopa", bo moim zdaniem szkoda życia na rozklejanie się, ale jeśli wolisz pogrążenie w żałobie to szczerze współczuję.
dzieki, ja teoretycznie zgadzam sie z Toba, ale na poczatku jest trudno, staram sie pozbierac ale to dopiero dwa tygodnie
Ja tez jeszcze do niedawna patrzylam z"lekka wyższością" na porzucone kobiety, bedac przekonana ze to mnie nie spotka. Perspektywa szybko sie zmienia jak Ciebie sama to dotyka. Ale mowie sobie, to nic ze boli, dam rade i do przodu. Jutro do pracy. Ale jestem w stresie ogromnym i potrzebuje wsparcia i rad od osob, ktore podobne przezycia maja za soba.
Na pewno musisz zachować spokój, choć wiem, że to nie łatwe. Myślę, że to, co powiedział Ci mąż; że od dawna Cię nie kocha, nie koniecznie musi być prawdą, w tym sensie, że od dawna.
Zakładam, że jednak pojawiła się jakaś kobieta (trudno mi uwierzyć, że on tak po prostu chce odejść, żyć i mieszkać sobie sam), to jego wyznanie być może jest efektem nowego uczucia, tych osławionych motylków w brzuchu itd. W takiej sytuacji nic nie zdziałasz, bo on jest zafiksowany na nowe wyzwania i Twoje prośby, płacze, będą go tylko drażnić.
Możesz ewentualnie zaproponować mu terapię małżeńską, ale jeśli on odważył się i wspomniał już o rozstaniu, tzn. że myślał o tym od jakiegoś czasu, może się nie zgodzić, ale spróbować zawsze można.
Pisałaś, że chodził smutny, być może bił się z myślami, jak Ci to zakomunikować.
Jeśli Twoim zdaniem byliście dobrym małżeństwem, czy pytałaś go czego mu brakowało, dlaczego nic nie mówił, dlaczego nie dał Wam szansy?
Nie usprawiedliwiaj go, że nie jest wylewny, po tylu wspólnych latach, w Twoim przekonaniu, dobrego małżeństwa, należy Ci się szczera rozmowa, a nie zbywanie Cię, że on już nie kocha.
Piszesz, że jeśli przestał kochać, to nie jego wina, hmm, jeżeli nie zrobił nic żeby cokolwiek naprawić, tylko poszedł w szkodę, to owszem, jego wina, więc uważaj, żebyś nie obudziła się z ręką w nocniku.
Piszesz, że nie zamierzasz, ewentualnie, rozwodzić się z orzekaniem o winie. Jeśli udowodnisz mu winę, możesz wnieść o alimenty na siebie, należą Ci się po tylu latach służby.
Przeanalizuj, jak wyglądałaby Twoja sytuacja materialna, jeszcze pracujesz, ale jak sądzę, emerytura już blisko, więc nie odpuszczaj tak łatwo (w razie czego).
Michalino, nie bądź taka ufna i szlachetna, spróbuj go trochę prześwietlić, bo jak mówią; kto ma miękkie serce, musi mieć twardy tyłek.
21 2015-09-28 08:52:10 Ostatnio edytowany przez Zorija (2015-09-28 08:52:52)
Witaj Michalino,
zgadzam się ze wszystkim, co tu pisze Josz. W zasadzie nie mam już nawet czego do jej wypowiedzi dodać.
Teraz jesteś jeszcze w szoku i nie dociera do Ciebie wszystko. Ale prawdopodobnie dotrze niebawem ![]()
I współczuję Ci tego.
Gagatek pisze wyłącznie teoretycznie. Ja też opowiadałam takie górnolotne głupoty... zanim.......
Nie znamy swoich reakcji i tego jak bardzo nas to dotknie, zanim rzecz się nie wydarzy. Wszystko inne to teoretyzowanie... Teorie mogą być bardzo piękne... tyle tylko że rzeczywistość jest całkiem inna od zakładanych z góry postanowień.
Bartass - pytam za Josz - co to znaczy "być ze sobą w normalnych stosunkach"?
Spotkać się raz na tydzień na obiadku? Mąż opowie Michalinie o swojej nowej partnerce? Najpierw się nią pochwali, a potem może pożali? Przy okazji podrzuci Michalinie swoje pranie i poprosi o masaż bolącego karku?
Normalne stosunki to mogą być wtedy, gdy oboje decydują się na rozstanie. Najpierw próbują... albo i nie... a w końcu dochodzą do wniosku, że tego ciągnąć się już nie da lub nie warto. Ale to nie ten przypadek!
Tu ma miejsce PORZUCENIE.
I jest ono traktowane przez sąd tak samo jak zdrada. Jest moralnie naganne.
Michalina - masz wszelkie podstawy, by wystąpić o rozwód z winy męża.
Misio się znudził? Odkochał? Teraz ma ochotę na coś nowego i świeżego? Młodszego?
A Ty go usprawiedliwiasz, bo to nie jego wina, że miłość się skończyła?
Michalina i Bartass - miłość to nie tylko SEKS! (tak Bartass, pomyliłeś to zupełnie).
Bo miłość ma od cholery różnych ASPEKTÓW. W pewnym wieku i z odpowiednio długim stażem - to już jest stateczna, pełna zaufania, spokojna, ciepła miłość. Bez Bartasie ostrych numerków każdej nocy... Więc co to znaczy "nie kocham już"??
Powodzenia Michalina.
Tak, on tez chcialby abysmy zostali przyjaciolmi, ale juz mu wylasnilam, ze do przyjazni po rozstaniu potrzeba symetrii - obje strony musza miec swiadomosc, ze cos sie skonczylo. A w naszym przypadku tak nie jest. Dziecmi nie mam zamiaru go rozgrywac, na pewno nie zmieni z tego powodu zdania a moze byc tylko gorzej. Zastanawiam sie czy po prostu nie chcialam pewnych faktow dostrzec. Ale na uczciwe rozliczenie z soba przyjdzie czas po rozstaniu, jesli do niego dojdzie - dzisiaj wydaje mi sie, ze to jest nieuniknione. Na razie staram sie przezyc dzisiejszy dzien.
Bardzo Ci współczuję, ponieważ wiem przez co przechodzisz.Nie jest prawdą,że mąż Ciebie nie kocha,dowie się jak Ciebie straci.Mężczyźni przechodzą kryzys wieku średniego i niestety Twojego męża też dopadł.Wiedz jeszcze jedno,że oni nie odchodzą w próżnię a my żony dowiadujemy się ostatnie.Musisz to wszystko na spokojnie rozegrać,porozmawiać jak on sobie to wyobraża,przecież to jest przewrócenie życia do góry nogami.Zapytaj jakie ma plany odnośnie podziału majątku i bądź stanowcza,może to będzie kubeł zimnej wody na jego głowę.Życzę Ci siły!