Witam wszystkich.
Wiem, że pewnie takich problemów tu miliony, ale jednak wpadłam tu poszukać porady bo każda sprawa jest indywidualna, każda porada również.
Mam 25 lat, on 31. Przyjaźnimy się od dawna, uwielbiam spędzać z nim czas, przeszliśmy razem już wiele. Zawsze mi pomaga, odwiedza, ratuje. Dźwiga meble jak trzeba, naprawia rower, gotuje mi obiady. Generalnie facet idealny.
Od ponad roku on jest sam, ja od 1.5 roku. Jakoś może przez to ta przyjaźń w ogóle miała okazje zaistnieć.
Ja bym chciała czegoś więcej, coraz częściej mnie to nachodzi. On od czasu swojego rozstania cały czas mówi, że nie może się zakochać, że nie potrafi (ale nie mówi, że konkretnie we mnie tylko w ogóle). Nie wiem na ile to takie gadanie i oczekiwanie na jakąś odpowiednią na horyzoncie... Jeśli miałam jakiekolwiek nadzieje na to, że mógłby się zainteresować mną, to chyba już najwyższy czas je odpuścić - dość miał czasu i okazji.
Spędzamy ze sobą tyle czasu, że zdarzyły się nam - często nawet "nie chcący" - nastrojowe chwile, kiedy jedno chciało od drugiego czegoś więcej. Całowaliśmy się, tuliliśmy i nawzajem rozbieraliśmy - zawsze w porę się reflektując, że jednak "szkoda tej relacji".
No i cóż, stało się.
Teraz trochę nie wiem jak do tego podejść. Wiem, że dla facetów seks to tylko seks, ale może jednak warto by przywrócić te swoje nadzieje do życia? A może właśnie nie, może powinnam ograniczyć z nim kontakt, żeby nie myślał, że to może się powtórzyć? Sama nie wiem jak się zachować.
Nie chcę go tracić jako przyjaciela, ale miałabym ochotę na coś więcej - i nie wiem czy może by tu jakoś nie zaryzykować. Wyznać co czuję, co bym chciała?
Czy mogę mieć jakieś nadzieje czy wręcz przeciwnie?
