Witam,
Pisanie na jakimkolwiek forum jest dla mnie czymś całkowicie nowym, ale muszę się komuś wygadać/wykrzyczeć swoje zmartwienie.
Zacznę od tego, że jestem 32-letnim introwertykiem w związku blisko 14 letnim z ekstrawertyczką. Mamy dużego syna (niepełnoletniego). Narzeczona jest starsza ode mnie nieznacznie. Zawsze wydawało mi się, że tworzymy zgodną rodzinę, pomimo braku zalegalizowania związku. Jako, że zawsze byłem osobą bardzo zazdrosną, zdarzało mi się przeglądać telefon narzeczonej w poszukiwaniu "dowodów nielojalności", ale zawsze starałem się z tym walczyć dla dobra związku. Po pewnym czasie udało mi się z tego wyleczyć (niektórzy to nazwą zaufaniem do drugiej połówki - i raczej nie pomylą się). Tak obserwując nasz związek z perspektywy czasu - było nam dobrze, mieliśmy siebie, mogliśmy sobie ufać, wspólne chwile były wspaniałe. Niestety coraz mniej czasu mieliśmy tylko dla siebie (praca, duży syn niepozwalający na intymne chwile, brak wspólnych zajęć), nie komunikowaliśmy się wystarczająco i ta wspaniała sielanka pękła, jak mydlana bańka. Pojawiły się problemy (nie związane z naszym związkiem, ale jako introwertyk dusiłem je w sobie i nie chciałem obciążać nikogo tymi problemami). W tym momencie wkradła się nuda i monotonia do naszego związku, co spowodowało iż narzeczona zaczęła się chyba "dusić". W ubiegły tydzień kompletnie przypadkowo znalazł się w mojej ręce jej telefon, z którego dowiedziałem się, iż od jakiegoś czasu spotyka się z innym (poznanym w klubie obcokrajowcem). Oczywiście wtedy coś we mnie umarło (zapewne każdy kto to przeżył wie o czym piszę, a zdradzający nigdy tego nie odczuje). Na drugi dzień (po powrocie narzeczonej z klubu - już wiedziała, że ja wiem) obudził mnie jej płacz (czy może raczej obudziłem się, a ona płakała w drugim pokoju). Następujące po tym zdarzeniu dwa kolejne dni (weekend) były najtrudniejszym i najdłuższym okresem w moim życiu. Ze względu na syna nie byliśmy w stanie przez ten czas rozmawiać/kłócić się itp. (syn do dziś nie wie co się wydarzyło). Gdy w końcu udało nam się porozmawiać , narzeczona stwierdziła, iż to trwało ok. 2 miesięcy, było niewinnym romansem, bez seksu, skończyło się zanim się dowiedziałem, w co jako osoba zdradzona nie bardzo wieżę. Dodam dodatkowo, iż narzeczona nigdy nie była osobą która powstrzymywała się przed stwarzaniem sytuacji w których byłbym zazdrosny (czuję że czerpała z tego siłę, a ze mnie ją wysysała – tzw. „sukub” ). W każdym bądź razie oboje stwierdziliśmy, że spróbujemy nasz związek „naprawić/odbudować/zbudować od nowa”. Pierwszym krokiem jaki podjąłem było umówienie wizyty u psychologa par, na które to poszliśmy i dzięki niemu przeszła mi nienawiść do kobiety z którą jestem. Niestety ta wizyta pomogła chyba jedynie mi, narzeczona stwierdziła, że czuła się jak bym ją postawił przed jakimś sądem na rozstrzelanie. Kolejnym krokiem było pozdejmowanie zabezpieczeń z telefonu tak abym mógł zobaczyć o czym i z kim pisze (jej inicjatywa). Przy kolejnej rozmowie poprosiłem aby częściej do mnie dzwoniła, abym czuł że wciąż o mnie myśli.
Niestety na dzień dzisiejszy nie jestem dalej w stanie żyć normalnie, wszelkie drobne „nieporozumienia” rosną do wielkości drugiej „zdrady”, zobaczyłem iż w drugim telefonie (służbowym) wciąż niektóre aplikacje służące do porozumiewania się są polokowane, mam ciągłe odczucie iż nie powinienem jej już więcej ufać i powinienem zakończyć to dla naszego dobra. Dodam, że wciąż ją kocham, jest moją jedyną przyjaciółką (mam jeszcze tylko syna z którym tego nie mogę poruszyć, lub raczej nie chcę). O całej sprawie wiemy tylko my, przydupas i jej koleżanka, która ją kryła podczas ich spotkań.
W tej chwili jestem wrakiem człowieka, nie mogę pozbierać myśli (chociaż zawsze wiedziałem jak należy postępować i co w danej chwili należy robić). Obawiam się, że nasze niedopasowanie charakterów (introwertyk – ekstrawertyczka) spowoduje, iż nigdy nie będę na tyle „szybki” i błyskotliwy aby ją stale zaskakiwać, żeby nie znudziła się mną znowu.
Proszę o poradę czy próbować dalej (czy jest sens) oraz o każde dobre i złe słowo.