Wróciłem właśnie w rodzinnego miasta, w którym z ludźmi z klasy z podstawówki oblewaliśmy wczoraj okrągłą rocznicę zakończenia tego etapu edukacji.
Obecne były dwie dziewczyny, które się we mnie w starych czasach podkochiwały (nie wiem dlaczego, nie pytajcie).
Pierwsza dziewczyna, z którą nawet na początku liceum tworzyłem zalążki związku (uciekłem, bo zaczęła mi płakać że coś tam, a ja wolałem się śmiać a nie płakać) jest dzisiaj mężatką, matką. Ale oprócz tego jest piękną, wrażliwą, emanującą magnetyzmem i ciepłem kobietą. Jestem nią zauroczony. Wydaje mi się też, że i vice versa. To było świetne móc sobie tak szczerze porozmawiać o życiu, o nas. Spotykamy się w następny weekend a moja cyniczna natura nie wyczuwa tutaj póki co ściemy. Nie wiem czy cokolwiek z tego wyjdzie, nie robię żadnych scenariuszy, nic nie wiem - chcę spędzić z nią po prostu czas sam na sam i w końcu poznać ją bliżej. Cholernie żałuję, że nie spróbowałem wtedy, te dwadzieścia kilka lat temu. Na pewno by się to wcześniej czy później rozpadło, takie są koleje życia, ale powinniśmy byli stanowić dla siebie o wiele więcej niż tylko epizod.
Druga dziewczyna – atrakcyjna rozwódka, o bardzo nietypowym sposobie prowadzenia się, pełna khem khem sprzeczności (miłośniczka filharmonii i opery, która z przeróżnych telewizyjnych kanałów muzycznych wybiera kanał puszczający muzykę disco polo). Wskoczyła mi na kolana na początku imprezy ale grzecznie podziękowałem, przesiadłem się i zatraciłem w rozmowie z pierwszą dziewczyną. Jak pierwsza dziewczyna się pożegnała, wziąłem drugą dziewczynę do domu i bzyknąłem po imprezie. Niestety, mimo, że podkreślałem, że to ma być bez żadnych zobowiązań i namiętnie myliłem po pijaku jej imię z imieniem mojej byłej, ona chyba coś ode mnie chce i roi sobie jakieś plany na następny weekend. Dzwoniła do mnie już trzy razy. Ja pier...! ![]()