Wolne się skończyło. Nieważne, czy wracacie z dwóch tygodni w tropikach, czy paru dni spędzonych na działce - czas do pracy. Jak sobie radzicie z powrotem do obowiązków? Ciężko Wam odnaleźć się w "nowej rzeczywistości", czy bez problemu maszerujecie do biura prosto z lotniska?
W sieci można znaleźć wiele porad dotyczących radzenia sobie z pourlopową depresją - od wskazówek, jak ułatwić sobie ogarnięcie nawału zadań pod kątem organizacyjnym (podział wg pilności i/lub czasu wykonania, doprowadzanie do ładu skrzynki mailowej i wiele innych), po podpowiedzi związane raczej z aspektem psychologicznym (powrót w środku tygodnia - bliżej do weekendu, przyjście wcześniej - dodatkowy czas na przyzwyczajenie się do pracy, zaplanowanie kolejnego wyjazdu czy obiecanie sobie jakiejś innej przyjemności). Wszystko po to, by koniec urlopu nie okazał się szokiem.
A Wy jak sobie z tym radzicie? Macie jakieś sprawdzone sztuczki, by bezboleśnie przełączyć się z trybu wakacyjnego na normalny? Czy może całą pourlopową depresję uważacie za kolejny wymysł naszych czasów? A może właśnie odwrotnie - nieważne, co zrobicie, bo i tak pierwsze dni w pracy będą koszmarem?