Nawet już was kobietki nie pytam co robić, bo przecież doskonale wiem. Wiem, że muszę go zostawić...
O co chodzi? Mój chłopak dzisiaj obraził się na mnie rano, to była drobna kłótnia, chwilę potem już dzwonił żeby przeprosić i pogadać. Chodziło o to, że jak go odwoziłam do pracy (ma chorą rękę) to ciągle mnie pouczał jak mam prowadzić. W końcu nie wytrzymałam i tak zaczęła się nasza potyczka słowna
Myślałam jednak, że wszystko jest już okej - w ciągu dnia rozmawialiśmy kilka razy itd. Zadzwoniłam do niego koło 16 pytając czy już mam po niego ruszać. A on na to, że sam wróci. Tramwajem (w deszcz, z ręką na temblaku, z drugiej strony miasta czyli zajęło by mu to półtorej godziny). No cóż, stwierdziłam, że skoro chce to proszę bardzo.
Siedziałam w domu, czekam na niego i czekam. Nie ma go wciąż. Dodam tu, że już kilka razy zdarzało mu się znikać na noc i nie odbierać telefonu. W końcu postanowiłam zadzwonić - oczywiście zero reakcji. Jak już byłam na granicy paniki - że znowu wszystko się powtarza a przecież było tak dobrze - zadzwonił. Że wraca na piechotę (!!!!!!!) i, że za godzinę będzie. No cóż, postanowiłam czekać dalej. Po pół godzinie dostaje telefon - że on jednak jedzie do swojego kolegi. Że mają tam z zespołem spotkanie, że coś nagrywają. Że wróci sam albo mogę po niego przyjechać (łaskawca!). Powiedziałam mu, że przerabialiśmy to już setki razy - że miał mi mówić o swoich planach wcześniej. Że nie życzę sobie tego ciągłego życia w niepewności - wróci czy nie? będzie czy nie? On oczywiście uznał, że "o co ci chodzi"... Tak, dla osoby trzeciej może to być błahostka - w końcu tylko idzie do kolegi i zamierza wrócić ale ja już naprawdę za dużo się na niego naczekałam w tej okropnej niepewności. Siedzę teraz i nie wiem czy wróci na noc czy może koło północy mu się odmieni - i napisze sms bo nawet nie będzie miał odwagi zadzwonić. A jak ja zadzwonię to standardowo nie odbierze... I tak w kółeczko - ostatnim razem jak wyciął taką akcję wyniosłam się z domu na prawie dwa tygodnie zabierając wszystko włącznie z naszym kotem. Kajał się, błagał - długo go przetrzymałam, żeby do cholery zrozumiał. Teraz nagle mija pół roku i witamy spowrotem w starej bajce...
W tym wszystkim jest oczywiście alkohol - u kolegi będzie świetna balanga - a każda okazja, żeby się napić jest dobra (chociaż ostatnio naprawdę widziałam poprawę - zdarzało mu się odmówić piwa albo nie dopić nawet jednego co w jego przypadku jest ogromnym osiągnięcieim i sprawiało, że naprawdę wierzyłam w jego magiczną odmianę).
To wszystko prowadzi mnie do jasnych wniosków - dałam mu już milion szans. Ostatnia to było prawdziwe postawienie sprawy na ostrzu noża - albo w te albo wewte. Wybrał mnie. Starał się. I co? I wystarczyło by uwierzył, że już mu wybaczyłam i znowu sprawdza na ile może sobie pozwolić. Ja mam już dość. Mam dość czekania na kogoś w domu, planowania wieczoru i dowiadywania się nagle, że nic z tego nie będzie. Mam dość przyjmowania go nad ranem narąbanego i wysłuchiwania jak on strasznie żałuje bo przecież ze mną jest mu lepiej. Mam dość jego ściemniania i braku odwagi. I wiem, że to nie ma sensu (pomyślałam co by było, gdybym teraz np miała dziecko i czekała z nim na niego w domu a on nagle powiadomiłby mnie łaskawie, że do domu może wróci ale nie wie o której a może nie wróci a może pójdzie gdzieś a może nie..). Muszę zdobyć się na odwagę i przeprowadzić tą rozmowę, skończyć ten związek toksyczny, który mnie wypala i męczy...
no właśnie.... ale jak? Jak znaleźć w sobie siłę, żeby to skończyć? Jak znaleźć w sobie siłę żeby teraz chociażby wyjść do moich znajomych na imprezę kiedy jest mi tak obezwładniająco smutno, że dałam się nabrać? Że znowu straciłam swoją dumę i szacunek do siebie?
Jak powiedzieć mu, że go kocham ale po prostu nie mogę na nim polegać. Że wierzyłam w jego zmianę ale już nie wierzę i nie poddać się kolejnemu mydleniu oczu?
Pomóżcie mi kobietki bo czuję, że do jutra rana już o wszystkim zapomnę...