Witam
Przeglądam historie innych, tak podobne do mojej, szukam rozwiązania, odpowiedzi na pytanie co dalej ...
Dlatego postanowiłem opisać swoją historię, żeby ktoś podchodzący do tematu "na zimno" podpowiedział jak powinienem sie zachować i co zrobić.
Poznaliśmy się przed walentynkami w 2008 roku, zaiskrzyło, ona była moją pierwszą, nigdy wcześniej nie szukałem miłości i zawsze wiedziałem że jak pokocham naprawdę, to już chcę spędzić z nią resztę życia. Nie interesowały mnie przelotne związki więc doświadczenia zbyt dużego nie miałem. Na początku widziałem między nami tylko różnice ja woda ona ogień, nie myślałem o przyszłości, po kilku spotkaniach chciałem to zakończyć bo widziałem że rodzi się uczucie a nie chciałem robić jej krzywdy, prosiła bym dał jej szanse i tak się stało. Ona młodsza o 3 lata, po 2 - 3 epizodach, przy mnie dostrzegła człowieka który o nią dba, szanuje, kocha, liczy się z jej zdaniem i nie traktuje jak przedmiot lub zabawkę. Miesiące mijały a nasz związek się rozwijał coraz bardziej, ja pracowałem, ona świeżo po szkole, znalazła pracę, po 3 latach zamieszkaliśmy razem, w starym mieszkaniu w kamienicy, w które trzeba było włożyć sporo pracy by stworzyć z niego dom, tylko na to było nas stać, ale cieszyliśmy się że możemy być ze sobą i narazie musi to nam wystarczyć.
Plany były ogromne, ślub, rodzina, dzieci, już na zawsze razem, ale wszystko po kolei, były kłótnie jak u każdego, to normalne gdy ludzie się "docierają", przy mnie dorosła (taka była opinia jej mamy), zrozumiała czego chce od życia.
Nasze życie po kilku latach stało się "rutyną" rano buzi na dzien dobry i do pracy, po południu wspólny wieczór w domu i tak dzień za dniem, nie znaczy to że żyliśmy w monotonii, były wyjścia wypady za miasto, ale wiadomo nie to co na początku, ta chemia i fascynacja może nie przemineła ale osłabła...
Pierwszy poważniejszy kryzys trafił się nam w ubiegłym roku w październiku, ona zwątpiła, życie funduje nam wiele problemów, pogorszyło się z moją pracą, wiecej było na jej głowie, pomagałem jak mogłem. Brakowało jej sił, usiedliśmy, porozmawialiśmy i przekonałem ją że wszystko się zmieni...Żeby dała nam szansę, że zobaczy za kilka miesięcy nasze życie będzie zupełnie inne. Bedzie mieszkanie bo w tym nie wyobrażam sobie w takich warunkach zakładania rodziny, dowód że traktuję nas poważnie i chcę kolejnych kroków, znajdę lepszą pracę.
Obietnicy dotrzymałem, na początku tego roku, 1 zmiana - przeprowadziliśmy sie do bloku, do ładnego, czystego, wyremontowanego mieszkania, bez wiecznej walki z grzybem na ścianie jak w poprzednim, bez palenia w piecu zimą, bez 14 stopni rano jak się budziliśmy ...
Widziałem że była szczęśliwa, " a ja głupia zwątpiłam i mogłam i Cię stracić " te słowa usłyszałem w kwietniu, lecz to nie był koniec zmian, chciałem udowodnić że myśle o niej poważnie i o naszej przyszłości: 2 zmiana - kupiłem pierścionek zaręczynowy (tak wiem dziwicie sie że dopiero teraz, jedni się kochają i ufają nosząc tylko zdjęcie ukochanej w portfelu, inni sie zdradzają oszukują nosząc obrączkę na palcu, wiedzieliśmy że chcemy być ze sobą i tyle a żeby dać krok do przodu, zalegalizować związek, założyć rodzinę musimy do czegoś w życiu dojść).
Mimo tego wszystkiego pod koniec maja coś było nie tak, czułem to, unikała mnie chciałem porozmawiać, ale zawsze uciekała niby wszystko dobrze, lecz widziałem że tak nie jest. Przyszedł czas na 2 krok - oświadczyny, to się wydarzyło miesiąc temu, bez rodziny, intymne w spokojnym miejscu, na spacerze poza miastem na łonie natury, nie spodziewała się tego oczywiście, łzy popłyneły z jej oczu gdy zobaczyła że klękam i w dłoni trzymam małe czerwone pudełeczko ze złotą zawartością, nie powiedziała nic, nie była w stanie, kiwneła tylko główą ..... nie
I w tej chwili zawalił mi się cały świat, od tego czasu nie mogę dojść do siebie. Gdy się uspokoiła powiedziała że nie widzi dla nas przyszłości, nie potrafi sobie tego wyobraźić, że nie mam ambicji i nie czuje bym dał jej bezpieczeństwo i pewność.
Ja już wtedy zrozumiałem że musi być ktoś dla kogo jest w stanie zrezygnować z tego wszystkiego i że ona już wcześniej podjeła tą decyzję..
Jak potem się okazało jej zachowanie potwierdzone było tym że pod koniec maja poznała jakiegoś kolesia w pracy... Starszego, z ambicjami, mającego dobrze płatną pracę, po przejściach (ślub i kilka poważnych związków, itd.) Skąd to wiem ?
tak się złożyło że kilka dni po nieudanych zaręczynach wyjechała na tydzien z mamą i bratem do rodziny za granicę, a że trafiłem już wcześniej na jego ślad, zadzwoniłem do niego i powiedziałem że chyba czas pogadać - szczeże
Spotkałem się z nim, normalna 3 godzinna rozmowa (bez przemocy a żałuję dziś) powiedział (może żeby mnie uspokoić, a może tak jest naprawdę), że ona go nie interesuje lubią razem pogadać i tyle, że to koleżanka z pracy, że on już ma za sobą związki i tego nie chce, mieszka sam i nie wyobraża sobie żeby ktoś z nim mieszkał ie chce rodziny i dzieci bo to wyrzeczenia które zabierają czas dla siebie, bo potrzebuje swobody i interesują go tylko znajomości na chwilę i koleżanek od TEGO to ma wiele ale ona nie jest jedną z nich.
Ona po powrocie z zagranicy (czyli w zeszłą niedziele) miała sie tam zastanowić czy da nam szanse i pozwoli zrealizować wszystko do końca. Niestety zdania nie zmieniła, narazie mieszka u mamy, czeka aż wyjadę (bo muszę na 2 tygodnie) żeby przyjść po swoje rzeczy, a ja wiem że jej decyzja nie jest spowodowana tym że nie chce już dalej ze mną być a tym że znalazła wyjście awaryjne którym w chwili obecnej jest zafascynowana, we mnie widzi same wady, w nim pewnie zalety ale o tym głośno nie mówi.... dla mnie to zwykły śmieć który niszczy nasz związek, bo gdyby miał odrobinę godności i honoru nie właźił by z butami w czyjeś szczęście, plany i marzenia tym bardziej że wątpie aby jego intencje były czyste.
A powiedziałem jej - gdybym od tych kilku miesiecy nie zrobił nic - nie miałbym prawa nawet ją prosić o szanse i grzecznie bym patrzył jak pakuje swoje rzeczy ale widziała że autentycznie mi na niej zależy i się staram.
We wtorek nocowała tu, ze mną w jednym łóżku, w nocy wstałem otworzyć okno bo było duszno a gdy się położyłem ona odwróciła się do mnie otworzyła oczy, spojrzała prosto w moje, dłonią pogładziła mnie po policzku i we mnie wtuliła.Tak zachowuje się kobieta która nic nie czuje, nie kocha ?..
W środę już nie nocowała ze mną, odprowadziłem ją do jej mamy, gdy wróciłem do naszego mieszkania zobaczyłem że nie zabrała ładowarki do tela, a że to blisko postanowiłem jej zanieść. Otworzyłą jej mama, jej tam już nie było !! weszła na chwilę po czym od niej wyszła, usiadłem na chwilę i szczeże porozmawialiśmy z jej mamą o niej i o tym co się z nią dzieje...
Ona jest z rozbitego małżenstwa, jej brat też jest po rozwodzie, dlaczego nie potrafi uczyć sie na błędach innych, dałbym jej wszystko i nigdy nie zostawił, nasze dzieci nie miałyby takiego dzieciństwa jak ona... Jej mama to wszystko widzi rozumie mnie, nie rozumie jej zachowania... Miała z nią porozmawiać ale wkońcu nie wiem na czym staneło ....
Dzis jestem tu, w naszym pustym mieszkaniu, sam i nie wiem co mam dalej robić, łzy same płyną i nie mogę się z tym wszystkim pogodzić, a na samą myśl że ona teraz jest gdzieś tam z nim, być może uśmiechnięta, spełniona że ma coś nowego, ale czy lepszego ? na jak długo ? aż jej nie skrzywdzi jesli jest takim typem jak sie opisał...
Jestem w szoku jak cała moja rodzina i jej zresztą też, dla wszystkich byliśmy już parą... na zawsze...
Dać jej spokój i czekać aż się zachłyśnie tą fascynacją i zmądrzeje?
Napisałem dla niej wiersz, (ona też kiedyś pisała) mój pierwszy w życiu - dosyć długi, o nas, ale boję się jej go dać bo jak teraz ma o mnie takie zdanie, to może być tylko powód do kpiny o ile go wogule przeczyta... Bardzo ją kocham i nie mogę się pogodzić z tym wszystkim ze ktoś odebrał moje szczęście... Może jestem śmieciem i nie mam szacunku do samego siebie ale oddałbym wszystko żeby była teraz ze mną ... A wy co sądzicie ?? Przepraszam że tak dużo tego do czytania ale i tak starałem się maksymalnie streścić... Z góry dziekuję za każdą radę i odpowiedz...