Witam,
Miałem w zasadzie nic nie pisać, ale być może wygadanie w pewnym stopniu mi pomoże.
Mam 25 lat i ten rok mogę uznać za najgorszy w moim parszywym życiu.
Pewien czas temu zmarł mój ojciec po ciężkiej chorobie zwanej stwardnieniem rozsianym. To był moment tak naprawdę. Jednego dnia z nim rozmawiam. Kolejnego już jest nieprzytomny, żeby po niespełna 2 tygodniach umrzeć. Wybudzał się ze śpiączki 2 razy. Za pierwszym razem nie było z nim kontaktu. Za drugim był bardzo dobry kontakt. Myślałem, że już wszystko będzie dobrze. Niestety tamtej nocy zmarł, a ja nawet nie potrzymałem go za rękę. Przed śmiercią niestety nie byłem dla niego bardzo miły. Miałem dużo stresu i roboty w pracy przez co jak dzwonił odzywałem się często zdawkowo i opryskliwie. Nie miałem go okazji niestety już przeprosić czy powiedzieć, że go kocham. Na pogrzeb odwoziłem innych. Przez co sam zdążyłem w ostatniej chwili. Nie zdążyłem na otwartą trumnę przez co znowu nie mogłem go złapać za dłoń i się z nim pożegnać.
W zasadzie bardzo to przeżywam i jest chyba coraz gorzej.
Niestety kiedy myślałem, że mam rodzinę i jakoś to wszystko będzie to żona powiedziała mi, że mnie nie kocha i tak naprawdę kilka lat to była fikcja i jest tylko ze względu na dziecko, ale i tak się w końcu wyprowadzi. To dobiło chyba mój gwóźdź do trumny. Nie mam kompletnie na nic ochoty. Chodzę przygaszony, nie mam humoru mimo, że wcześniej często żartowałem. Z niczego się nie śmieje. Wszystko mi o wszystkim przypomina. Często mi lecą łzy z oczu. Mam niestety myśli samobójcze i to bardzo poważne bo nie mam kompletnie żadnych pozytywnych bodźców. Moja samoocena sięgnęła zera i spada niżej.
Mnie to wszystko już przerosło. Nie mam pojęcia co mogę zrobić. Na początku roku miałem jeszcze plany na przyszłość. Coś chciałem w życiu osiągnąć. Teraz jest mi wszystko jedno co się stanie. Nie mam siły pracować, nie mam siły się uczyć.
Ktoś z czegoś takiego wyszedł? Czy naprawdę już tylko strzelić sobie w łeb?