Widzę, że znajomi nie mają obiekcji, nie analizują wszystkiego i po prostu osiągają to co chcą. Najlepsze jest to, że kiedy ja poznaję jakąś grupę znajomych jestem jakby dodatkowo tam- widzę ich z 2-4 razy jakoś nie mogę złapać z tą grupą kontaktu - nie jestem zapraszana sama na inne imprezy, nie robię z tego powodu dramatu, ale zawsze jest tak, że jestem na doczepkę.
Koleżanka chodziła ze swoim dawnym kolegą z 1.5 roku. Mieszkała u niego w mieszkaniu, poznała jego znajomych, zaprzyjazniła się z tą paczką. Bywała tam bardzo często, zadomowiła się z nimi. ma z nimi dobry kontakt. Ale wlasnie problem w tym, że to ona ogarnia, że to ona zawsze musi prosić się o spotkanie, organizować wszystko. Pamietam, ze miała taki moment i mi mowila wlasnie ze ludzie sami nie wyjda z inicjatywą tylko ona musi wszystko robic. Ja mam to samo, tylko ze jakby juz się tym nie przjemuje, robie swoje. Ale narzekam na brak znajomych... Bo nikt mnie sam nie zaprosi.
Ostatnio byla jakas weekendowa impreza ludzi ztego mieszkania. Niby mnie znają ale nie zaprosili. Fakt, ja widzialam ich tam moze z 4 razy w życiu i czuje jakis niesmak. Do siebie. Że ja nawte nie potrafie sie z ludzmi zakolegowac na tyle zeby sami mnie zapraszali. Aby sami np o mnie pamietali, zeby zadzownic. zeby przyjsc. Nie mam takiej paczki.
Kolezanka tez nie ma ale ona na 'chama' się wciska. I widzę, ze ludzi to nie obchodzi. A ja zawsze mialam jakies obiekcje, ze nie powinnam cwchodzić w czyjes srodowisko, w towarzystwo. Zawsze bylam takim dodatkiem, na uboczu.
Zawsze tlumaczylam sobie tym, że ja ich nie znam na tyle i oni mnie nie znają aby mnie zapraszać.
Wiecie o co chodzi. Nie wiem czy jakby mi zalezało to bym sama do nich wchodzila? Czy czekala az np ktos mnie wezmie i zaprowadzi ( jak 10 latke?). Nie chodzi mi o to, zeby miec jakas osobe do wprowadzania, ale nawet jak ja kiedys robilam imprezy zapraszalam ludzi ktorych znam i od dawna i od krotkiego czasu.
Czuje sie dziwnie, bo widze, ze nie naleze do zadnego towarzystwa. Mam kolegów i koleżanki ale to bardziej z dystansem. I uwazam, ze nie jestem wtajemniczana w jakies rozmowy albo wyjazdy. Nie mam pojęcia czy to wynika z tego, ze ja nie chce sie angażować czy ludzie nie znają mnie na tyle aby mnie zapraszać?
Fakt, weekendowa impreza dla ludzi z tamtego towarzystwa. Widze, ze kolezanka lawiruje miedzy grupami tylko aby nie byc sama. ROzstala sie z tym chlopakiem a i tak jest w tej grupie. 2 osoby z tej grupy jakby 'przeleciała' i jakos nikomu to nie sprawia problemu. WIdze, ze ludzie sa bardzo luzni w tym temacie i zastanawiam sie czy to ja nie wychodzę na osobę z zasadami, osobę spiętą, chcącą tylko związku na cale zycie.
Moze wiecie jak powinnam działac aby bardziej się rozluźnić, aby ludzie zaczeli mnie zapraszać, zaczeli pamietac o mojej osobie?
Moze chodzi o to , że ja nie integruje sie bo sama mysle ze oni powinni mnie zapraszac? A Moze oni mysla ze normalnym jest ze to ja powinnam SAMA przyjezdzać, spontanicznie sie integrować?
Jak sadzicie? Myslalam ze jestem osoba luzna, ale widze, ze ludzie sa luzniejsi ode mnie. Widze, ze mam jakies dziwne zasady z kosmosu a ludzie ich nie mają. Podchodza do zyciana luzie, spia np z 3-4 osobami z grupy i normalnie do tego pozniej podchodza. Inni wchodza w zwiazki z innymi. Może coś jest ze mna nie tak. Moze tak wlasnie ludzie robia, integruja sie, poznaja, każdy z każdym i sie dobierają? A nie czekaja na niewiadomo co?
Ja nie czekam ale widze, ze inni inaczej spedzaja zycie i mnie to nie dotyczy a bym tak chciala. Nie chce sie porownywac, ale od dobrych kilkunastu miesiecy meczy mnie takie analizowanie i porownywanie. Bo widze ze jestem dodatkiem, ze nie jestem dla nikogo priorytetem. Naprawde.
gdybym czuła się dobrze w środowisku i w swojej skórze nie zakładałabym w ogole konta na forum. od pewnego czasu czuję , ze coś nie to, że mnie omija, ale moze nie jest tak jak powinno byc? ( chociaz jest to pojecie wzgledne).
zawsze jestem 'sama' , jak przychodze na jakas impreze to i tak na nastepne nie jestem zapraszana. nie wiem o co chodzi. nie mam pojecia jak temu zaradzic.