Hej jestem tu nowa. Nie wiem czy ktoś to przeczyta, ale ja muszę się komuś wygadać. Pół roku temu rozstałam się z chłopakiem. Moim zdaniem wina leży po obu stronach, jednak to ja teraz żałuję, i biorę wszystko na siebie, zadręczam się. On już ułożył sobie życie z inną kobietą, z tego co mi wiadomo jest szczęśliwy, być może już nie długo będą u niego zaręczyny. Ja z nim byłam 3 lata. Między nami jest 7 lat różnicy. Na początku było wszystko ok, zgadzałam się na wszytsko, nie przeszkadzało mi że on często decydował co bedziemy robic. Później to się zmieniło, ja zaczęłam poznawać nowych ludzi, zaczęłam być otwarta i też czasami chciałam gdzieś wyjść ze znajomymi na jkąś imprezę. Jednak jemu toi się nie podobało, gdy wychodziłam sama bo on nie mógł bo pracował. Pod koniec naszego związku ciągle się kłóciliśmy, ja już nie umiałam spojrzeć na tą sytuację pozytywnie, często go krytykowałam pod względem ubioru, że coś mi się nie podobało, często się obrażałam o błahostki, bo czasami chciał zrobić wszystko po swojemu, bo uważał że wie lepiej. Postawił mi 2 razy ultimatum w życiu. Ja później już nie umiałam z nim rozmawiać, uważałam że to on źle robił. Chciał też ślubu, dzieci ja nie byłam na to gotowa, nie umiałam podjąć decyzji pod wpływem emocji, uważałam że jestem za młoda. Teraz bym zupełmnie inaczej zrobiła. On pod koniec się bardzo starał, ja już wtedy nie umiałam tegop zauważyć. Po rozstaniu była ulga, że już mogę odetchnąć, że już nikt mi niczego nie zakazuje. Po 2 tyg rozstania dowiedziałam się od znajomych że zaczął się spotykać z inną. Nie powiem zabolało mnie. Potem się niestety zaczęło, zaczęłam żąłować, zaczęło mi jego brakować, odezwałam się po miesiącu czasu. On stwierdził, że wszystko się u niego pozmieniało. Uważał, że to wszystko moja wina. On chciał dobrze. Ja zamiast go przeprosić, za to że taka byłam zaczęłam się bronić, że on też zawinił i że wina leży po obu stronach. Następnego dnia dopiero napisałam, że przepraszam za to co ja zrobiłam źle. On niestety nie przyjął przeprosin. Ja już mam dosyć, zadręczam się, nie umiem normalnie żyć, za wszytsko siebie obwiniam, nie umiem sobie wybaczyć, że taka głupia byłam. Mamy wspólnych znajomych, którzy wiem że będą sie bardziej z nim trzymać, bo jedna osoba jest z nim rodziną. Tęsknie, brakuje mi go. Czy już tak zawsze będzie? Czuje sie od niego gorsza, czy do końca życia będę płacić za swoje błędy? Czy jeszcze zasługuje na szczęście, jeżeli kogoś skrzywdziłam? Proszę o zrozumienie.
Z góry dziękuje.
2 2015-05-19 10:40:58 Ostatnio edytowany przez maryska-girl (2015-05-19 10:58:45)
To by ł toksyczny związek. Ale to ja byłam chyba tą osobą toksyczną. Proszę o prady. Chcę się zmienić, ale i tak niektóre osoby będą mnie tylko pamietac jaka byłam wcześniej.
Też się zmagam z rozstaniem, jakiś tydzień temu rzuciła mnie dziewczyna. Pomagam sobie tekstem znalezionym w internecie:
Widzisz, miłości nie szuka się na siłę. Miłość ma największą moc wtedy, kiedy jest odwzajemniona. Kiedy jest WOLNA.
SWOBODNA. Inaczej wygaśnie. Spróbuj zdusić ogień, kiedy się tli, spróbuj go ogrzać lodem drugiej osoby. Wygaśnie.
Nie zdziałasz nic, jeśli będziesz próbował na siłę zatrzymać przy sobie osobę, bo Twoje Ego nie pozwala jej odejść.
Miłość jest wyborem. Jest dobrowolna. Nie musisz się jej wyrzekać, ale daj drugiej osobie wolność, jeśli jej potrzebuje. Tylko w taki sposób możesz przekonać się o intencjach.
W aktualnych czasach wygra ?mieć?. Kiedyś wygrywało ?być?.
Jeśli kogoś kochasz pragniesz jej szczęścia, najlepiej przy Tobie, ale życie nie jest usłane różami i czasem.. po prostu trzeba odejść. Z godnością. Ze spokojem. Bez żalu. Bez pretensji. Po prostu dać wolność, której ona/on potrzebuje.
To najlepsze wyjście z sytuacji, jeśli miłość nie jest odwzajemniona. Widzę, co się dzieje. Ludzie są ze sobą dla dzieci, dla rodziców, dla przyjaciół, cały czas próbują podtrzymać coś, co już dawno jest wypalone i nie ma powrotu.
Bo każda miłość się kiedyś kończy. Każda ma swój sens. Każda ma wartość. Nie każda jest trwała. Nie każda warta walki. Ale każda czegoś Cię nauczy.
Więc pozwól jej odejść?
Nie wiem czy tu jeszcze zajrzysz, ale dziewczyno weź się ogarnij. Ja Cię kompletnie nie rozumiem i Ci wcale nie współczuję, że teraz cierpisz. I nie dlatego, że jestem nie czuła, lub uważam, że na to zasługujesz. Nie! Bo nikt na Cierpienie nie zasługuje. Ale Twoje cierpienie nie jest normalne i dobre, tylko egoistyczne i z zazdrości! Gdy on się starał, prosił, chciał naprawy to Ty byłaś chłodna i czekałaś aż książę na białym koniu do Ciebie przyjedzie błagać Cię o wybaczenie. Gdy znalazł sobie inną i jest szczęśliwy to Ty cierpisz i żałujesz... Fajnie, że się ogarnęłaś z uczuciem do niego, ale nie żałuj, że on jest szczęśliwy! Jeśli Ci na nim zależy to życz mu z całego serca szczęścia. Jeśli macie wrócić do siebie to się okazja znajdzie. Tylko nie możesz oczywiście budować szczęścia na cudzym nieszczęściu, o tym musisz pamiętać!
Naprawdę nie żałuj przeszłości, bo już nie masz na to wpływu. Wybacz sobie wszystkie krzywdy, naucz się dawać ludziom dobro i miłość i patrz z nadzieją w przyszłość, a prawdziwe szczęście wtedy i tylko wtedy odnajdziesz.:)
To by ł toksyczny związek. Ale to ja byłam chyba tą osobą toksyczną. Proszę o prady. Chcę się zmienić, ale i tak niektóre osoby będą mnie tylko pamietac jaka byłam wcześniej.
Niekoniecznie. To ze sie pocieszyl tak szybko po rozstaniu nie swiadczy o milosci do Ciebie ale raczej o tym ze planowac cos, miec cos czyli rodzine a osoba byla tylko dodatkiem. Dowodzi tego jego narzucanie swojego zdania. Z drugiej strony sam bym nie zaakceptowal wychodzenia dziewczyny gdzies samej beze mnie bo to moze prowadzic nie tylko do oslabienia wiezi, ale rowniez do zdrady czego dowodem sa inne tematy na tym forum. Natomiast nie mozna powiedziec ze to Ty tylko bylas toksyczna osoba. Raczej postrzegam wasz zwiazek normalnie (nie jako toskyczny) z tym ze mieliscie rozne charaktery, oczekiwania co do sposobu spedzania czasu, czulas ze chcesz ciekawiej go spedzac (kwestia Twojego charakteru), nie bylo kompromisu, dialogu wiec w kwestii winy, ona lezy po obu stronach i to jest dla mnie oczywiste. Obarczanie wiec ciebie wina za cos niekonkretnego (to on zerwal) w celu usprawiedliwienai siebie, jest jedynie mechanizmem psychomanipulacji i dowodem na egoizm oraz zapatrzenie w samego siebie. Tobie rowniez pewnego egoizmu nie odmawiam ale... to wszystko jest po to zeby nabrac doswiadczenia. Natomiast on sobie szybko znalazl inna, co w sumie dobrze wrozy Tobie, bo mialabys potem problemy w malzentswie (predzej czy pozniej doszloby do zdrady), nie masz juz do czego wrazac a jedynym problem jest Twoje zaangazowanie emocjonalno-uczuciowe. Dalas sie tez wpedzic w nieuzasadnione poczucie winy ale w tym aspekcie zostalac po prostu oszukana/zmanipulowana. Odrzuc to bo nie ma ku temu powodow, wyciagnij wnioski i zobacz jak wazny aspekt zwiazku to z jednej strony lojalnosc, dawanie poczucia bezpieczenstwa partnerowi (chocby ze nic sie nie dzieje i ze nie ma takiej mozliwosci), czego zabraklo z Twojej strony, oraz ze zwiazek to kwestia zaufania, kompromisu, rozmowy, wspolnego ustalania pewnych rzeczy, czego zabraklo z jego strony. W zwiazku bowiem trzeba z czegos rezygnowac (upartego zdania, czasu poswieconego innym) a szukac rozwiazania miedzy soba. Do tego jednak trzeba dojrzalosci, ktora na pewno nadejdzie. Jednak on nie dojrzeje, wejdzie w te same schematy, podporzadkuje sobie kolejna dziewczyne, ktorej nie bedzie wierny (bo po co) bo to wynika z szacunku, respektu. Skoro ktos nie respektuje czyijs potrzeb to patrzy tylko na swoje. Przeciez tak bylo wiec o co te mysli i tesknota? To sa potrzeby emocjonalno-uczuciowe na bycie z kims ale zeby to nie byl byle kto, jak ostatnio to trzeba przyjac jakies kryteria, zeby to byl ktos kto rowniez bedzie swoistym przyjacielem, z kim bedzie mozna porozmawiac.
6 2015-05-20 20:24:56 Ostatnio edytowany przez maryska-girl (2015-05-20 20:40:38)
Ale ja mu życzę szczęścia, może mam żal do siebie, że nie zachowałam się tak jak potrzeba, że wtedy było mi obojętne. Tylko tu nie ja tylko zawiniłam, ale chciałabym nie mieć u niego złej opinii, chciałabym żeby to on nie miał do mnie pretensji, żeby mi kiedyś wybaczył jaka czasami byłam dla niego. Choć też nie byłam wszytskiemu winna, często się czułam na 2 planie, albo że on chce zrobić według swoich myśli odczuć. Nie wiem czy teraz chciałabym wrócić do niego, ale na pewno tęsknie za tym wszystkim, za niektórymi ludźmi, z którymi już nie będę mieć kontaktu. Wiem, że popełniłam sporo błędów, i wiem że już nie ma możliwości ich naprawienia, czasu nie da się cofnąć. Ale chciałabym siebie zmienić, zwiększyć swoją wartość, samoocenę, chciałabym kiedyś być szczęśliwa, tylko nie wiem czy ja wogóle na coś takiego zasługuje. Bo wiem że w jakiś sposób go skrzywdziłam. Myślałam, żeby do niego napisać list ale chyba po takim czasie się tylko skomprimituje. Żałuję że przy rozstaniu nie zachowałam się tak jak powinnam, że później już nie spotkałam się z nim, że czekałam aż on się odezwie.
Ale ja mu życzę szczęścia, może mam żal do siebie, że nie zachowałam się tak jak potrzeba, że wtedy było mi obojętne. Tylko tu nie ja tylko zawiniłam, ale chciałabym nie mieć u niego złej opinii, chciałabym żeby to on nie miał do mnie pretensji, żeby mi kiedyś wybaczył jaka czasami byłam dla niego. Choć też nie byłam wszytskiemu winna, często się czułam na 2 planie, albo że on chce zrobić według swoich myśli odczuć. Nie wiem czy teraz chciałabym wrócić do niego, ale na pewno tęsknie za tym wszystkim, za niektórymi ludźmi, z którymi już nie będę mieć kontaktu. Wiem, że popełniłam sporo błędów, i wiem że już nie ma możliwości ich naprawienia, czasu nie da się cofnąć. Ale chciałabym siebie zmienić, zwiększyć swoją wartość, samoocenę, chciałabym kiedyś być szczęśliwa, tylko nie wiem czy ja wogóle na coś takiego zasługuje. Bo wiem że w jakiś sposób go skrzywdziłam. Myślałam, żeby do niego napisać list ale chyba po takim czasie się tylko skomprimituje. Żałuję że przy rozstaniu nie zachowałam się tak jak powinnam, że później już nie spotkałam się z nim, że czekałam aż on się odezwie.
Nie mozesz oczekiwac ze on wyrazi pozytywne zdanie o Tobie, poniewaz dla niego takie zdanie to usprawiedliwienie tego co zrobil czyli rozstania z Toba i wygodne wytlumaczenie przez nowym nabytkiem, wiec tutaj on bedzie bronil tego zdania. Poza tym brakuje mu autorefleksji. Niestety ale martwie sie o Ciebie w kwestii Twojej samooceny. Kazdy, rowniez TY, zasluguje na to zeby cos zmienic, miec dobra wartosc i opinie o sobie. Poza tym, nie widze zebys byla jakas gorsza od innych ludzi. Majac jednak rozum mozesz zawsze swoje bledy korygowac. Warto to zrobic dla siebie, bo jak bedziesz to robic dla siebie, to zawsze bedziesz mogla to robic. Nie mozna sie opierac na czlowieku, bo czlowiek jest zmienny w tym co mysli i mowi, to jak opieranie sie na piasku. Nie mysl juz o nim.
Wiem o tym. Chcę się już od poczucia winy uwolnić, ale nie potrafię, ciągle myśle o opinii ludzi, co o mnie myślą, że tak źle zrobiłam. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, nie umiem odnaleźć sensu mojego życia, ciągle stoję w miejscu, nie umiem sobie wybaczyć błędów.
Wiem o tym. Chcę się już od poczucia winy uwolnić, ale nie potrafię, ciągle myśle o opinii ludzi, co o mnie myślą, że tak źle zrobiłam. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, nie umiem odnaleźć sensu mojego życia, ciągle stoję w miejscu, nie umiem sobie wybaczyć błędów.
A dlaczego nie mozesz/umiesz wybaczyc samej sobie. Przestepstwa przeciez zadnego nie popelnilas a w dodatku jestes manipulowana. Dziewczyno, ogarnij sie!
Może z tego powodu, że teraz czuję się samotna, nie umiem się w tym odnaleźć. Mam już wyrobioną opinie na mój temat co u niektórych osób. Boję się, że trafię na kogoś gorszego, lub zostanę już sama.
11 2015-05-25 15:25:40 Ostatnio edytowany przez maniek_z_maniek (2015-05-25 15:27:44)
Może z tego powodu, że teraz czuję się samotna, nie umiem się w tym odnaleźć. Mam już wyrobioną opinie na mój temat co u niektórych osób. Boję się, że trafię na kogoś gorszego, lub zostanę już sama.
Moze wlasnie kojarzysz zle samopoczucie, swoj stan emocjonalny z rzeczami, ktore nie sa z tym zwiazane. Pojawia sie swoisty lek, ktory kojarzysz z obwinianiem siebie. To jakbym sie zatrul jajkiem i kojarzyl to samopoczucie ze sciaganiem dzien wczesniej na klasowce. Prawda ze to nie jest zwiazane ze soba. Takze zle Twoje samopoczucie, odrzucenie, osamotnienia wywoluje leki, ktore kojarzysz sobie opatrznie z poczuciem winy, dolujesz sie. A to nie ma ze soba nic wspolnego.
Po drugie, mozesz miec swoja wlasna opinie na temat zdarzen i spokojnie, swobodnie ja wyrazac. Juz Ci pisalem ze ten facet nie ma racji i ze manipuluje. Swoje zdanie mozesz wiec wyrazac a ze ktos moze sie kierowac klamstwem jego to nic na to nie poradzisz. Tacy ludzie nie sa wiele warci wiec po co aplikujesz u nich? O wspolczucie? Daj sobie spokoj.
Zajmij sie swoim zyciem, wyjdz z domu, zacznij robic co lubisz i spotykaj wartosciowych ludzi. Unikaj i uciekaj od manipulacji. To ze cos jest falszem to sama widzisz jakie to skutki wywoluje w Tobie. Ulegasz obludzie i stad te samopoczucie. Odrzuc to i poczuj sie lepiej. Niczego lepszego nie moge Ci zaproponowac. Niech on mysli co chce. Olej to!
12 2015-05-25 18:18:43 Ostatnio edytowany przez maryska-girl (2015-05-25 23:15:34)
.
maryska-girl napisał/a:To by ł toksyczny związek. Ale to ja byłam chyba tą osobą toksyczną. Proszę o prady. Chcę się zmienić, ale i tak niektóre osoby będą mnie tylko pamietac jaka byłam wcześniej.
Niekoniecznie. To ze sie pocieszyl tak szybko po rozstaniu nie swiadczy o milosci do Ciebie ale raczej o tym ze planowac cos, miec cos czyli rodzine a osoba byla tylko dodatkiem. Dowodzi tego jego narzucanie swojego zdania. Z drugiej strony sam bym nie zaakceptowal wychodzenia dziewczyny gdzies samej beze mnie bo to moze prowadzic nie tylko do oslabienia wiezi, ale rowniez do zdrady czego dowodem sa inne tematy na tym forum. Natomiast nie mozna powiedziec ze to Ty tylko bylas toksyczna osoba. Raczej postrzegam wasz zwiazek normalnie (nie jako toskyczny) z tym ze mieliscie rozne charaktery, oczekiwania co do sposobu spedzania czasu, czulas ze chcesz ciekawiej go spedzac (kwestia Twojego charakteru), nie bylo kompromisu, dialogu wiec w kwestii winy, ona lezy po obu stronach i to jest dla mnie oczywiste. Obarczanie wiec ciebie wina za cos niekonkretnego (to on zerwal) w celu usprawiedliwienai siebie, jest jedynie mechanizmem psychomanipulacji i dowodem na egoizm oraz zapatrzenie w samego siebie. Tobie rowniez pewnego egoizmu nie odmawiam ale... to wszystko jest po to zeby nabrac doswiadczenia. Natomiast on sobie szybko znalazl inna, co w sumie dobrze wrozy Tobie, bo mialabys potem problemy w malzentswie (predzej czy pozniej doszloby do zdrady), nie masz juz do czego wrazac a jedynym problem jest Twoje zaangazowanie emocjonalno-uczuciowe. Dalas sie tez wpedzic w nieuzasadnione poczucie winy ale w tym aspekcie zostalac po prostu oszukana/zmanipulowana. Odrzuc to bo nie ma ku temu powodow, wyciagnij wnioski i zobacz jak wazny aspekt zwiazku to z jednej strony lojalnosc, dawanie poczucia bezpieczenstwa partnerowi (chocby ze nic sie nie dzieje i ze nie ma takiej mozliwosci), czego zabraklo z Twojej strony, oraz ze zwiazek to kwestia zaufania, kompromisu, rozmowy, wspolnego ustalania pewnych rzeczy, czego zabraklo z jego strony. W zwiazku bowiem trzeba z czegos rezygnowac (upartego zdania, czasu poswieconego innym) a szukac rozwiazania miedzy soba. Do tego jednak trzeba dojrzalosci, ktora na pewno nadejdzie. Jednak on nie dojrzeje, wejdzie w te same schematy, podporzadkuje sobie kolejna dziewczyne, ktorej nie bedzie wierny (bo po co) bo to wynika z szacunku, respektu. Skoro ktos nie respektuje czyijs potrzeb to patrzy tylko na swoje. Przeciez tak bylo wiec o co te mysli i tesknota? To sa potrzeby emocjonalno-uczuciowe na bycie z kims ale zeby to nie byl byle kto, jak ostatnio to trzeba przyjac jakies kryteria, zeby to byl ktos kto rowniez bedzie swoistym przyjacielem, z kim bedzie mozna porozmawiac.
maniek_z_maniek - bardzo podoba mi się Twoje rozumowanie, bo jest takie prawdziwe.
Jestem tu nowa i oczywiście też mam problem z mężczyzną.
Jesteśmy razem od ponad 8 lat. W sumie nigdy nie był jakiś za bardzo czuły, nie trzymał za rękę, nie pocałował. Oczywiście jak spędzamy czas wspólnie - zazwyczaj na oglądaniu filmu - no to jest miło, siedzimy przytuleni, jest ok. Potem jak idziemy spać też zasypiamy przytuleni. Seks jest bardzo rzadko - ostatnio raz na dwa - trzy miesiące, bez szału - szybko się męczy, nie dochodzi. Wcześniej robiłam mu awantury za to, że mnie nie pocałuje przy rodzicach, nie powie miłego słowa, nie wstawi się za mną (nawet jeżeli nie miałam racji), że nie chce się kochać. Miałam bardzo niskie poczucie własnej wartości (hm.. mam nadal), nie radziłam sobie z emocjami swoimi i jego (jest dość agresywny i wybuchowy - ja z resztą też). Kiedy się kłóciliśmy, to bywały rękoczyny i wyzwiska z obu stron. Nie było tak, że mnie uderzył pięścią tak po prostu. Ale bywało, że mnie złapał za szyje, albo przycisnął do ściany. Ja wcale nie byłam lepsza - biłam pięściami w ramię, drapałam, wyzywałam. Wiele razy słyszałam "wypierd..", ale sama też tak mówiłam. Wiele razy chciałam się zabić, bo mam beznadziejne życie no i nie radziłam sobie z tymi cholernymi emocjami. Raczej nie rozmawiamy o nas o tym co chcielibyśmy zmienić, jak naprawić cokolwiek. Ja bardzo chcę rozmawiać, chcę się angażować, rozwiązywać problem, iść na kompromis. On nie chce rozmawiać, bo wie jak to się skończy (histeria, płacz krzyk z mojej strony). Po awanturze to on najczęściej wyciąga rękę, chce się pogodzić, ja go odpycham, bo dla mnie to jest zamiatanie sprawy pod dywan. Ale w końcu jakoś mi przechodzi (i jemu) i jest "jak dawniej", aż do następnej kłótni co jest bardzo wyniszczające. Zaczęłam się zastanawiać nad sobą, czy tak chcę przeżyć swoje życie, zaczęłam coś tam czytać na te tematy, jak sobie radzić itd. Wzięłam się w garść, postanowiłam się wyprowadzić (może coś zrozumie), najbardziej mnie bolało że zostawiam naszego kota-no ale skoro to ja się wyprowadziłam to nie mogę go jemu zabrać, nie ważne. Zostawiłam list, ale nie było to odejście typu koniec kontaktu żyjemy swoim życiem i do widzenia. Mieliśmy kontakt spotykaliśmy się i myślę że kłóciliśmy się jeszcze bardziej. Prosił żebym wróciła, że chce być ze mną. Wiem, że on chce być ze mną, nie zdradza mnie, nie chce szukać innej, po prostu wiem to - tylko że nam to trochę nie wychodzi. Wzięłam się za siebie, poszłam do psychiatry, zdiagnozowała u mnie przewlekłą depresję (dystymia), zapisała leki, rozmawiała ze mną, na prawdę świetna kobieta - często wkurzało mnie, że to ja się muszę wszystkim zająć i jeszcze nic od nikogo nie wymagać - ale cholera miała rację i ma cały czas (ale to było strasznie frustrujące). Najważniejsze w tym spotkaniach było to, żeby nie brać tego do siebie jak: on podniesie na Ciebie głos, zrobi coś czego nie chcesz, albo nie zrobi tego czego chcesz, czego potrzebujesz, że nie chce się kochać. Że trzeba zadbać o siebie i zrozumieć jego (dać mu spokój?). No i niby wszystko fajnie pięknie, mam mniejsze problemy z emocjami, mniej się złoszczę, pracuję nad sobą. Wprowadziłam się z powrotem do jego mieszkania, zapisałam się na podyplomówkę, mam jakieś tam sukcesy w pracy, zaczęłam dietę - bo trochę bardzo przytyłam. Kiedy słyszę - "to ja zawszę muszę zmywać naczynia, to ja muszę wszystko ogarniać, ciągle zostawiasz syf w kuchni" - bo akurat miałam parę dni doła i lenia. No i wciąż to "ty ciągle to, ja zawsze tamto". Męczące, no ale ja nad sobą pracuję, staram się nie wkurzać, nie brać tego do siebie, bo znam swoją wartość (?) - wiadomo nie zawsze się udaje, ale staram się. Mówię - tak masz rację nie powinnam tego czy tamtego - jemu jest lepiej, a ja nie biorę całej sytuacji do siebie, nie ma kłótni (tylko, że gdzieś głęboko pozostaje jakiś niedosyt, lęk, żal). No i potem każdy zajmuje się swoimi rzeczami, On po pracy przychodzi do domu i pracuje w domu, albo spełnia jakieś swoje zajawki, spotyka się z kumplami - a ja z koleżankami. Nie ma pretensji. Ostatnio byliśmy na wycieczce, oświadczył się. Oczywiście że w głębi siebie miałam wątpliwości, ale zgodziłam się. Jeżeli chodzi o ślub, to pewnie za kolejne 8 lat. Myślę że prędzej byłby gotowy na dziecko niż na ślub (ledwo wymawia to słowo = tak naprawdę nie rozmawiamy o tym, a o dziecku owszem). Ciągle narzeka, że nie ma kasy, że ciągle pracuje, nie ma czasu na to na tamto. A potem mówi że dziś znowu nic w pracy nie zrobił, tylko siedział na necie i coś tam rozkminiał. Potem przychodzi do domu, czyta książke lub siedzi przed kompem, albo wychodzi z kolegami (teraz jeździ samochodem więc nie pije - to jest dobre). Niby jest ok, niby nie, jest nijak jakoś. W sumie go kocham, ale coraz mniejszą mam potrzebę jego bliskości. Chciałabym mieć dziecko, nie jedno. Bo przynajmniej miałabym czym zająć myśli. Na razie sobie jakoś czas organizuję, lubię chodzić do pracy, długo w niej siedzę. Dwa razy w tygodniu chodzę na sport po pracy, więc jak wracam do domu to jest prawie 21, no to trzeba na jutro jakiś dietetyczny obiadek zrobić i do spania. Obejrzę swój serial, albo jakieś śmieszne filmiki, poczytam coś i do spania. I tak sobie żyję. Nie wiem..
Ludzie skąd takie patologiczne blokerskie związki. Mieliście rodziców alkoholików. To jakaś chora toksyczna miłość ale tu przynajmniej swój trafił na swego ![]()
Co występuje niestety dość rzadko(bo tych lepszych ludzi jest chyba mniej) stąd tyle w miłości niesprawiedliwości.
Ludzie skąd takie patologiczne blokerskie związki. Mieliście rodziców alkoholików. To jakaś chora toksyczna miłość ale tu przynajmniej swój trafił na swego
Co występuje niestety dość rzadko(bo tych lepszych ludzi jest chyba mniej) stąd tyle w miłości niesprawiedliwości.
Dzięki za słowa otuchy i wsparcia. W sumie nie wiem co sobie wyobrażałam pisząc tu o moich problemach.
Czytam to forum od dawna. Miałam nadzieję, że jak opiszę swoją sytuację, to ktoś będzie potrafił na to wszystko spojrzeć z boku (ja nie potrafię). Byłabym bardzo wdzięczna jakby ktokolwiek się wypowiedział. Jest to dla mnie ważne.
Kocham go, ale od wielu lat nie możemy się dotrzeć. Cokolwiek powiem on odbiera to jako atak. Planuję się rozstać (po raz kolejny), powiedziałam mu o tym. On chce być ze mną, ale jak mu mówię o poświęceniu i kompromisie w związku, to się broni ("czemu zawsze ja mam iść na kompromis", a to przecież nie o to chodzi!). Dodatkowo parę osób z mojego otoczenia (dziewczyny, które mają mężów i starsze dzieci) mówi mi, że jak do tej pory nic się nie zmieniło to nigdy nic się nie zmieni. Ani ja się nie zmienię, ani on i tak już będzie zawsze - a nawet gorzej bo im człowiek starszy tym się mniej stara i mniej mu się chce. Ostatnio mi powiedział, że chce się ogarnąć, coś robić po pracy, tylko że on mi to mówi odkąd pamiętam (jak jeszcze nie mieszkaliśmy ze sobą). Czuję tak ogromną blokadę u niego, już chyba próbowałam na wszystkie sposoby z nim rozmawiać - nic nie trafia. Jakiś czas temu mu powiedziałam, że jeżeli mu zależy na nas, żeby załatwił terapeutę (do tej pory nie pamiętam, żeby się angażował w cokolwiek co dotyczy nas i on nie ma w tym jakiś szczególnych korzyści). Chciałam, żeby mi pokazał, zrobił coś, żebym wiedziała, że mu zależy - coś innego niż gadanie. No ale nie wyszło - nie załatwił, nie chciało mu się, było coś innego do roboty, wyleciało z głowy. Czasem jest tak, że mu mówię co mógłby zrobić, żeby mi się miło zrobiło. Albo zamiast drzeć się na mnie, bo mam zły dzień (okres - nastroje), to mu mówię zaryczana: "kochanie, proszę jest mi źle, mam okres, weź poprawkę na moje zachowanie, przytul mnie". To nie - on tego nie zrobi bo wie jak to się skończy, że będzie gorzej i że go odepchnę, no i zamyka się w sobie, żeby "to" przeczekać. A ja wtedy wpadam w jeszcze gorszy nastrój, takie uczucie kompletnej bezsilności i złości.