Witam! Jestem tu nowy. Potrzebuję porady, bardzo mi na tym zależy. Moja historia wygląda następująco:
Mam prawie 21 lat. Jakieś 2 lata temu poznałem pewną dziewczynę. U mojej sąsiadki - napisała żebym przyszedł na piwo
Były tam 4 dziewczyny, 3 z nich znałem, jednej nie (o niej mowa - nazwijmy ją M). Nawet mnie nie zainteresowała. Mijały tygodnie i jakoś tak na imprezach przebywałem z tymi koleżankami, M też tam była. Ni stąd ni zowąd zaczęliśmy się całować, przytulać. Olewałem to. Jednak pewnego razu postanowiliśmy spróbować ze sobą być. Ja kompletnie ją olewałem, była taką zabawką - nic szczególnego, bo nawet mi się nie podobała. Zerwałem z nią po 3 tygodniach. Minęło trochę czasu, miałem duże problemy m.in. 3 dni na "dołku", rozszalałe myśli... postanowiłem wrócić, gdy dowiedziałem się, że płakała. Byliśmy ze sobą 2 tygodnie, musiałem opuścić kraj na 2 miesiące, za granicą nawet za nią nie tęskniłem. Tydzień po przylocie znów była impreza, M też tam była, wtedy powiedziałem jej że ją zdradziłem (ale o tym później). Nie widzieliśmy się ok. pół roku. Znów party (akurat wróciłem zza granicy), znowu zaiskrzyło. Na drugi dzień do niej przyjechałem, po tygodniu jej przyjaciółka zapytała mnie jak ma M nastawiać. Odpowiedziałem, że tym razem będzie dobrze. Byliśmy szczęśliwi z M, byłem jej pierwszą miłością, pierwszym facetem tak naprawdę (dosłownie)
Czasem się kłóciliśmy, jak to w związku. Wspólne wakacje, wspólne wyjazdy. Zaczęła mi się cholernie podobać, zakochałem się, gdy ona już zakochana we mnie była od dawna. Niestety, ja głupi czasem komuś powiedziałem o jedno słowo za dużo, co dotarło do niej, wkurzyła się, lecz nadal kochała, wybaczyła. Minęło trochę czasu, nie chcąc jej dłużej okłamywać, odważyłem się i powiedziałem, że ta zdrada to było kłamstwo, by odczepiła się ode mnie. Jaka ona była wtedy zła, wyrzuciła mnie z domu. Pisałem jej i dzwoniłem, kazała dać jej czas. minęło 4 dni i znów byliśmy razem. Pod koniec wakacji musiałem wyjechać na 2 tygodnie. W tym czasie pozwoliłem jej pojechać z przyjaciółkami i takimi kolesiami (znam ich, nawet polubiłem) na wyjazd na 3 dni, była ze mnie zadowolona, że ją puściłem. Wróciłem, byliśmy szczęśliwi. Minęło jakieś 2 tygodnie, gdy zauważyłem, że coś jest nie tak, więc pytam o co chodzi, a ona że nie wie czy czuje do mnie to samo co na początku, musi przemyśleć. Znowu minęło 4 dni, ja pisałem dzwoniłem, prosiłem o rady swoją przyjaciółkę, ona do niej dzwoniła. Zeszliśmy się. Było jak dawniej. Ostatnio odebrałem ją z korków, pojechaliśmy do mnie, nakrzyczałem trochę na nią, w związku ze studniówką (maturkę ma w kwietniu). Wszystkie obowiązki bierze na siebie, wszystko ona robi - fakt - jest bardzo ambitną kobietą. Zauważyłem znowu, że coś jest nie tak. Zerwała ze mną, mówi, że to nie to samo co na początku. Że nie wie czy jeszcze mnie kocha. Poprosiła o czas, mówi, że nie ma już siły na mój charakter, na moje zachowanie i że nie jest ze mną szczęśliwa. Trochę w nasz związek wdarła się rutyna. Ja błagałem, płakałem, stałem się miękki, prosiłem o rozmowę z nią nawet jej siostrę. Minęło 5 dni, przyjechała do mnie, zabrała wszystkie rzeczy. Nadal błagałem i płakałem, namawiałem i naciskałem. Nic nie wskórałem. Chyba sam siebie pogrążyłem. Minęło już 3 tygodnie odkąd ze sobą nie jesteśmy, a 1,5 tygodnia jak się nie widzieliśmy. 2 dni temu trochę popisaliśmy o mojej pracy, a raczej jej braku. Ja wiązałem z nią wielkie plany, że zamieszkamy razem itp, itd. Ona ma 18 lat, chyba się przestraszyła. Od jej przyjaciółki dowiedziałem się, po pytaniu, czy M nadal mnie kocha, uzyskałem odpowiedź "miłość to nie wszystko", więc chyba tak. Przyznaję się, że byłem chorobliwie zazdrosny, nawet gdy prosiła, bym zmienił to bo może się to dla nas źle skończyć, ukrywałem to lecz M to widziała. Robiłem często na przekór, by ją zdenerwować (trudny charakter - wiem). Pytałem czy ma innego, czy mnie zdradziła, czy chociażby ma kogoś na oku - jednoznaczna odpowiedź - "nie, powiedziałabym ci o tym, by cię tak bardzo nie bolało". Powiedziała, że kiedyś myślała tak, że to ja jestem jej jedynym, a dzisiaj już raczej tak nie myśli. Ja wiem że to właśnie ona jest kobietą mojego życia, jestem tego pewien w 120%. Tak bardzo mi jej brak, staram się o niej nie myśleć, lecz jest mi bardzo ciężko. Dziś ma imieniny, mam przygotowaną prezentację ze wspólnymi zdjęciami, i jeszcze jedną taką bardzo osobistą rzecz. Pojadę do niej ładnie ubrany, złożę życzenia, wręczę prezent, pożegnam się (mam nadzieję, że nie na zawsze) i przestanę się odzywać, zacznę żyć własnym życiem, chociaż wiem, że jeszcze długo nie zapomnę... Co mam robić, czy zostawić ją na zawsze ze względu na to że ją bardzo mocno kocham, czy czekać na jej odzew? (dodam, że jej przyjaciółka z nią gadała i dostałem odpowiedź, że mam ją zostawić w spokoju, gdy zapytałem). Dodam, że byłem z nią ponad osiem miesięcy. Poradźcie...