Postanowiłam założyć ten wątek ponieważ jest mi ciężko i gubię się we własnych emocjach. Nigdy nie byłam zazdrosną osobą, ale uczucia, które mi ostatnio towarzyszą zadziwiają mnie samą. Chodzi o relacje w mojej rodzinie. W skrócie zrobię zarys sytuacji, więc tak.
Moja siostra mieszka z rodzicami w naszym rodzinnym domu, zajmuje piętro, rodzice parter, z racji tego że mąż mojej siostry to alkoholik i w moim odczuciu psychopata relacje pomiędzy nimi są różne od skrajnie dobrych do skrajnie złych. Ja mieszkam 60 km od domu rodzinnego, w pewnej mierze "uciekłam" od rodziny bo uważam ją za dysfunkcyjną. Moja siostra jest o kilka lat starsza ode mnie, po ślubie od razu zamieszkała u rodziców, urodziła dziecko, dostała dom, mama pomagała jej przy dziecku więc spokojnie wróciła do pracy. Mnie pozostało mieszkać z nimi wszystkimi lub odejść i zająć się własnym życiem. Wybrałam to drugie. Problem w tym, że moja mama codziennie dzwoni do mnie i opowiada o problemach siostry, jak jest im źle z tym szwagrem, że nie będzie się miał nimi kto zaopiekować na starość i wtedy mnie ogarnia wściekłość, nie chcę mamie sprawiać przykrości ale myślę "halo halo!!! daliście jej dom, wszelką pomoc itd ja odeszłam z pustymi rękami, zawsze o wszystko musiałam walczyć, to co ona dostała na starcie ja osiągałam w bólach, nie mogę liczyć na jakąkolwiek pomoc przy dziecku i Ty mi jeszcze mówisz że nie będzie się miał kto wami zająć???!!!". Mało tego mało interesują ją moje problemy, chyba uważa że takich nie posiadam, ostatnio szukamy z mężem mieszkania więc codziennie jakieś oglądamy, chciałam jej opowiedzieć o swoich wrażeniach, byłam podekscytowana a ona po 3 zdaniach przerwała mi i zaczęła znów opowiadać o pijackich wybrykach szwagra i o tym jaka moja siostra jest biedna z nim. Czasami mam ochotę się odciąć, nie odbierać telefonów ale wtedy dopadają mnie wyrzuty sumienia, że jestem wyrodną córką, że przecież nie mogli przewidzieć jak to wszystko się potoczy i mam przeczucie, że opieka nad rodzicami i tak spadnie na mnie. A siostrę kocham całym sercem ale jej podejście do życia, pobłażanie mężowi, który wszystko niszczy doprowadza mnie do szału, uważam że każdy ma w dużej mierze to na co się godzi i bywam okropnie zazdrosna, że moja mama nie poświęca mi tyle uwagi, że nie martwi się o mnie co ze mną dalej będzie, ja jestem tą która zawsze "musi sobie dać radę". Sama już nie wiem, jestem złą córką? siostrą? A może ja już zwariowałam?
Poczytaj o współuzależnieniu. Jak to działa, jakie są mechanizmy. W internecie jest sporo informacji na ten temat. Moim zdaniem Twoja siostra oraz matka są współuzależnione od męża siostry. W rozmowach z matką zaczęłabym podkreślać ich (jej i siostry) swobodę wyboru i możliwość wpływu na sytuację - bo to nie jest tak, ze ktoś im przyłożył pistolet do głowy i kazał trwać przy pijaku i psychopacie - taka sytuacja to ich własna decyzja.
Do tego dziecko, które w przyszłości będzie leczyło swoje wspaniałe dzieciństwo na kozetce u psychologa.
Zaczęłabym podkreślać jak bardzo traci cała rodzina, że można i trzeba coś zrobić. Zasugerowałabym wizytę u psychologa, siostra jej potrzebuje. Do tego zaznaczyłabym, że nie życzę sobie rozmawiać o szwagrze. Na każdy inny temat tak, o nim - nie. Czy matka uświadomi sobie wtedy, że tak naprawdę nie ma o czym z Tobą rozmawiać, bo jej cała uwaga i energia jest skierowana na toksyczne małżeństwo siostry? Może to jedna z dróg, którą coś do niej dotrze.
Może jakimś rozwiązaniem byłoby zaproszenie matki do siebie na jakiś czas, żeby oderwać ją od tamtych problemów i umieścić w innej perspektywie. Czy ona da się oderwać, to inna sprawa, Ty ją znasz najlepiej.
Jesteś obciążana emocjonalnie jakbyś to Ty była rodzicem, a nie matka. Zazdrość w Twojej sytuacji wydaje mi się uczuciem adekwatnym, ale jej natężenie chyba przeszkadza Ci w życiu, więc może spróbuj porozmawiać z matką bardziej szczerze. Że jeśli z Tobą rozmawia, to nie chcesz rozmawiać o siostrze, tylko o sobie i o matce. Że czujesz się pomijana i mniej ważna. Że nie masz wsparcia i zainteresowania z ich strony, a byłoby ono dla Ciebie cenne. Że sytuacja ze szwagrem wysysa energię z całej Waszej rodziny i że trzeba coś tym zrobić, zamiast się wiecznie żalić.
To nie jest kwestia Twojej zazdrości o siostrę, a niewłaściwego zachowania rodziców. Moim zdaniem, oni nie traktują Was na jednakowych zasadach, a może to wynikać z ich niezadowolenia, że się od nich wyprowadziłaś.. Nie ma w tym oczywiście żadnej Twojej winy, ale ich zachowanie próbuje ją w jakimś stopniu wywołać.
Witajcie. Dziś jestem trochę spokojniejsza, emocje nieco opadły i mogę spojrzeć bardziej trzeźwo na relacje w mojej rodzinie. Moja mama zawsze miała nawyk zrzucania na mnie problemów rodzinnych, wręcz bywało że wymagała abym pomogła je rozwiązać bo przecież ja jestem ta odpowiedzialna, mądra itp. i faktycznie długo próbowałam to wszystko kleić kosztem własnego życia, sytuacja nieco się zmieniła kiedy urodziłam dziecko bo wtedy poczułam, że tworzę odrębną rodzinę i muszę robić wszystko aby moje dziecko miało w życiu lżej niż ja miałam więc zaczęłam bardziej zaznaczać granice i często mówiłam mamie wprost, że nie chcę słyszeć o mężu mojej siostry. Mimo wszystko często bywają dni, że mama i tak robi to samo a ja później chodzę przytłoczona bo ciągle mam pod skórą uczucie odpowiedzialności za całą rodzinę. Często czuję się jak drzewo, które ma gnijące korzenie ![]()
Co do siostry, to wiem, że jest współuzależniona, nieraz sugerowałam jej pójście na terapię a nawet mówiłam wprost, że powinna się rozwieść dla dobra swojego dziecka ale ona podczas rozmowy jest jakby nieobecna, widzę po jej minie, że złości ją to co mówię, "jednym uchem wpuszcza drugim wypuszcza" a często nawet broni swojego męża, tłumaczy go. Doszłam do wniosku że "głową muru nie przebiję", owszem zawsze chętnie pomogę ale nie własnym kosztem bo ta sytuacja trwa już ładnych kilka lat i nic się nie zmienia w pozytywną stronę. Czasami mam wrażenie, że moja cała rodzina patrzy na mnie jak na dobrą wróżkę, która za dotknięciem magicznej różdżki wszystko zmieni, a to nie tak bo tam nie ma w nikim chęci i odwagi do zmian a ja czarować nie umiem.
To chyba nawet nie zazdrość a żal do siostry i mamy, że wciąż pozwalają aby ta chora sytuacja trwała. Czasem czuję, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia i jest mi wtedy bardzo bardzo ciężko.
Siostra nie słucha Twoich rad. Matce jesteś potrzebna do rozwiązywania problemów, które sama na siebie ściągnęła. Co zrobić? Ja bym dawno powiedziała to, co Ty tutaj napisałaś: "halo halo!!! daliście jej dom, wszelką pomoc itd ja odeszłam z pustymi rękami, zawsze o wszystko musiałam walczyć, to co ona dostała na starcie ja osiągałam w bólach, nie mogę liczyć na jakąkolwiek pomoc przy dziecku i Ty mi jeszcze mówisz że nie będzie się miał kto wami zająć???!!!".
Przykre, bo matka? To niech się zachowuje jak matka również wobec Ciebie. Nie? Trudno. Jak się zacznie żalić na męża siostry, to powiedz, że skoro jej tak przeszkadza, to niech każe mu się wyprowadzić. Nie chce tego zrobić? No to widocznie aż tak nie przeszkadza. Spytaj, czego ona od Ciebie oczekuje. Ty nie rozwiążesz za nią jej problemów, a nawet jakbyś jakimś cudem mogła, to uważam, że nie powinnaś, bo tylko utrwalisz swoją pozycję tej, której się zwala na głowę kłopoty. Skoro nie chce wyrzucić szwagra, to jest to jej decyzja i ona niech ponosi jej konsekwencje bez narzekania. Jeśli powie, że chce go wyrzucić i nie wie jak, to wtedy ewentualnie pomóż - wtedy, kiedy ona zdecyduje się coś zrobić z tą sytuacją. Nie rób nic ZA NIĄ.
Sprawa jest prosta. Z czasem zacznij sie uczyc dystansowac od problemow rodzinnych a na razie wyznacz sobie terminarz kontaktu z domem rodzinnym i scisle sie tego trzymaj!!!! W tej chwili proponuje Ci raz w tygodniu (czyli nie odbierasz tel. od matki, nie odluchujesz wiadomosc a najlepiej spraw sobie drugi numer i oddziel ten kontakt) a potem nawet raz na 2 tygodnie. Sytuacja tam sie nie zmieni, zachowanie matki rowniez, wplyw tego na Ciebie obecnie tez nie od razu. Nie ma innej drogi niz oddzielanie sie od destrykcyjnych bodzcow i nabieranie do nich dystansu po prostu.
Czasem czuję, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia i jest mi wtedy bardzo bardzo ciężko.
Być może masz rację. Pytanie tylko jaki wpływ masz na tą sytuację bez wyjscia i na ile ona jest twoja. Nagadałaś się juz sporo. Tłumaczyłaś i matce i siostrze. Efekt? Sama widzisz....
Najgorsze w twojej sytuacji jest poczucie odpowiedzialności za rodzinę. Wiedz, że to jest coś czego zostałaś nauczona, co zostało ci wtłoczone. Twoja matka prawdopodobnie nigdy sobie nie radziła zbyt dobrze, podobnie jak twoja siostra, dlatego postanowiły obarczyć sobą kogoś silniejszego, czyli w tym przypadku ciebie. Wziecie tej dopowiedzialnosci to byl też twój mechanizm obronny, coś co pozwoliło ci przetrwać, ogarnąc sytuację, przejąc kontrolę.Teraz, co jest oczywiste, to poczucie ci przeszkadza. Dobra wiadomośc jest taka, że możesz oduczyc sie takiego sposobu myslenia i zacząć żyć swoim zyciem. Co sądzisz o podjęciu terapii własnej?
Kawusia - wpadłaś w mechanizm tzn." Trójkąta w relacjach rodzinnych."
Poczytaj sobie książkę :" Gniew kobiety" Harriet Lerner , tam są rozdziały poświęcone właśnie takim relacjom i wskazówki jak z tego wyjść .
Jeśli jej nie znajdziesz daj meila . podeśle Ci skany ![]()
Myślicie, że można się oduczyć takiej odpowiedzialności?? hmmm, wiem że moja mama jest dobrą osobą, że mnie kocha ale w jakiś sposób nie umie "wypuścić z gniazda" i to jest chore bo ja mam wyrzuty sumienia, myślę sobie, że życie jest krótkie i nie mogę odrzucać własnej matki a ona te wyrzuty podsyca przypominając mi o tym, że jej życie dobiega końca. W zasadzie przypomina mi o tym, odkąd sięgam pamięcią.
Odkąd wyprowadziłam się z domu przeszłam długą drogę bo kiedyś mama czuła się w obowiązku dzwonić do mnie za każdym razem kiedy mąż siostry się upijał co skutkowało tym, że nie spałam całymi nocami martwiąc się co się tam dzieje. Teraz śpię już spokojniej.
W zasadzie to pierwszy raz od lat kiedy przyznaję się do tych problemów i trochę się wstydzę, mieszkam w mieście od 10 lat i żadna z osób, które tu poznałam nie wie z jakiego domu pochodzę, jaką mam rodzinę, jestem tu tylko sobą i tworzę siebie kawałek po kawałku. To wielka zaleta mojej "ucieczki".
Myślicie, że można się oduczyć takiej odpowiedzialności??
Jestem przekonana, ze można, tylko nad tym trzeba pracować albo w formie psychoterapii, albo "rozwijając" się w dziedzinie zdrowego egoizmu.
Każdy sam jest odpowiedzialny za siebie i swoje wybory. Rodzice mają być dorosłymi, a dzieci-dziećmi. Prawidłowy rozwój psychiczny dziecka i jego zdolność do budowania prawidłowych relacji jest zachwiany, gdy rodzice "wyręczają się" dziećmi, uciekają od odpowiedzialności. Takie dziecko jest wychowywane w dysfunkcyjnej rodzinie i ma syndrom DDA.
Twoja mama możliwe, że nieświadomie "wpisała" ciebie, gdy byłaś dzieckiem, w rolę Rodzica. Twoim zadaniem jest Uwolnienie się od tej roli...
Twoja matka swoją postawą wywołuje w tobie poczucie winy, bo emocjonalnie nie odcięłaś się od niej pomimo tego, że masz wlasną rodzinę. Szczególnie uwidacznia się to w jej roszczeniowej postawie wobec ciebie "to ty masz rozwiązać" za nią wszystkie problemy i jeszcze problemy rodzinne swojej siostry. Twojej mamie wygodnie jest odgrywać rolę "małej dziewczynki", bo innej nie zna. Tobie może jest potrzebne pełne spojrzenie na swoją rodzinę, jako system aby "odczarować" ciebie.. dzięki np. ustawieniu twojej rodziny wg B.Hellingera.
www.hellingerpolska.pl/
Mimo wszystko często bywają dni, że mama i tak robi to samo a ja później chodzę przytłoczona bo ciągle mam pod skórą uczucie odpowiedzialności za całą rodzinę. Często czuję się jak drzewo, które ma gnijące korzenie
Wyszukaj w internecie termin "bohater rodzinny". On funkcjonuje co prawda w kontekście DDA, ale Ciebie matka wpisywała w ten schemat za pomocą poczucia winy.
Jeśli rozmawiałaś i nic to nie dało, musisz być twarda i konsekwentna: matka zaczyna o szwagrze, dostaje ostrzeżenie że nie chcesz o nim rozmawiać i jeśli będzie kontynuować, to przerwiesz połączenie. Jeśli kontynuuje, przerywasz. Konsekwencja to podstawa, w końcu się nauczy. Na jęczenie że nie chcesz poruszać tego tematu, odpowiadasz, że każdy jest odpowiedzialny za własne życie i za jego jakość. Jeśli siostra chce mieć lepiej, niech sama coś zrobi.
Terapia nie byłaby dla Ciebie najgorszym rozwiązaniem, żeby przezwyciężyć schemat Twojej nadodpowiedzialności za rodzinę. Nie jesteś za nich odpowiedzialna. To ONI są odpowiedzialni za SIEBIE. Rozumiesz to, na poziomie intelektualnym wszystko jest jasne, ale wewnątrz i tak czujesz się za nich odpowiedzialna, prawda? Terapia jest po to, żeby poukładać te uczucia.
Myślicie, że można się oduczyć takiej odpowiedzialności??
Mozna, - tylko nie radziłabym podchodzić do tego zadaniowo - raczej jest to uporanie się z poczuciem winy, czyli przepracowaniem destrukcyjnych emocji, pozbyciem się ich. Poczucie winy jest często mylone z wyrzutami sumienia, i jest (razem z poczuciem krzywdy) jednym z bardziej destrukcyjnych emocji.
Poczytaj o ustawieniach rodzinnych Hellingera.
13 2015-03-18 12:17:49 Ostatnio edytowany przez MamaMamusia (2015-03-18 12:18:38)
Myślicie, że można się oduczyć takiej odpowiedzialności??
Ja się oduczam właśnie na terapii. Droga to nie łatwa, ale jestem bliska sukcesu. Tak, jestem pewna - można się tego oduczyć.
A sory, a gdzie w tym wszystkim tkwi twój tata?
Nie wiem, czy takie odejście na maksa od rodziny jest dobrym pomysłem, zawsze będzie się ciągnąć za tobą poczucie winy. Ja też jestem takim "bohaterem " rodzinnym i powiem ci, że wspierałam mamę w problemach z pijącym trochę dziecinnym, a na pewno egoistycznym ojcem.Było mi jej zwyczajnie żal, chociaż to moja siostra była jej oczkiem w głowie, nie ja.Ale ona akurat miała w d... to co się dzieje, odcięła się własnie i spokojnie układała sobie życie. Tak jest do tej pory.Teraz ja po śmierci mamy opiekuję się leciwym już ojcem i choć łatwo nie jest, nie umiałabym zostawić go samemu sobie, to zżarło by mi sumienie. Rodzice to rodzice. A co do siostry, to powinna się wyprowadzić i to jak najszybciej. Skoro dobrze jej z takim mężusiem, to droga wolna, niech się męczą, ale z dala od rodziny.Dopóki sama nie przepłynie przez to swoje goowno, nikt jej nic nie wytłumaczy. Trudno.
Hm...
Eh, aż przykro jak się to wszystko czyta...
A dlaczego przykro?
ps. Tzn, rozumiem, co chcesz powiedzieć (odpowiadam na wypadek jakbys postanowila znow zignorować moje pytanie), ale czy to ma jakiś merytoryczny wkład w dyskusję..?
Przede wszystkim : Postaw sprawę jasno - jestem dosrosła i mam swoje zycie, które Was nie interesuje więc po jakiego grzyba mam się interesowac wami ?
Musisz im okazać swoje niezadowolenie, bo inaczej będziesz takim koxlatkiem, który musi dusic w sobie problemy wszystkich, a nikt nie zadba o jego potrzeby. Wiem, że to trudne, bo sama odcięłam sie na podobnej zasadzie. No może u mnie wygladało troche inaczej, jestem najstarsza z 5ciorga i zawsze zajmowałam się młodszymi i w sumie dalej się ode mnie oczekuje, że będę przyjeżdżać do domu rodzinnego i pomagac we wszystkim jak to było przez całe moje dzieciństwo, a reszta bedzie się obijać... Postawiłam sprawe jasno, że skoro oni nie robią to dlaczego ja mam ? Ja tam nie mieszkam...
Ehh, wiem, że nadaję się na terapię ale nie potrafię się całkiem odciąć, wydaje mi się, że mama nie ma świadomości, że robi mi krzywdę. Ostatnio jak dzwoni to po prostu jej wysłuchuję i daję jej się wygadać i staram się później już o tym nie rozmyślać. Staram się ale zazwyczaj mam zepsuty dzień.
A gdzie w tym wszystkim tata? Tata też jest alkoholikiem pijącym ciągami, tyle że w przeciwieństwie do szwagra nieagresywnym. Ciężko mi się nawet przyznać do patologii z jakiej się wywodzę. Pochodzę z rodziny megadysfunkcyjnej. Macie rację, jestem bohaterem rodzinnym, już jako dziecko byłam wyznaczona do tego żeby przyprowadzić pijanego ojca do domu, żeby przypilnować żeby nic mu się nie stało. Teraz służę mamie terapią psychologiczną. Czasem mnie ta odpowiedzialność wgniata w ziemię. Szkoda, że nie można sobie wybrać rodziny. Z drugiej strony i tak dobrze się mam jak na kogoś kto w czymś takim wyrastał.
To prawda, rodziny (tej, w której się wyrasta) wybrać sobie nie można, ale można mieć wpływ na kształtowanie własnego dorosłego zycia, i od owej rodziny można emocjonalnie się odciąć i zyć po swojemu i na własnych zasadach.
Tez przechodziłam przez etap, kiedy usprawiedliwiałam mojego tate, ze on nie zdaje sobie sprawy, ze krzywdzi innych (w tym mnie), wiec skoro taki nieświadomy, a ja taka swiadoma, to powinnam ustapic i dalej utzrymywac kontakty z nim na jego zasadach, w imię.. - (no wlasnie w imię czego?). Dzis wydaje mi się, ze tego po prostu nie da się polaczyc.
Ehh, wiem, że nadaję się na terapię ale nie potrafię się całkiem odciąć, wydaje mi się, że mama nie ma świadomości, że robi mi krzywdę. Ostatnio jak dzwoni to po prostu jej wysłuchuję i daję jej się wygadać i staram się później już o tym nie rozmyślać. Staram się ale zazwyczaj mam zepsuty dzień.
A gdzie w tym wszystkim tata? Tata też jest alkoholikiem pijącym ciągami, tyle że w przeciwieństwie do szwagra nieagresywnym. Ciężko mi się nawet przyznać do patologii z jakiej się wywodzę. Pochodzę z rodziny megadysfunkcyjnej. Macie rację, jestem bohaterem rodzinnym, już jako dziecko byłam wyznaczona do tego żeby przyprowadzić pijanego ojca do domu, żeby przypilnować żeby nic mu się nie stało. Teraz służę mamie terapią psychologiczną. Czasem mnie ta odpowiedzialność wgniata w ziemię. Szkoda, że nie można sobie wybrać rodziny. Z drugiej strony i tak dobrze się mam jak na kogoś kto w czymś takim wyrastał.
Mama nie ma świadomości, to ją uświadom.
Ona też ma ciężko i nie chcesz jej dokładać? Ma ciężko, bo na to zapracowała i nadal pracuje, bo oparła ten układ (znoszenia wybryków alkoholika-skarżenia się i bycia ofiarą-emocjonalnego obciążania tym Ciebie żeby ulżyć sobie-nie robienia nic żeby to zmienić), w którym się jej znośnie funkcjonuje w dużej mierze na Twoich plecach. W tym kontekście, Ty też jesteś w pewien sposób odpowiedzialna za istnienie tego układu: bo w końcu cały czas trwasz w swojej pozycji bohatera i służysz ramieniem do wypłakania się.
Zbuntujesz się, to wyjmiesz jeden z filarów, na którym ten układ się opiera, przez co stanie się dużo mniej stabilny. Czy jesteś swoją mamą, która pomimo skarżenia się na sytuację, nie chce podjąć radykalnych kroków?
21 2015-04-16 12:33:22 Ostatnio edytowany przez Benita72 (2015-04-16 12:35:32)
W tym kontekście, Ty też jesteś w pewien sposób odpowiedzialna za istnienie tego układu: bo w końcu cały czas trwasz w swojej pozycji bohatera i służysz ramieniem do wypłakania się.
Zbuntujesz się, to wyjmiesz jeden z filarów, na którym ten układ się opiera, przez co stanie się dużo mniej stabilny.
Dokladnie. I to może Ci uswiadomic, Kawusia, ze odmawiając matce "wyplakiwania się", nie robisz nic zlego - a wręcz przeciwnie - może to być pierwszy krok w zdrowieniu, nie tylko Ciebie, ale i Twojej rodziny. Rodzina to jakby system naczyń polączonych - kiedy naruszysz/zmienisz jeden element - zmienia się całość.