Witam wszystkich serdecznie,
Mam problem z samym soba i nie potrafie sie do tego juz ustosunkowac, nie wiem jak sobie z tym poradzic..
Poznalem dziewczyne, zakochalem sie, ona mnie nie chce - zdarza sie. Niestety ze mna nie ejst dobrze, nie moge sie z tym pogodzic, moja pierwsza milosc w zyciu. Ciagle mam wahania nastrojow w stosunku do niej, raz jest dobrze, toleruje, ze ona widzi we mnie kolege, a za chwile ejst fatalnie, nie potrafie o niczym innym myslec jak o byciu z nia i na sile szukam potwierdzenie, ze jej tez cos zalezy. Efekt? Dziewczyna stwierdzila, ze zachowuje sie jak psychopata, ze ejstem wariatem, ze sie nie czuje przeze mnie bezpiecznie w domu, ze mam sie trzymac z daleka, ze to jest chore.
A ja? Nie wiem, po prostu nie wiem, co mi sie dzieje. Jakbym byly dwie osoby we mnie, jedna, ktora widzi to wszystko takie jakie jest i mowi wyraznie, zostaw ta biedna dziewczyna, nie waz sie cokolwiek do niej pisac, nie niszcz jej i druga strona, ktora mowi, ze musisz probowac dalej, nie odpuszczac, ze jest nadzieja, wzajemnosc, ze trzeba sie starac. Staralem sie z calych sil utrzymac kontakt z nia a emocje i uczucia stlumic, ale nie da sie, za kazdym razem gdy mysle, ze jest juz w prozadku i do niej napisze, okazuje sie, ze nie ejst, ze wraca wszystko... - wariactwo.
Dodatkowo ona mnie wyniszcza tym, ze mnie odrzuca, ja wpadam w gniew, probuje z nia "walczyc" dochodzi do klotni, w koncu ja ulegam, zmieniam taktyke, zaczynam sie zalic, biore ja na litosc. Nastepnie przepraszam, mowie, ze juz jest ok, ze mi przeszlo, a za jakis czas powrot...
Teraz znowu moj chory umysl kombinuje co zrobic, zeby moc z nia "popisac", zeby naklonic ja do rozmowy, zeby na nia wplynac... Ja widze, ze to ejst chore, a nie potrafie przestac ![]()
Poczytalem w internecie cos, szukam pomocy. Stwierdzilem, ze to jest chora milosc z mojej strony, toksyczna relacja, w ktorej sam siebie wyniszczam przez kontakt z nia i dodatkowo ja obarczam, tym, ze jestem nieszczesliwy.
Ostatnio ciagle czuje smutek, zal, rozpacz, porzucilem swoje hobby, zainteresowania, w pracy obsesyjnie mysle o tym co jej napisac, chociaz wiem, ze to przyniesie znowu bol i cierpenie. Czuje sie jak narkoman, ktory bierze narkotyk, na chwile udaje, ze jest ok, a za chwile wraca po wiecej i jest gotowy zrobic wszystko byle to dostac, nawet sie upodlic... Raz czuje, ze to ona mnie niszczy i przeklinam ja w myslach, innym razem, ze to ja jestem jednak tym zlym i ze jej robie krzywde ![]()
Obecnie ejstem rozbity emocjonalnie. W jednym momencie jej nienawidze, mam pretensje, zale, w drugim wydaje mi sie, ze to moja wina jest wszystko, ze zle robie, ze powinienem jej dac spokoj juz dawno. Raz do niej pisze, ze jest ok, ze mi przeszlo, ze spoko, po to by na drugi dzien zaczac awanture i zalic sie nad soba, ze sie w niej tak nieszczesliwie zakochalem. Miewam momenty w ktorych widze dokladnie co sie stalo, ze ona mnie nie chce, ze nie mam prawa jej obwiniac o cokolwiek, ze i tak dlugo mnie tolerowala i musze dac spokoj, przestac. Po to, by za chwile znow kombinowac, jak zagadac, jak ja podejsc zeby ze mna popisala, ze ona moze sie chce pogodzic jednak, ze jest zaleznosc jakas miedzy nami itp..
Dodatkowym problemem ejst to, ze co pol godziny mam inna wersje w glowie w stosunku do niej. Raz spisalem "swoje" odpiowiedzi z calego dnia o roznych porach na jej jeden sms - kazda byla inna.. tak sie nie da komunikowac. Za kazdym razem mam inne nastawienie, co innego w glowie, to jest jakby komus na jedno pytanie, dac kilka calkowicie roznych odpowiedzi, w zaleznosci od momentu w ktorym o to zapyta...
Ja to nie ja - bylem fajnym, zabawnym, pewnym siebie gosciem, dopoki nie poznalem ja. Teraz jestem na dnie, nie potrafie nawiazac relacji z inna dziewczyna, mysle tylko o tej jednej.
Ona tez nie byla w porzadku calkowicie. Wpierw powiedziala mi, ze ona jest "inna" i ze musze pamietac o umowie jesli mamy utrzymywac kontakt. Zapytalem o jaka umowe chodzi - "Mozemy byc tylko kolegami" - odparla. Pozniej bylo wiecej tego typu "ostrzezen" - "Trzymaj dystans" "Tylko sie nie zakochaj" "cenie sobie samotnosc" "Nie mam potrzeby bycia z kimkolwiek kiedykolwiek" "masz klamac" "na pewno sie poklocimy" itp. Staralem sie wiec sznowac ja jak kolezanke, a ona na piatym spotkaniu zapytala z pretensja, czy ejstem gejem, bo sie nie do niej dobieram, ze cos jest ze mna chyba nie tak, ze zmarnowalem szanse na cos wiecej... nawet nie wyobraza sobie jak mnie to urazilo wtedy
Zrobila mi sito w glowie i do teraz nie potrafie sie w tym "odnalezc"
Ona to ciezki typ charakteru, twierdzi, ze ceni sobie samotnosc, ze nigdy sie jeszcze nie zakochala, ze nie ma potrzeby byc z kimkolwiek kiedykolwiek, sama o sobie mowi, ze jest wredna (czesto), inna, nie znosi sprzeciwu, nie potrafi isc na kompromis, nie ustepuje w klotni, nie przeprasza, obraca kota ogonem, zagrywa tak, zeby druga osoba sie czula winna, nie daje sie przekonac
Ja to konskewnenty, uparty, mily, uprzejmy, cieprliwy i wyrozumialy facet. Niestety przez nia rozsypalem sie, wpierw okazywalem bezwgledna wyrozumialosc dla niej i to jej odpowiadalo, gdy cos bylo nie tak - ja przepraszalem i staralem sie ja zatrzymac przy sobie. To mnie zaczelo niszczyc wenetrznie, ale uczucia byly tak silne, ze zawsze to ja zabiegalem zeby naprawic sytuacje i bralem chetnie wine za wszystko na siebie. Pozniej juz bylo tylko gorzej, zaczynala sie klotnia, ja bronilem swoich racji, ona swoich, na koncu ja albo sie zaczynalem rozzalac nad soba, po to by na drugi dzien przepraszac. Ona obracala kota ogonem, a ja z tej milosci do niej bralem na siebie wszystko. Bywalo jednak, ze to ja probowalem zrzucic czesc winy na nia, ale nie bylem wystarczajacy twardy, zeby przy tym obstac, wiec w efekcie ona i tak mnie dominowala i ja musialem przepraszac.