Witam Was wszystkich.
Mam naprawde wielki problem, ktory sklada sie z miliona roznych czastek, ale postaram sie napisac zwiezle z nadzieja, ze podacie mi Wasze zdanie i opinie a to na pewno choc troche mi pomoze.
A wiec moj chlopak musi sie przeprowadzic do innego miasta z powodow rodzinnych i pracowniczych. Problem w tym, ze ja strasznie tego miasta nie cierpie.. Jest male, zero tam dla mnie mozliwosci, nie podoba mi sie ani miasto, ani styl tamtejszego zycia (miasto jest male, mlodzi ludzie powyjezdzali, w ogole to miejscowych ludzi jest nie duzo, bo wiekszosc to kilkudniowi turysci). Probowalam juz tam mieszkac przez ponad 3 miesiace, ale po prostu nie znosze tego miejsca. Wypisywalam sobie na kartce rozne rzeczy, za i przeciw, staralam sie sobie wytlumaczyc, ze miejsce nie jest najwazniejsze, ze abysmy mogli byc razem, musze sie poswiecic (tak jakos na 2 lata, po tym On obiecuje, ze bysmy wyjechali). Niestety nic nie dziala. Nigdy nie zaznalam uczucia nienawisci, bo to bardzo mocne slowo, a jednak teraz... moge wrecz powiedziec, ze nienawidze tamtego miejsca. Pracy dla mnie nie ma, wiec bede sie musiala zadowolic byle czym, lub byc na Jego utrzymaniu, bardzo trudno poznac nowych znajomych, bo tam jest naprawde malo ludzi... Nie ma zadnych kursow jezykowych czy takich, ktore pozwolilyby mi sie rozwijac, nie podoba mi sie budownictwo, sklepy, ulice, zreszta jest tam brudno, szaro i niefajnie.
Moj chlopak o tym wie, rozmawialismy o tym wiele razy, ale co moze na to poradzic? Mowi mi, bym myslala pozytywnie, ze jakos to bedzie... A ja nie potrafie. Gdy bylam tam u niego 3 miesiace, czesto spedzalam cale dni na placzu, dzwonilam do rodzicow i plakalam w telefon... nabawilam sie depresji, schudlam. Jednak obecnosc drugiego czlowieka nie gwarantuje szczescia. Bylo mi tak zle, ze wrocilam do domu na jakis czas, gdzie przyznam, jest mi lepiej. Nawet nie chce myslec o tym, ze powinnam znow jechac do Niego. Robi mi sie slabo na sama mysl, ja po prostu nie chce tam byc!
Dodam, ze jego miasto jest bardzo daleko i nie ma mozliwosci dojezdzania.
Jesli nie pojade, nasz zwiazek sie rozpadnie.
I w tym wlasnie moj problem. Jak to mozliwe, ze miasto i miejsce potrafia byc tak wazne w takiej kwestii? Czy ja przesadzam, czy jestem normalna, rozpieszczona, czy co? Juz nie wiem co mam myslec, oczywiscie czuje sie rowniez bardzo winna ewentualnego rozpadu zwiazku, ale na sama mysl, ze wyjade do niego, by moc razem z nim byc, zaczynam plakac...
Prosze Was bardzo o jakas rade czy opinie.
Bede bardzo wdzieczna.