Cześć, post ten bardziej traktuję jako oczyszczający moją psychę list po tym co się stało, ale chciałbym również znać Waszą opinię ![]()
Jestem studentem politechniki (23l), na trzecim roku przeprowadziłem się do nowego mieszkania gdzie czekał na mnie wolny pokój, moja przyszła/była dziewczyna, no i jeszcze jedna pracująca dziewczyna, która wyprowadziła się po pół roku. Wiadomo, na początku było wspólne oglądanie telewizji, wieczorne rozmowy, winko - z czasem dowiedziałem się, że Ewelina(20) chodziła do psychologa bo w przeszłości cierpiała na niską samoocenę związaną z atopowym zapaleniem skóry. Jednym z jej wyimaginowanych problemów było czerwienienie się na twarzy, czego ja osobiście przez półtora roku WOGÓLE nie zauważyłem i zawsze próbowałem wcielać się w rolę miniterapeuty z tego powodu i podwyższać jej samoocenę. Była i jest piękną kobietą, co często jej uświadamiałem.
Do dzisiaj dziękuje mi jaki wtedy byłem spokojny i trosliwy o nią, wysłuchiwałem każdej historii, mówiła ze uczyłem jej życia na nowo. Sytuacja zaczęła się rozwijać, staliśmy się parą (ja miałem jeden nieudany zawód miłosny w liceum, dla niej byłem pierwszym chłopakiem). W wakacje wspólne wyjazdy nad morze, wycieczki rowerowe, żyć nie umierać, imprezy, imprezy rodzinne.
Zawsze mnie przepraszała, że nie jest taka uczuciowa jak ja, że nie pokazuje tego na zewnątrz - w co z całego serca wierzyłem i nigdy mi to nie przeszkadzało.
Do dzisiaj pamiętam jak mówiła, ze to cud, że ktoś taki jak ja stanął na jej drodze, że nie wyobraża sobie życia be zemnie, że kocha,że my to cud. Człowiek się z tego cieszył i motywowało go to do dalszego pielęgnowania związku. No i pierwszy zgrzyt nastąpił, kiedy wyjawiła mi, że jej największym marzeniem jest wyjechać na stałe do Irlandii. Początkowo odebrałem to źle i moją reakcją było : ALE JAK TO?! Po pewnym czasie zrozumiałem jednak, że ja ją cholera kocham! więc niech spełnia swoje marzenia w jak największej ilości. Coś wymyślimy
Zapewniała mnie jednak, że gdyby nawet wyjechała to nie czułaby się tam szczęśliwa bezemnie. Wróciliśmy na studia, po drodze wspólny wyjazd na weekend do Warszawy, wspólny sylwester a po sylwestrze znów załamanie. Opowiedziała mi, że bardzo obawia się, że nigdy nie ucieknę spod klosza mamusi (potwierdzam, jestem jedynakiem, ale wg mnie nie w tak "zaawansowanym stanie",mówiłem o tym jej od początku, myślę, że jestem nawet dużo bardziej samodzielny niż niektórzy z rodzin wielodzietnych (trochę egoizmu?
), zawsze marzyłem, żeby w końcu coś z tym zrobić, wylecieć z domowego gniazda). Przeprowadziliśmy bardzo długą i intymną rozmowę, opowiedziałem jej szczerze, że wspólnymi siłami będziemy niezależną od nikogo (w tym rodziców)parą, nie interesują mnie wspólne obiadki niedzielne-ją również, ja także po skończeniu mgr spróbuję sił za granicą razem z nią. Sami rodzice mówili mi zawsze, że popełnili duży życiowy błąd nie mając wiecej dzieci. Zawsze starali się wychowywać mnie jak najbardziej "normalnie". Doszliśmy do porozumienia. Na początku lutego obroniłem inżyniera, po wyjściu z sali rzuciłem się w ramiona dziewczyny (później jak się okazało już wtedy "przyjaciółki").
W sobotę byliśmy na imprezie, gdzie trochę się posprzeczaliśmy. W niedzielę na FB(!) oznajmiła, że skończyła się wahać, że na 100% jest przekonana, że nie czuje tego co ja do niej...że nie mam próbować, ze przyrzeka nie związać się już ze mną. Na pytanie dlaczego nagle pojawiło się milion powodów, o których w życiu bym nas nie przypuszczał. Że nie potrafię słuchać tak jak na początku, nie mamy wspólnych pasji, mamy zgoła odmienne charaktery, mamy inne życiowe cele, i nawet że jestem chudszy od niej i powinienem sobie znaleźć szczuplejszą od niej
,co mija się z prawdą, bo niezła z niej boginii. Oczywiście, do tych "oskarżeń" po części sie przyznaje, mea culpa, ale nie widziałem jeszcze idealnego związku gdzie nie ma choćby malutkich sprzeczek. Powiedziała, że od 2,3 tyg chciała mi o tym powiedzieć ale ze względu na egz inż. nie chciała mnie "denerwować" bo możliwe ze nie zdałbym
To już mną wstrząsnęło - ale o mnie "dba" - pomyślałem.
Przeżyłbym to zapewne jakoś, choć czuję się strasznie. Sprawa się odrobinkę skomplikowała, bo do końca semestru żyjemy sami w mieszkaniu, oczywiście dalej jesteśmy w koleżeńskich stosunkach, choć nie sądzę żeby te następne miesiące to było coś nadzwyczaj miłego
Jedziemy również na koncert w kwietniu i na jedno wesele.... Być może dla niej będzie to miła przygoda, ale nie wiem czy dla mnie.... Jak to przeżyć, co robić, nie rozmawiać, rozmawiać, co o niej myśleć ![]()
Takie rzeczy się zdarzają, nikogo do miłości nie zmuszę, ale nurtuje mnie teraz milion pytań na sekundę. Jak kobiety, jeszcze trochę przed potrafią tak wyznawać miłość (mój luby, mój księciu, moja miłości) , a później nagle udowadniać, że nie czują NIC, że to nie ma sensu? Zasada zero kontaktu? w tym wypadku będzie ciężko.... Czy ona naprawdę sądzi, że nagle znalazło się we mnie tyle negatywnych cech, czy po prostu założyła sobie zerwanie, a później "dopisała" tyle tego? Jako facet chyba tego nigdy nie zrozumiem, kocham ją szczerze na dobre i na złe...
Co robić? ![]()