Malinowy Bzyk napisałaś: "(...) kwestia celibatu księży to sprawa na właściwie odrębny wątek, zaznaczyć tutaj chciałabym tylko że należy brać pod uwagę nie pogląd na celibat jaki mamy teraz ale taki jaki istniał w dacie ustanawiania go i przesłanki z tamtego okresu..."
Czym są dane przesłanki do ustanowienia celibatu jeśłi nie potrzebą, wymysłem ludzkim. W biblii nie ma wzmianki, że w jakiś szczególnych okolicznościach celibat może być narzucony, a w innych okolicznościach zniesiony. Jest tylko napisane o tym, że warto pozostawać w celibacie i jest to napisane przez jednego apostoła. Inni nawet nie czują potrzeby poruszać tej kwestii. Ogólnie w biblii ten temat jest przedstawiony jako wybór indywidualny. Czyli każdy kto czuje potrzebę pozostania w celibacie ma do tego prawo, jednocześnie każdy kto nie czuje potrzeby zachowania celibatu może wstępować w związki i równie intensywnie służbyć Bogu. Czyli nie trzeba rezygnować z zakładania rodziny aby móc być kapłanem.
Piszesz też, że wiara bez uczynków jest martwa - prawda! Jednak nie zmienia to faktu, że jesteśmy zbawieni z łaski przez wiarę, aby nikt się nie chlubił czy coś tam zrobił dobrego, czy nie - parafrazując oczywiście.
Po drugie gdyby zbawienie przychodziło z uczynków to po co Jezus za nas by umarł? Jeśłi przyszłoby zbawienie z uczynków to każdy sam na własny rachunek poprzez dobre uczynki powinien próbować się zbawić. Jednak Bóg znał słabość człowieka i wiedział, że choćby najbardziej każdy z nas się starał to prawdopodobnie i tak w czymś by zgrzeszył. Co oznacza, że człowiek jest niedoskonały i zwyczajnie nie jest w stanie zbawić sam siebie, zbawić siebie poprzez uczynki. Dlatego Bóg tak bardzo nas umiłował, że swojego Syna Jednorodzonego nam dał aby każdy kto w niego WIERZY nie umarł ale miał życie wieczne. Tylko Jezus jest bez grzechu, winy, tylko on jest doskonały i On za nas umarł bo tego chciał. Umarł za nas bo tak bardzo nas - ludzi kocha aby dać zbawienie każdemu kto wierzy. Jezus umarł i zmartwychwstał i my poprzez wiarę w Niego wraz z Nim zmartwychwstaliśmy do życia w Bogu i dla Boga. Czyli poprzez przyjęcie Jezusa jako naszego osobistego zbawcę narodziliśmy się na nowo z wody i Ducha Świętego. Nie zostalismy zbawieni bo tacy jesteśmy "wspaniali" ale dlatego, że Bóg tak bardzo nas kocha. Bóg nas zbawił pomimo, że wszyscy zgrzeszyliśmy, pomimo, że nikt na to nie zasłużył, On nas zbawił przez krzyż bo tak bardzo nas kocha, że zdecydował się za nas umrzeć i powstać!
Jesteśmy zbawieni jednak to nie upoważnia nas do grzeszenia. Nie możemy grzeszyć zakładając, że już nie musimy być za nic odpowiedzialni, bo Jezus nas zbawił - takie myślenie jest ZŁE!!!
Jednak dzięki Jezusowi nie musimy już się więcej obawiać, że jeśłi popełnimy bląd, upadniemy to z nami koniec. Oznacza to, że w Jezusie jesteśmy wolni, żyjemy łasą, z łaski i możemy mieć pewność, że nawet jeśłi popełnimy błedy i pogubimy się Bóg wciąż nas kocha i na nas czeka, już nic nas nie odłączy od Boga. Nie stracimy zbawienia z powodu pomyłek, błędów.
Inna jest sytuacja jeśłi ktoś świadomie grzeszy, uważając, że wszytsko mu się nalezy i wszytsko mu wolno. Jeśłi ktoś nie odczuwa skruchy, nie ma ochoty przyznać się do błędu. Nie pokutuje, tylko egoistycznie podąża za swoimi pożądliwościami. Taki ktoś nie szanuje Boga!
Jeśłi wierzysz, że Bóg Cię zbawił to czym jest przyjęcie wybaczenia jeśłi nie "świadomym działaniem wynikającym z wiary? Wiara bez uczynków jest martwa - prawda, jednak zapominamy o tym, że najpierw jest wiara, a potem wiara pociąga za sobą czynność! Wierzę, że Bóg wybacza tym co proszą i żałują, zatem jeśłi żałuję i pokutuję to zgodnie z wiarą przyjmuje odpuszczenie grzechów, bo wierzę, że skoro Bóg tak powiedział to jest to prawda! Jeżeli Bóg mówi abyśmy prosili o cokolwiek chcemy, a będzie nam dane, to oznacza, że jeśłi proszę to dostanę i kolejnym krokiem wiary będzie przyjęcie daru od Boga.
Jeśłi proszę Boga o nową pracę to wierzę, że Bóg mi ją da, krokiem wiary, działaniem będzie faktyczne szukanie pracy, bo aby ją mieć muszę ją wziąć!
Kolejna rzecz jest taka, że jeśłi zgrzeszę i mogę naprawić swój błąd to powinnam to zrobić. O czym sama piszesz Malinowy Bzyk.
Czyli jeśłi mogę powinnam ratować swoje małżeństwo. Jednak jeśli mój były współmałżonek odejdzie i założy nową rodzinę to niestety nie mogę go zmusić do powortu, czyli wygląda na to, że nie mam za bardzo szans uregulować swojej sytacji. Co wtedy? Małżeństwo się zakończyło, już nieważne ile w tym naszej winy, ale fakt faktem małżeństwa już NIE MA. Skoro coś się skończyło, zakończyło to czy taka osoba nie ma już prawa aby zacząć od nowa? Aby pomimo błędu, upadku mieć kolejną sznasę? Czy taka osoba nie słuzyłaby bardziej owocnie Bogu zakładając nową rodzinę, gdzie miałaby szanse urodzić, wychować dzieci i w pełni zrealizować się w małżeństwie, niż gdyby miałaby zostać sama i "gorzeć"? Nie mówimy tu o przypadkach gdzie ktoś się rozwodzi z kaprysu, bo nagle coś mu się odwidziało, albo znudził się, tylko rozpatrujemy tu przypadki osób, które rozwodzą sie z bardzo trudnych i bolesnych powodów.
malinowy bzyk napisałaś też: " (...) osoby w związkach niesakramentalnych mogą sanować swoje związki - poprzez powstrzymanie się od współżycia, więc nieprawdziwe jest założenie że całe życie ma się pokutować za jeden pojedynczy grzech, ale trwanie w nim powoduje niemożliwość rozgrzeszenia i stąd niemożliwość przyjmowania sakramentów przez osoby będące w związkach małżeńskich..."
Rozpatrujemy tu sytuację związków damsko - męskich, gdzie głównym założeniem takich związków w kościele katolickim jest rodzina, prokreacja zatem czym są wspomniane przez Ciebie związki niesakramentalne, które powinny powstrzymywać sie od współżycia? To samo w sobie wyklucza zwiazek, małżeństwo. Nam chodzi o to aby osoby rozwiedzione miały ponowną szansę stworzyć związek małżęński, a nie realcje przyjacielsko - koleżeńską bo taka relacja nie jest czymś "wymiennym" w stosunku do małżeństwa. Dlatego jest wyraźna różnica pomiędzy przyjaźnią, a małżeństwem. Czyli nie mogąc ponownie wejść w zwiazek małżeński wynika z tego, że jednak pokutować trzeba niemal całe życie za jednen grzech jakim jest rozłam małżeństwa. Tak tylko dodam, że według Kościoła brak pożycia w małżeństwie jest podstwaą do jego unieważnienia, zatem jak związek przyjacielski ma zrekompensować, zastąpić małżeństwo?
Czyli tak naprawdę osoby rozwiedzione w KK mają niemal do końca życia status "rozwodnika", co zabiera im szansę na zmianę, na zaczęcie od nowa.
Napisałaś też: " (...) więc nieprawdziwe jest założenie że całe życie ma się pokutować za jeden pojedynczy grzech, ale trwanie w nim powoduje niemożliwość rozgrzeszenia i stąd niemożliwość przyjmowania sakramentów przez osoby będące w związkach małżeńskich..."
A jak taka osoba ma przestać trwać w "takim grzechu" skoro nie ma możłiwości uregulować swojej sytuacji, bo nie ma żadnych szans aby np. współmałżonek powrócił? Czym jest uregulowana sytuacja, co taka osoba musi zrobić aby mieć uregulowaną sytuację?
I właśnie nie rozumiem dlaczego osobę rozwiedzioną określa się jako, że ona trwa w grzechu? Ona popełniła grzech rozpadu małżeństwa, ale ten rozpad nastąpił raz, ta czynność nie powtarza się bez końca aby ona wciąż w grzechu trwała. To nie prometeusz, że ciągle odrasta mu wątroba i ciągle sępy mu ją wyrywają.
Jeśłi ktoś skłamał i nadal beszczelnie kłamie i nic sobie z tego nie robi to owszem trwa nadal w grzechu. Jeśłi ktoś zgrzeszył ale do tego się nie przyznaje, świadomie nie uznaje grzechu to również w nim trwa. Ale jak się to ma do rozwodu to jakoś nie rozumiem!
Skoro osoba rozwiedziona żałuje, pokutuje i postanawia, że albo więcej nie wyjdzie ponownie za mąż, albo bardziej świadomie, rozważnie wybierze kolejnego partnera postanawiając podjąć wszelki wysiłek aby kolejne małżeństwo nigdy się nie rozpadło to dlaczego ona wciąż miałaby trwać w grzechu?
Czyli jeśłi ktoś skłamie i żałuje to ten grzech nie powinien być odpuszczony dopóki nie będzie sie mieć pewności, że już nigdy więcej tego nie zrobi?
Są grzechy, które mozna naprawić i też takie których nie da się naprawić, cofnąć. Jednak to nie jest tak, że Bóg wybacza tylko te grzechy, które można naprawić. Bóg wybacza wszystkie grzechy.
Przykład: mężczyzna prowadził pod wpływem alkoholu i zabił dziecko. Wiadomo zgrzeszył i popełnił przestępstwo. Spotykają go za to konsekwencje w postaci sankcji prawnych.
Nie może on przywrócić życia dziecku, nie może cofnąć sytuacji, naprawić jej. Jednak żałuje i pokutuje, to wydarzenie powoduje, że nigdy więcej nie próbuje nawet pod wpływem alkoholu siadać za kierownicą. Grzech został mu odpuszczony pomimo, że nie mógł tej sytacji odwrócić. Może jedynie pokutować i obiecać poprawę i dzięki łasce nie powtórzyć nigdy podobnego czynu.
Może też nic sobie z tego nie zrobić i dalej twierdzić, że to nic złego jeździć pod wpływem alkoholu... Wówczas wciąż trwa w grzechu skoro świadomie naraża życie innych...
Można zatem stwierdzić, że każda decyzja, wybór pociągają za sobą pewne konsekwencje, czasem dobre, czasem złe. Osoba rozwiedziona też ponosi konsekwencje swojego czynu, jednak jeśli naprawdę żałuje, pokutuje to grzech zostaje jej odpuszczony. Bóg jest miłosierny i odpuszcza grzechy, tym którzy o to proszą.
Zresztą ksiądż zanim wyrobi sobie jakieś zdanie na temat osób rozwiedzionych, rozwodzących się powinien dokładnie zapoznać się z daną sytuacją. Powinien być "pasterzem" pomagającym i wskazującym rozwiązania. Każda sytuacja jest bardzo różna, nie można wszytskich wrzucać do jednego worka. Najłatwiej jest oceniać! A gdzie miłość, wsparcie, duszpasterska pomoc.
Zresztą księża to też ludzie, którzy się mylą, popełniają błędy. Biblia mówi, że wszyscy zgrzeszyliśmy.
Znam przypadki gdzie niektórzy księża dają oficjalnie rozgrzeszenie osobą rozwiedzionym.
Najłatwiej wskazywać grzechy, co się zrobiło źle, mówić czego nie wolno, ale najtrudniej zaoferować realną pomoc.