Myślę sobie... Ile człowiek jest w stanie wytrzymać? Ile ja jestem w stanie wytrzymać? Problem goni problem. Jeszcze nie do końca rozwiązany jeden a już pojawia się kolejny. Myśli samobójcze? Czemu nie w końcu już nie raz próbowałam, może tym razem się uda... Tylko co będzie jeśli mnie odratują? Nie mam już siły walczyć. Nie mam... Dla niektórych moje obecne problemy to pikuś Ale jak te problemy skumulują się to człowiek po nocach nie śpi, myśli kłębią się najczęściej właśnie w nocy...
Ostatnio opowiadałam tu jak źle się czuję psychicznie z mężem. Okazuje się że to był pikuś! Może być jeszcze gorzej! W krótkim czasie dowiedziałam się o poważnym złamaniu nogi u taty (coś nawet wspominał że groziła mu amputacja na szczęście jedno dobre że raczej do tego nie dojdzie) A wczoraj jak grom z nieba... Babcia i nowotwór mózgu... Oponiak co prawda to nie wyrok śmierci ale babcia ma już 84 lata. Chemia? w tym wieku? Operacja? babcia choruje na cukrzyce i serce... Anestezjolog może nawet nie zezwolić na operację... Nie potrafię sobie już znaleźć miejsca. Jak to ładnie powiedziała mi koleżanka że Babcia już spełniła swoją misję na ziemi... Ale kurcze.. No babcia, moja babcia...
Podsumowanie... Chory synek, ja też muszę się wybrać do dermatologa bo zaczynają mnie swędzieć dziwnie pieprzyki a to ponoć nie dobrze, Chora babcia, mój tata, mąż, problemy finansowe, kłótnia z rodziną, a z tych wszystkich nerwów znów zaczęłam mieć problemy z sercem... Już nie mówię że gorzej być nie może bo ostatnio jak to powiedziałam było o 100 kroć gorzej więc aż boję się wypowiadać takie słowa...
Nie jestem w stanie stwierdzić ile jeszcze uda mi się "przyjąć na klatę", żyję tylko dlatego bo muszę a nie że chcę... Co to za życie? Wiem nikt nie mówił że będzie łatwo...
Piszę po prostu żeby się wygadać. Nie mam komu, ciężko mi cholernie...
Nie oczekuję dobrego słowa, współczucia czy też "zmieszania z błotem" Pytam tylko ile człowiek jest w stanie "przyjąć na klatę"? WY też macie czasem, często takie okresy?