Witam. Muszę się tu poradzić bo sama chyba nie potrafię podejść do tego rozsądnie, bo zwyciężają emocje.. opiszę najpierw nasz związek pokrótce żeby zrozumieć całą sytuację.
Mam 24 lata, mój chłopak 25. Razem jesteśmy prawie 7 lat i jest to nasz pierwszy poważny związek, pierwsza miłość (wcześniej były tylko zauroczenia). On od samego początku bardzo zabiegał o mnie, starał się, robił wszystko dla mnie, ale ja też się starałam na równi z nim dbać o związek. To były najpiękniejsze lata mojego życia... spędzaliśmy razem dużo czasu, rozmowy, wyjazdy, spotkania ze znajomymi, spacery, wygłupialiśmy się, śmialiśmy, nawet mogliśmy razem leżeć i nic nie robić a i tak było cudownie. Widziałam, że mnie kocha, że mu na mnie zależy, ufałam mu. Nie kłóciliśmy się nigdy poważnie, jedynie drobne nieporozumienia, sprzeczki, problemem było to, ze ja jestem bardzo emocjonalna i gdy był jakiś zgrzyt to mi od razu łzy płynęły (nie umiałam nad tym zapanować), a on się denerwował że zaraz płaczę i tak reaguję.. z kolei on ma troszkę nerwowy charakter, specyficzny i gdy ja mu próbowałam mówić co mnie boli, to on się denerwował na mnie, że tak nie jest albo że znowu zaczynam, czy też przesadzam. Wtedy ja sie zamykałam, bo wiedziałam że skończy się to moim płaczem. Wiec drobniejsze urazy chowałam w sobie i nie mówiłam. Z kolei on jest dosyć zamknięty w sobie, ale czasami mi mówił co robię źle, a ja to przyjmowałam do wiadomości i wtedy rozmawialiśmy. Ostatnie lata to był taki progres w związku - ja czułam że jest między nami coraz lepiej, czułam jego miłość i taką emocjonalną bliskość, co dawał mi znać różnymi gestami, czynami - nie było to szczeniackie uczucie z czasów liceum, czułam że przeszliśmy na inny etap związku.
Jednak czasami włączały mi się głupie myśli, że może mu na mnie nie zależy, że mnie zostawi.. w podświadomości bardzo się tego bałam, chociaż wszystko wskazywało na to że mnie kocha i zależy mu na mnie, ale jednak myśli się pojawiały.
W ciągu ostatnich paru tygodni było między nami bardzo dobrze, gdy się widzieliśmy to pomijając drobne nieporozumienia i spięcia było super. Seks był cudowny, gra wstępna też, baaaardzo dużo czułości, mieliśmy zawsze ochotę i oboje inicjowaliśmy, urozmaicaliśmy sobie, były drobne eksperymenty itd.. jednym słowem bajka - widziałam że ma na mnie ochotę, na tą bliskość i dotyk, zresztą sam o tym mówił.
Pewnego dnia nagle odwołał spotkanie pisząc, że nie ma ochoty się spotkać. Drożąc i ciągnąc za język dowiedziałam się, że chyba się wypalił, ma wątpliwości, mętlik w głowie i że chyba nie czuje już tego co kiedyś i pierwszy raz w życiu nie wie co zrobić. Dla mnie to był straszny szok, bo jeszcze na poprzednim spotkaniu było bardzo dobrze, nawet się kochaliśmy.. a ja zawsze myślałam, że jak u kogoś się uczucia wypalają to nie ma nic ochoty z partnerem, na bliskość czy cokolwiek.
Potem mieliśmy poważną rozmowę podczas której wyjaśnił mi co mu leży na sercu, co było złe ostatnio w naszym związku. Stwierdził, że przytłoczyła go rutyna i przewidywalność, ale kocha mnie jeszcze, tylko nie czuje tego co na początku, boi się że kiedyś będziemy ze sobą nieszczęśliwi, boi się, że będzie żałował jak czegoś nie zmieni w swoim życiu. Myślałam, że może wystraszył się moich pytań o ślub - stwierdził że owszem wystraszył się, bo nie jest jeszcze gotowy, ale myśli o mnie jako o swojej żonie i dla niego jestem idealną kobietą na żonę. Zapytałam czy chodzi o inną kobietę, może kogoś poznał a boi się przyznać - powiedział patrząc mi w oczy, że nie ![]()
Daliśmy sobie parę dni na ochłonięcie i przemyślenie, ale ja nie wytrzymałam tej ciszy i pojechałam do niego porozmawiać (czym go zaskoczyłam). Powiedziałam, że mi zależy na nim i jak oboje się postaramy to przetrwamy ten kryzys, że musimy teraz szczerze i do bólu rozmawiać zamiast milczeć i ma mi powiedzieć całą prawdę.. i wtedy się przyznał zrezygnowany, że chodzi o kogoś innego, że się zauroczył i bał mi się o tym powiedzieć (czyli wcześniej kłamał)
Mówi, że nie potrafi zniszczyć tylu pięknych lat razem, ale nie wie co czuje i co ma zrobić - z jednej strony jestem ja i nasza miłość, a z drugiej ona, do której go ciągnie..
twierdzi, że w głębi serca czuje, że to ze mną chce wziąć ślub i założyć rodzinę, ale pojawiło się zauroczenie do tamtej. Mówi mi, że nie zasługuję na niego i nie chce mi marnować młodości..
Na pytanie czy chce jeszcze ze mną być twierdzi, że nie wie, tak samo jak nie wie czy chce się rozstać, twierdzi że nie chce podejmować pochopnie takich decyzji. Teraz poprosił o czas żeby to samemu przemyśleć.
A ja nie wiem co mam zrobić.. nawet jeśli on zrozumie, że jednak chce być ze mną, przejdzie mu to zauroczenie, to ja zawsze będę mieć myśli że pojawiła się inna, nie chce być wersją awaryjną, do której będzie mógł wrócić jak z tamtą się nie uda. Ale serce mówi, że może się jakoś ułoży zwłaszcza, że nic nie wskazywało na takie coś.. nie było żadnego ochłodzenia relacji, nic w tym stylu, żadnych znaków, a chyba nie można aż tak bardzo udawać uczuć do kogos
widzę jak go to dręczy - on nigdy nie płakał, a teraz podczas tych rozmów ciągle..
Każde z nas boi się to zakończyć, on mi daje sprzeczne sygnały, a ja się boję, że jak dam mu szansę to za jakiś czas sytuacja sie powtórzy..
Nie wiem co mam robić teraz
serce mówi przeczekać to, a rozum - odejść, żeby się nie upokarzać dalej..