Witam wszystkich.
Ostatnio poświęciłem się pewnej refleksji. Co powoduje, że związki rozpadają się bardzo szybko, np po miesiącu? Mówi się, że te pierwsze miesiące to właśnie największe zakochanie, nie dostrzegamy wad dziewczyny/chłopaka, idealizujemy go. Potem to przechodzi, ale na początku jest zupełna sielanka.
Niektórzy twierdzą, że miesiąc to jeszcze nawet nie związek, tylko spotykanie się. No ale przyjmijmy, że związek. Obydwie strony to ustalają (nie na zasadzie "będziesz ze mną chodzić"), jest ustalone, że jesteś mój/moja. Dochodzi pomiędzy nimi do jakiś intymności, niekoniecznie seksu (to już zależy od wielu czynników), w każdym razie są sobie oddani. Mówią o sobie mój chłopak/moja dziewczyna.
No właśnie, czy jeśli związek kończy się po miesiącu, dwóch, to można mówić, że było tam jakiekolwiek zakochanie z obydwu stron? Czy to nie jest tak, że jedna strona wiąże się na zasadzie "nie jest taki jak trzeba, ale może mnie z czasem z sobie rozkocha"? Oczywiście rozpad związku przychodzi w sposób naturalny, nie przez zdradę jednej ze stron, albo jakieś brzydkie zachowanie. Po prostu, kończy się ot tak po prostu.