Od razu przypomniała mi się doskonała reklama, w której mama prosi swoją córeczkę o dzień zwolnienia, bo właśnie się rozchorowała. Kojarzycie?
A mamy przecież zwolnień nie biorą, nie chorują, nie mają urlopu, mamą się jest, a nie bywa.
Kiedy zostałam matką byłam młoda, energiczna, studiowałam, popołudniami dorabiałam, więc siłą rzeczy musiałam być zmęczona. Tak, bywałam zmęczona, czasem bardzo, ale faktem jest także, że młody organizm całkiem nieźle sobie z tym radził, więc ten trudny czas mimo wszystko wspominam bardzo dobrze. Mało tego, nie wiem czy nie był to najpiękniejszy okres mojego życia.
Miałam to szczęście, że nikt się nie wymądrzał, nie radził na siłę, nie próbował przekonywać, że tak czy tak na pewno będzie lepiej, a ja istotnie głównie kierowałam się własnym rozsądkiem i intuicją. Przy czym wcale nie czułam się najmądrzejsza, za to w tamtym czasie nawet nie bardzo miałam na kim polegać.
Z dzieckiem spałam, kiedy w nocy zostawałam sama (mąż był w pracy), bo tak mi było wygodniej i absolutnie nie bałam się, że zrobię mu krzywdę. Nigdy też nie czułam się winna, bo śpię, odpoczywam, wychodzę z domu, aby się zrelaksować. Dziecko w końcu zostawało pod dobrą opieką - zostawało ze swoim tatą. Ba, nie miałam problemu również z tym, aby maluch cały weekend spędził z zapatrzonymi w niego jak w obrazek dziadkami.
BabaOsiadła napisał/a:No jak to, boisz się, że zaśniesz i nie usłyszysz płaczu dzidziusia? Matka ZAWSZE słyszy swoje dziecko, nieważne, jak bardzo jest zmęczona! Co, nie wiesz, czy to krzyczy twój niemowlak, czy synek sąsiadki?! Coś z tobą nie tak, bo matka ZAWSZE rozpozna głos swojej pociechy!
Niestety nie zawsze. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cyborgami o nadprzyrodzonych zdolnościach i siłach.
Z przykrością też stwierdzam, że dwa razy nawaliłam i zdarzyła nam się nieprzyjemna sytuacja. Raz mały spadł z blatu w kuchni - tego dnia był strasznie marudny, a uspokajał się dopiero wtedy, kiedy był przy mnie i mógł obserwować co robię, a że wówczas nawet nie siedział, to kołderkę położyłam po przekątnej blatu (układał się w literę "L"), a sama krzątałam się przy obiedzie. Chwila, dosłownie sekunda nieuwagi wystarczyła, aby się zsunął. Do dziś nie wiem jak to się stało, do dziś mam z tego powodu wyrzuty sumienia i do dziś na samo wspomnienie robi mi się ciepło. Na szczęście maluch spadł razem z kołderką, a na podłodze była miękka wykładzina - wyszedł z tego bez szwanku.
Drugi wypadek miał miejsce w domu moich rodziców, w czasie świąt, w obecności kilku
dorosłych, odpowiedzialnych osób. Syn już raczkował, więc wykorzystując chwilę naszej nieuwagi dostał się do choinki, pociągnął jedną z bombek i ją zbił. Zbił tak niefortunnie, że kawałek wbił się w policzek. Ślad ma do dzisiaj.
Więcej grzechów nie pamiętam
.
W tamtym czasie wszystko, dosłownie wszystko przyjmowałam naturalnie, więc fakt opieki nad dzieckiem oraz związane z tym trudy i wyrzeczenia również. Być może dlatego nigdy nie czułam się superbohaterką
.