Dlatego się właśnie zastanawiam. Nie wiem co mam robić. Kiedyś byłam pewna. Kochałam, cierpiałam, płakałam - to mnie zmieniło. Zamknęłam się w sobie, w swoich czterech ścianach. Ja też chciałabym się czasem poczuć właśnie jak księżniczka. Ale zadomowiło się w moim sercu przekonanie, że nie mam prawa do tego. Że to jest gdzieś poza światem realnym, tylko w marzeniach. Ile razy mówiłam narzeczonemu, że taki związek nie jest normalny, że chciałabym się czuć kimś wyjatkowym, ważnym, kochanym, dla którego rzuca się tą pracę i... wraca. Obiecał wrócić za pól roku. Już raz obiecywał i nie dotrzymał słowa. Boli mnie to, że wróci wtedy, kiedy on chce, a nie wtedy kiedy ja. Miałam żal do niego. Zawsze jak coś mi nie wychodziło, to była to moja wina. W szkole nie nauczyłam się - to dostałam 1, ale wiedziałam, że to ja popełniłam błąd. A teraz jestem w porządku, nic złego nie zrobiłam. Jego nie wzruszały moje łzy, moje prośby, moje słowa pełne bólu, mój żal, ani krzyk wołania. Nie wzruszały go słowa, że tak bardzo go potrzebuję. Mówił, że rozumie, ale nie zrobił nic, żeby mi pomóc. Bo rozmowa kilka razy w tygodniu nie zastąpi normalnego kontaktu. Ostatnio powiedział, że żałuje, ze nie wrócił do mnie. Ale to znów słowa. On tam jest dalej. A ja jestem tutaj. Nie umiem już wierzyć. Pisze tutaj, bo chcę z siebie wyrzucić to wszystko, co tkwi we mnie. Nie wiem czy zostanę tutaj zrozumiana, ale czuję potrzebę wylania z siebie tego wszystkiego.