Właściwie to, pisząc te pierwsze zdania mojego posta, zastanawiam się jaki nadać mu tytuł. Tytuł nie będzie oryginalny, powinno to być: "walczyć czy odpuścić?" albo "czy to naprawdę koniec?" - to w chwilach, kiedy jeszcze mam nadzieję. W pozostałych, tych, w których czuję, że podmiot mojej opowieści się ze mną nie liczy, że się mną nie interesuje, że mnie nie kocha - tytuł mógłby brzmieć: "potrzebuję wsparcia żeby odejść".
Przepraszam za to, że opowieść będzie nieco chaotyczna i długa, ale chciałabym zawrzeć w niej wszystko co istotne dla obrazu całej sytuacji. Będzie też zawierała nieco retrospekcji, tam, gdzie uważam, że rzucą one trochę światła na obecną sytuację.
Wiem, że może boleć i jestem na to gotowa. Forum czytam od około miesiąca i od około miesiąca zabieram się za napisanie. Większość z Wam już znam, z Waszych postów, porad, odpowiedzi, narzekań, zapętlenia, trosk, radości.
Nie chcę się dłużej oszukiwać.
Poznaliśmy się rok temu. Na początku oczywiście było cudownie, pierwsza randka - zaiskrzyło. Ja byłam po rozwodzie, później po dłuższych i krótszych związkach, on po kilku związkach. W każdym razie zaiskrzyło bardzo, zamieszkaliśmy razem. Oświadczył się, przyjęłam oświadczyny. Bałam się, ale bardzo się zakochałam.
Zaczęłam sprawdzać ten związek. Miotałam się, sprawdzałam jego wytrzymałość. Nie chciałam tego, ale było to silniejsze ode mnie. Wytrzymał. Ale to był kryzys, który spowodował jego oddalenie się. Wycofał się emocjonalnie z naszego związku.
Od tamtej pory jest równia pochyła. Kryzys trafił na czas, kiedy się docieraliśmy. Mamy trudne charaktery. Było sporo kłótni, a każda kłótnia oddalała nas od siebie. Wręcz miałam wrażenie, że mój TŻ (towarzysz życia) ma w głowie mit idealnego związku, w którym ludzie we wszystkim się zgadzają i wtedy jest pięknie - i że takiego związku szuka. Bardzo się zmienił. Zaczęłam się zastanawiać, czy to jest tak, że on teraz to jest ten prawdziwy TŻ, a podczas stanu zakochania i euforii po prostu się starał i to minęło, czy może on był i jest taki jak był na początku, a teraz się tak zmienił przez ten nasz kryzys? Chyba wiara, złudna wiara w drugą opcję, sprawia, że cały czas w tym trwam?
Na początku było cudnie, rozmawiał ze mną, mówił, że każdą sprawę trzeba rozwiązać rozmową. Dbał o mnie. Interesował się mną, był zdrowo zazdrosny, czuły.
To się zmieniło.
Jest nieczuły, niezainteresowany. Ciągle jest coś nie tak. Nie chodzi na kompromisy. Wszystko musi być tak jak on chce. Nie liczy się ze mną, zapomina ustalać różne ważne rzeczy. Muszę mu ciągle zwracać na to uwagę i o tym przypominać. Na początku, jak już minął ten pierwszy, fajny etap, to ciągle mi zwracał uwagę na wszystko co robię - że źle gotuję, źle odkurzam. Ciągle byłam strofowana, buntowałam się, mówiłam mu o tym i były kłótnie.
Mieliśmy kilka poważnych kłótni, w których mówiliśmy o rozstaniu. Ale zawsze, albo on, albo ja - wyciągaliśmy rękę i w efekcie się nie rozstawaliśmy. Powiedział mi, podczas którejś rozmowy, że on jest już tak zmęczony, że nie wie co dalej.
Oczywiście są też dobre chwile. Kiedy widzę, że się stara i że mu zależy.
Jestem rozdarta. Nie opisałam wszystkiego tak jak chciałam, chciałam napisać więcej i dokładniej. Może napiszę później, przytoczę jakieś sytuacje.
Mam momenty, że chcę to ratować. Że chcę mu pokazać, że warto. Są dni kiedy jest super. Kiedy ze sobą nie walczymy, nie pokazujemy sobie kto jest silniejszy. Są dni, kiedy jestem załamana i mam dość. Kiedy wszystko się we mnie buntuje bo on znów podjął decyzję i zapomniał mnie spytać o zdanie. Kiedy myślę, że nie dam tak dłużej rady.
