Witam jestem facetem i mam 30 lat i mam gdzies co kto sobie pomysli o mnie i o tym o czym pisze . już jak nastolatek marzylem o rodzinie o kobiecie ktora bede kochal o dziecku chcialem miec na kogo pracowac przychodzic do domu do najbliszych i tak spedzac wieczory. I tak sie stalo poznalem dziewczyne jeszcze w szkole sredniej ona byla z innego miasta ale to nie stanowilo problemu. Po tem poszlem do wojska to byl najtrudniejszy czas okropny byly wzloty i upadki ale dalismy rade . Po 3 latach znajomosci wzielismy slub zamieszkalismy razem w jej miejscowosci bylo super razem wychodzilismy na male balety to do kina na spacery , duzo czasu spedzalismy razem godzinami siedzielismy w lozku na rozmowach i nie tylko . Po roku urodzil nam sie syn bylem w niebo wziety pomagalem jak moglem w wychowywaniu we wszystkim . Teraz Damian ma 8 lat i dla nas liczy sie tylko on . Niby o tym marzylem tego chcialem a jednak od kilku lat czuje sie samotny oboje z żona pracujemy widzimy sie malo czasami wogle . Ciagle pogon za kasa , brakuje mi tego co bylo na poczatku zwiazku takiego zauroczenia druga osoba przebywania razem poczucia ze komus na tobie zależy . Zona przychodzi z pracy albo jest pozno , albo strasznie zmeczona na nic nie ma ochoty na wspolny spacer czy chocby wypad do znajomych taka straszna rutyna nas dopadla okropnie mnie to meczy . Poczytalem w necie troche postanowilem troche zycie urozmaicic , robic cos co zadko robilismy chcialem wybrac sie na wycieczke pojechac gdzies gzie jeszcze nie bylismy i spedzic czas razem a żona na to ze to za daleko , że nie ma ochoty ż bo szkoda kasy ja pie......, szczena mi opadla bo fajnie wszystko zaplanowalem zaczelem kupywac prezety bez powodu od tak byla zadowolona owszem i tyle . Ona czasami wyjdzie gdzies z kolezankami do baru na piwo no ok , ona ma tu znajomych bo tu mieszka ja nie za bardzo bo praca i praca moi koledzy sa kilkadziesiat kilometrow z tad nie mam z kim isc na browara czy nawet pogadac . calym moim zyciem byla żona ktorej jak widac sie znudzilem malo rozmawiamy malo czasu spedzamy razem czoje ze wiecej nas zaczyna dzielic niz łaczy . samotnosc mnie dobija nie spie nie widze sesu życia dla kogo mam życ jak nikomu nie jestem potrzebny . Lubie patrzec na zakochane pary gzi widac golym okiem ja emanuje miloscia ,,,,,,,,, znam wiele malzenstw ktorym tak zazdroszcze ich bliskosci i czolosci to na tyle , dziekuje że moglem sie wygadac przepraszam za ortografie lżej na sercu sie zrobilo.
Z ortografią sobie poradzisz. A co do reszty? Hm... Nie było zdrady? Przepraszam. Ja uczulona na to jestem.
Jeśli nic takiego sie nie wydarzyło, da sie coś z tym zrobić. Za chwilę dołączą do Ciebie inni. Podziela się spostrzeżeniami ze swoich "żyć". Ja zrobię to później. Mam robotę ![]()
Przede wszystkim żyj dla syna! Nie wiem stary jak CI pomóc, wiesz czasem mam podobne odczucia. I sam nie wiem jak sobie z tym radzić.
Oto obrazek z dzisiejszych, zwariowanych czasów, z życia wielu młodych ludzi... Przez to tempo życia, spędzanie w pracy już nie ośmiu, ale więcej godzin, daje o sobie znać zmęczenie, brak chęci by wyjść gdzieś, czy poświęcić czas na jakieś swoje hobby itp. Jedynie co najwyżej zasiada się przed komputerem.. Autorowi wątku radziłabym porozmawiać szczerze z żoną. Zobaczyć jakie ma zdanie na temat waszej codziennej egzystencji. Może i ona ma już dość? Myślę że szczera rozmowa powinna pomóc i znajdzie się jakieś rozwiązanie. Powodzenia.
Zaczęłam wreszcie szukać pomocy w necie bo na inną nie mam czasu i mozliwości i trafiłam tu czytam jak pisze facet, o których ostatnio mam nienajlepsze zdanie wogóle a tu co ciekawe rozczarowany życiem30 ty piszesz tak że jakbym pozmieniała płeć z męskiej na żeńską to spokojnie mogłabym sie pod twoim postem podpisać. Marzenia o rodzinie od zawsze od kiedy pamiętam poznałam faceta miałam 22lata, byliśmy razem kilka lat oboje pokończylismy studia zdobylismy pracę, róznie bywało ale koniec końców wzieliśmy ślub wydawało się że jesteśmy dopasowani, rózni ale jednak w jakiś pokręcony sposób dobrze się uzupełniamy, dosyć szybko pojawiło się dziecko, potem drugie niby jestem szczesliwą kobietą mam mieszkanie, budujmy dom, nie mamy kredytu na 30 lat spkojne życie, każdy kto mnie widzi to pewnie mysli że jestem nienormalna żaląc się ale co z tego jak mnie jest źle, pracuję zawodowo jak nie pracuję to sprzątam piorę prasuję zajmuję sie dziećmi, czasu dla siebie zero, mąż pracuje po 12-14 godzin na dobę często jeszcze przynosi pracę do domu, dla mnie i dzieci nie ma go prawie wcale, dla nich jeszcze czasem cos wyskrobie dla mnie już doba za krótka, jesli już to szybki numerek i po krzyku, i spać. Nie przytula mnie, nie prawi komplementów, nie kupuje prezentów, nie potrzebuje rozmów, czasu spędzanego razem, jak już ma chwilę to wystarcza mu tv i komputer a mnie nie zauważa. Jestem przemęczona, zdołowana, i nie mam juz siły, ciagle sama i sama, z codziennymi kłopotami. A on mówi że mnie kocha, że tak wygląda normalne życie a ja jestem nienormalna, cos sobie wymyślam i powinnam iść do psychiatry. Ja ciagle płaczę i choć wiem że to zadnego efektu nie przynosi to jest silniejsze ode mnie nienawidze się za to że jestem taka słaba że chodze za nim i rzebrzę o każdą pieszczotę i chwilę, że błagam i proszę o pomoc czy poświęcenie mi czasu, a dzieci na to patrzą są bardzo nerwowe, ze starszy synem który jest w przedszkolu już są problemy ma bardzo niskie poczucie własnej wartości, łatwo wpada w gniew, dostaliśmy skierowanie do poradni córka ma 2 lata dopiero a też juz widze że idzie wtym samym kierunku. ja sama tez się pewnie kwalifikuję na terapię ale kiedy mam na nią iść Jednym zdaniem mamy poważny problem i nie potrafię go rozwiązać sama a mój maż uważa że to babskie wymysły i histeria.
6 2014-12-15 11:51:51 Ostatnio edytowany przez arleta.b1 (2014-12-15 11:54:54)
Odpowiem krótko. Rozmowa, bo tylko ona może coś zmienić. Porozmawiaj szczerze z mężem. Opowiedz wszystko dokładnie, tak na spokojnie, bez zbytnich emocji, żeby nie prowokować kłótni. Jeśli mąż będzie jedynie twierdził że to "babska histeria", pozostaje zmienić przynajmniej na ile się da, dzienny rozkład zajęć. Czy jest ktoś z rodziny, kto mógłby Ci pomóc przy dzieciach, zostać z nimi na trochę w ciągu dnia? Jakby tak było, mogłabyś wykorzystać ten czas dla siebie. Potrzebny Ci choć krótki odpoczynek.
Więc "kupywałeś" prezenty
aha...
no i piszesz w dziale samotność...
o żonie...
i dziecku....
Ty weź znajdź se jakiś poważny problem bo jak na razie widać że w dupach od dobrobytu się poprzewracało a nie że samotny.
Masz o czym marzyłeś to chociaż nie narzekaj. Gdzieś jest nawet temat o prawiczku z 30stką na karku a Ty się żalisz.
Wstyd
Witaj skorzystaj z poradni dla małżeństw albo porozmawiaj z dobrą przyjaciółką ,siostrą żony ona może Tobie pomóc tak myślę powodzenia pozdrawiam gorąco masz gg to możemy popisać zapraszam
Zaczęłam wreszcie szukać pomocy w necie bo na inną nie mam czasu i mozliwości i trafiłam tu czytam jak pisze facet, o których ostatnio mam nienajlepsze zdanie wogóle a tu co ciekawe rozczarowany życiem30 ty piszesz tak że jakbym pozmieniała płeć z męskiej na żeńską to spokojnie mogłabym sie pod twoim postem podpisać. Marzenia o rodzinie od zawsze od kiedy pamiętam poznałam faceta miałam 22lata, byliśmy razem kilka lat oboje pokończylismy studia zdobylismy pracę, róznie bywało ale koniec końców wzieliśmy ślub wydawało się że jesteśmy dopasowani, rózni ale jednak w jakiś pokręcony sposób dobrze się uzupełniamy, dosyć szybko pojawiło się dziecko, potem drugie niby jestem szczesliwą kobietą mam mieszkanie, budujmy dom, nie mamy kredytu na 30 lat spkojne życie, każdy kto mnie widzi to pewnie mysli że jestem nienormalna żaląc się ale co z tego jak mnie jest źle, pracuję zawodowo jak nie pracuję to sprzątam piorę prasuję zajmuję sie dziećmi, czasu dla siebie zero, mąż pracuje po 12-14 godzin na dobę często jeszcze przynosi pracę do domu, dla mnie i dzieci nie ma go prawie wcale, dla nich jeszcze czasem cos wyskrobie dla mnie już doba za krótka, jesli już to szybki numerek i po krzyku, i spać. Nie przytula mnie, nie prawi komplementów, nie kupuje prezentów, nie potrzebuje rozmów, czasu spędzanego razem, jak już ma chwilę to wystarcza mu tv i komputer a mnie nie zauważa. Jestem przemęczona, zdołowana, i nie mam juz siły, ciagle sama i sama, z codziennymi kłopotami. A on mówi że mnie kocha, że tak wygląda normalne życie a ja jestem nienormalna, cos sobie wymyślam i powinnam iść do psychiatry. Ja ciagle płaczę i choć wiem że to zadnego efektu nie przynosi to jest silniejsze ode mnie nienawidze się za to że jestem taka słaba że chodze za nim i rzebrzę o każdą pieszczotę i chwilę, że błagam i proszę o pomoc czy poświęcenie mi czasu, a dzieci na to patrzą są bardzo nerwowe, ze starszy synem który jest w przedszkolu już są problemy ma bardzo niskie poczucie własnej wartości, łatwo wpada w gniew, dostaliśmy skierowanie do poradni córka ma 2 lata dopiero a też juz widze że idzie wtym samym kierunku. ja sama tez się pewnie kwalifikuję na terapię ale kiedy mam na nią iść Jednym zdaniem mamy poważny problem i nie potrafię go rozwiązać sama a mój maż uważa że to babskie wymysły i histeria.
myslalem że jestem sam w takiej sytuacji a jednak sa podobne osoby do mnie i ktozy podzielaja moj los ze tak powiem.goska23 jak bys miala ochote pogadac popisac chetnie wymienie spostrzzenia
Jak ktos sobie wybiera nicka "rozczarowany zyciem" to naprawianie powinien zaczac od samego siebie.
Jak się nie układa to się nie ułoży ....Kto chce niech przerabia naprawianie u psychologa...
Bardzo Ci współczuję. Rozumiem doskonale Twój problem. Ja mam trochę podobnie. Zyjemy razem z partnerem od 5,5 roku, trzy miesiące więcej się znamy. Na początku jak zawsze- kolorowo, miłość, motylki, obietnice, czułe słówka. opowiadał o tym, jaki on jest super, jaki ugodowy, odpowiedzialny, potrafi iść na kompromis etc. No może i nie jest złym człowiekiem, ale powiem Ci szczerze, że czasem mam ochotę wyjść i nigdy więcej nie wracać do tego człowieka. Wszystko się popieprzyło. Jest zimny, marudny, stał sie agresywny, chamski i uparty. Nie liczy się z moim zadaniem, a ja robiąc mu na złość pokazuje mu, że jego zdanie tez mam głęboko w poważaniu, choć tak nie jest. Ale skoro on ma swoje priorytety, a ja nie jestem najważniejszą osoba w jego życiu to jak mogę być miła, nie pozwolę mu na to, mam swoja dumę.
U Ciebie jeszcze nic straconego, macie dziecko no i wydaje mi się, że rutyna i przyziemne problemy "zjadły" Waszą miłość, a raczej jej miłość do Ciebie. Potrzeba Wam z pewnością wspólnego czasu, tylko dla Was i długiej rozmowy. Może pomoże. U mnie już nic nie pomoże, bo wszystkie zmiany są na krótko, potem wychodzi z niego potwór, chamski samiec, który nie potrafi żyć z kobietą.
Jestem załamana, bo nie tak miało wyglądać moje życie. Mam córkę z poprzedniego związku, patrzy na ten nasz żałośny związek i często przez nas płacze. A mi się serce kroi bo bym chciała wyjść z nimi razem na spacer, zapomnieć o konfliktach, ale dla niego liczy sie tylko praca i zdanie wspólnika, on test guru.
Dlaczego jedni potrafią żyć razem, rozmawiać ( bo to podstawa suklcesu), a inni jak Ty, jak ja, tkwią w czymś, co bardzo odbiega od szczęśliwego życia...
Pozdrawiam Cie serdecznie, życzę Ci szczęścia, wytrwałości i dużo siły, żeby coś zmienić, bo nie jest łątwo. Ja się chyba poddam, bo mi już tej siły brakuje.
Z mojej strony to wyglada tak :
Szczescie zalezy od nas samych , jedni sa zwiazkach i czuja samotni , drudzy sa bez zwiazkow i sa zajebiscie szczesliwi. Wszystko lezy w glowie.
Ja jestem bez zwiazku i raczej nie narzekam na samotnosc , sposob na brak samotnosci : musisz wiedziec co lubisz robic , znac siebie, i miec poukladane zycie.
Szczescie to umyslu jest stan i to jest Prawda. Ty swoje szczescie uzalezniasz od innych i dlatego czujesz sie samotny. Wszystko co jest w tobie , caly ty to twoje szczescie i wszystko zalezy od ciebie czy bedziesz szczesliwy nie od innych.
Święte słowa... Ale są takie chwile, długie chwile w życiu, kiedy niby z pozoru wszystko jest w porządku, jednak wewnątrz jakaś pustka, niegojąca sie rana powstaje. I taki smutek, taki żal ogarnia człowieka, że trudno skupić się na pasjach, na relacjach z innymi, na sobie nawet i na rzeczach ważnych. Niby jeszcze kalendarz mówi, że to nie czas na refleksje, na podsumowanie, jednak Los płata figla i człowiek nic nie robi, tylko mysli, waży wartości, zastanawia się co by było gdyby... Jest mi źle. Bo się wypaliła moja miłość gdzieś i wiem, że to nie ja ją zabiłam. Obaliło się moje poczucie bezpieczeństwa, a to był cały mój świat. Teraz nic nie ma sensu. Nic...
Ja nie mam czasu na myslenie o takich rzeczach, rozmyslaniu , zamartwianiu sie i wprowadzac sie z zly nastroj , bez sensu.
Problem wlasnie w tym ze niektore dziewczyny nie maja wlasnego zycia (cale zycie to ich chlopak) , pamietajmy ze kazdy jest wolnym czlowiekiem i caly swiat to on i wszystko od niego zalezy.
Nic nie robienie i ze wszystko nie ma sensu to nazywamy dolem
Radze jak najszybciej sie wziasc w garsc i zajac sie czyms bo takie myslenie nie doprowadza do szczescia.
Noe wiesz, ja juz nie jestem dziewczyna, a on nie jest moim "chłopakiem", jesteśmy tuż przed 40-tką i kawałek życia za sobą. Ja mam sporo czasu, z uwagi na niewidoczny, lecz niezwykle uciążliwy dla mnie kiepski stan zdrowia nie pracuję, siedzę w domu, głównie czytam, to moje hobby. Teraz zimą gdy pogoda jest jaka jest niezbyt chętnie wychodzę z domu, tzn wychodzę każdego dnia, ale załatwiam co mam do załatwienia, spotkam się z kimś, wypije kawę i wracam. Do swojego domu, do niego. Do człowieka, który tak pieknie opowiadał, że nawet uwierzyłam po kilku wcześniejszych porażkach. I żyję z nim, choć od kilku tygodniu nie śpimy nawet w tym samym pokoju. Nie umiem mu wybaczyć kilku incydentów, nie chce nawet już, bo straciłabym szacunek dla samej siebie i dała mu tym samym przyzwolenie na dalsze takie traktowanie mnie, a ja sobie na to nie zasłużyłam. nie potrzebuję sponsora, a jemu sie wydaje, że skoro pracuje, zarabia, to może być gnojem. Coś nie tak. Ja też mam swoje pieniądze, połowę tej kwoty, którą on zarabia ja mam siedząc w domu. poza tym mieszkamy u mnie, to był mój dom gdy go poznałam.
Ciężko coś zmienić, w coś się zagłębić, zapomnieć, nie myśleć, bo to wraca. i tak bezwzględnie wieje chłodem. Chciałam stworzyć ciepły dom, nasze gniazdko, w którym wszyscy będziemy dla siebie serdeczni. On tak nie umie, bo jedo matka go nie nauczyła czułości, bliskości, nie ma w nim potrzeby spędzania wspólnie czasu, nie ma potrzeby rozmowy. A gdy nie ma komunikacji, tej poprawnej, to nie można nic planować, nie można wyciągać konsekwencji z błędów. Jak będziemy po latach wspominać nasze wspólne życie? Kłótnie, ubliżanie, okropne awantury, szantażowanie się nawzajem, okłamywanie... On woli mnie okłamać dla "świętego spokoju", bo wie "jak bym zareagowała, gdybym się dowiedziałą". No ale o co do cholery chodzi?? Zaufanie to podstawa, mielismy być jednością, dzielić się wszystkim, a co mamy? on kombinuje, a ja go szpieguję, bo wiem, że coś ukrywa i szukam dowodów, to jest chore! Ja nie chce tak żyć, chcę prawdziwej miłości, bo to co jest miedzy nami, to się nadaje na scenariusz do taniej telenoweli. Ale jak z tego g...na wyjść to ja pojęcia nie mam.
Lori rozumiem że nie macie ślubu, nie macie wspólnych dzieci i jesteś niezależna finansowo?? to po kie licho się męczysz?? przecież to sensu nie ma żadnego Każ mu się wyprowadzić i przemyślec sprawę, przecież wrócic zawsze może jesli uznacie że jednak chcecie być razem i ratować swój związek. Moja sytuacja trochę inna ja mam ślub który dla mnie jest święty, dwójkę dzieci i mój mąz mnie szanuje, trochę przytłacza czasem przygada coś nieprzyjemnego ale zazwyczaj przeprosi nigdy nie podniósł na mnie ręki i generalnie nam sie układa, mnie jest źle dlatego że on nie ma czasu dla mnie i dla dzieci troche przez pracę którą ma bardzo absorbującą a treochę dlatego że taki juz jest, nie został nauczony czułości, troski o drugą osobę czy przywiązania, dla niego bycie ojcem i mężem to zarabianie pięniędzy i zaspokajanie potrzeb fizjologicznych czytaj seks. I tyle, nie powiem czasem idziemy do kina czy na pizzę ale to zazwyczaj po moich długich namowach i prośbach dla świętego spokoju. No ja finansowo jestem od niego zależna, tzn mam pracę zarabiam nienajgorzej, ale gdyby mi sie przyszło utrzymac z dwójka dzieci to bym niedała rady, a mieszkam u teściów to raczej nie mam jak kazac mu sie wynieść.
Ale ty?? po co cierpieć i dać sie poniżać i jeszcze dziecko na to patrzy:( Smutne to
rozczarowany życiem a jak u Ciebie po Nowym roku?? u mnie trochę lepiej ale jak długo to potrwa? nie łudze się że długo.
W związku trzeba dbać o siebie, szanować się, być dla siebie miłym, bardzo tolerancyjnym, uprawiać seks z zaangażowaniem i fascynacją. Jeśli jednak ktoraś z osób pozwala relacji aby umarła, to wtedy trzeba poznać kogoś nowego... Tak -- to będzie zdrada, romans, zauroczenie. Coś nowego, coś co rozświetli życie.
Gośka to nie takie proste spakować go i już. mamy kredyty, kilkadziesiąt tydięcy, nie wiem nawet ile, 60 około. Kilka na mnie, kilka na niego. Dopóki jesteśmy razem to się kręci, a gdybyśmy się rozstali to tylko komornik. On pracuje, ja nie. Ze swojej "pracy" i mam kilkaset zł miesięcznie, oprócz tego wspólnie mamy mały interes, który daje nam jakieś 1 tys zł, ale ani ja bez niego bym tego nie mogła robić, ani on sam beze mnie. Poza tym ma swoją firmę oprócz stałej pracy i też to przynosi dochód. Ja werbuję mu klientów, zajmuję się reklamą w prasie, w necie, wizytówki, ulotki. Jestęsmy od siebie zależni.
A co do seksu... Żałosne. Ja moje potrzeby zminimalizowałam, bo on ciągle zmęczony, bo nie ma ochoty, bo ile można... to jego teksty. No i tak raz na tydzień najlepiej. Zrobic swoje i po sprawie. Ja zawsze chciałam inaczej, dłużej, częściej, z jakąś oprawką, fantazją, lubię w różnych miejscach, o różnej porze, a on chmmm, no tu się nie dopasowaliśmy. Ale coś za coś. Dopóki było dobrze w miarę między nami to ja to sobie wszystko racjonalnie tłumaczyłam, ale ostatnio zastanawiam się czy było warto. Nie kochałam się z nim kilka m-cy, nie wychodzimy nigdzie razem też tak jakoś, nikt do NAS nie przychodzi, tylko do mnie moje koleżanki czasem, albo jego wspólnik. Snuję się godzinami spacerując z psem, zazdroszczę ludziom szczęścia. To taka pozytywna zazdrość, bo nie chciałabym dla nikogo źle, tylko taki żal mam do siebie, że chyba źle wybrałam i do niego, że taki los mi zgotował. ja jestem cholerną romantyczką, on zimnym dziadem. To się akurat nie zmieniło, zawsze taki był. Całymi dniami pracuje, a ja nawet jestem zadowolona ostatnio, bo jak go nie ma to się nie kłócimy, przychodzi wieczorem, coś zje, coś zrobi i idzie spać do drugiego pokoju, bo ja zamykam drzwi swojego, żeby go nie oglądać. Przekazujemy sobie tylko ważne informacje, najczęściej telefonicznie, bo w domu napięta atmosfera i zwykle nawe info, że kurier przyjechał kończy się kłótnią jak dzisiaj, bo wiedział, że ma przyjechać, ale widząc auto przed bramą stwierdził, że to napewno kto inny, bo nieoznakowane... zamiast wyjść i spytać do kogo i w jakiej sprawie. Zrobi wszystko, żeby ust nie otworzyć i nie użyć narządu mowy, najlepiej milczeć, nawet w takich sprawach nie potrafi nic porządnie załatwić. ja juz wysiadam psychicznie. potrzebuję jakiejś odskoczni, ale nie mam na nia pomysłu. ja nawet nie mam kolegów! Odkąd go poznałam był tylko on. i jak na tym wyszłam...
Gosiu życzę Ci, żeby Twojemu się oczy otwarły, żeby zatęsknił za Waszym towarzystwem, za bliskością, czułością, za byciem z Wami przez duże "B". Bo ja sobie takiego układu jak u Ciebie też nie wyobrażam... Zawsze wydawało mi się, że gdy dwoje ludzi się kocha i porozmawia, to dojdą do jakiegoś konsensusu. Ale ostatnio już zaczynam już w to wątpić, bo do tego trzeba dwojga, trzeba chcvieć coś zmienić i zacząć od rozmowy, a zmiany od siebie. ech do bani. Do bani to życie czasem jak człowiek podejmie raz niezbyt trafną, pochopna decyzję... ![]()