Hej... Nie wiem czy to tu czy gdzieś indziej ktoś napisał, że za długo zwlekaliśmy ze spotkaniem i chyba niestety to była prawda.
Na samym spotkaniu było bardzo ok, leżeliśmy sobie na łóżku razem. Po spotkaniu przez jakiś czas też było ok, czasem mówiła, że chce abym był tu tak jak wtedy... ale dwa dni przed sylwestrem zadzwoniła wieczorem, widać, że było to dla niej trudne. Powiedziała, że znaczę coś dla niej więcej ale chce, żebyśmy zostali tylko przyjaciółmi, bez zobowiązań... po chwili zakończyła rozmowę.
Pogadaliśmy jeszcze wieczorem. Powiedziałem, że nie chcę abyśmy byli tylko znajomymi... niby odpowiedziała, że też nie chce ale sobie tego nie wyobraża, we wcześniejszej rozmowie powiedziała jeszcze, że się boi ale pewnie miała na myśli właśnie to, że sobie nie wyobraża... Powiedziałem, że niekiedy ludzi dzieli ocean i dają sobie rade... Później jeszcze zaczęła mówić o tym, że ona chce spełnić swoje cele/marzenia... i ja dobrze o tym wiem, nie chce jej w tym przeszkadzać ani ograniczać. Jak oznajmiła, że nie będzie na nic patrzeć tylko dążyć do tych celów to tak mi się strasznie przykro zrobiło, teraz gdy to pisze zresztą też. Ja mógłbym poświęcić wszystko... Nie dałem rady gadać przez telefon o tym, całe oczy miałem w łzach, tylko pojedyńcze słowa mogłem wypowiedzieć.
Chcę się kolejny raz spotkać i mamy już nawet datę ale... no nie wiem jak mam to powiedzieć.
Przez ten cały okres odkąd się znamy strasznie się do niej przywiązałem, tak, to chyba odpowiednie słowo. Jestem przyzwyczajony, że codziennie rano dostanę sms'a z miłym słówkiem i codziennie wieczorem na dobranoc, jestem też przyzwyczajony, że ja jej codziennie rano wysyłam i wieczorem. Nie wyobrażam sobie, że zostaniemy przyjaciółmi i któregoś dnia powie mi, że kogoś poznała... Wiem, że dałbym sobie rade. Zawsze sobie radziłem sam z każdym problemem, mimo, że bardzo bolało to po pewnym czasie wszystko wracało do normy, ale nie chcę już więcej cierpieć. Nie wymagam od życia dużo, wymagam dużo tylko od siebie... Chociaż raz mogłoby mi się udać, prawda?
Wiem też, że nie ma sensu wiązać się z kimś, kto nie odwzajemnia moich uczuć... I nie ma sensu takiej osoby do niczego zmuszać, ale może nie widziała mnie z tej najlepszej strony? W ogóle, to widziała mnie tylko raz i może w tym jest problem? Tylko ja nie mówiłem, że mamy być parą od teraz, ale spotkania chociaż raz w miesiącu, przecież są dłuższe przerwy.
,, Jak nie ta, to inna " - powiem wam, że często to słysze, ale to właśnie chce ją, a nie jakąś inną... Wiem, że spotkam jeszcze tyle dziewczyn na swojej drodze, ale ta... ta wydaje się tą idealną. Codziennie prosiłem Boga o ,,dobrą, mądrą i ładną dziewczyne" i ona dokładnie taka jest, uwierzcie mi, ona dokładnie taka jest...
Po sylwestrze i całej rozmowie napisała w sms'ie, że jestem idealny, a nawet za bardzo. Gdy to zobaczyłem to uwierzyłem, że jest jeszcze jakaś nadzieja... ale jej chyba już nie ma.
Mam do Was pytanie:
Nadzieja umiera ostatnia, czy nadzieja matką głupich?
Nie wiem czego od Was oczekuję... na pewno nie współczucia, życie jest okropne i trzeba mieć to na uwadze. Może prędzej to w czym jest problem, abym nie zrobił czegoś podobnego w przyszłości. Na pewno odległość odgrywa tu jakąś role, ale przecież takie związki też istnieją. Słabo znamy się z reala... to fakt, ale dlaczego nie chce głębiej znajomości pociągnąć? Jest ambitna, ma wielkie plany... chce mieć w przyszłości swoją firmę, może po prostu chce znaleźć kogoś, kto jej w tym pomoże? Ja pochodzę raczej z biednej rodziny, ale przecież nie będzie tak całe życie, też znajdę dobrą prace i wszystko się zmieni...
Przepraszam za ten lament... ale łatwiej jest, gdy się podzieli z kimś emocjami.
Pozdrawiam i życzę miłego popołudnia 
,, Bez względu jak silny jest ból, jak gęsty jest mrok w który się zapadasz - zawsze walczysz do końca. "