magdalenadk napisał/a:jeśli przed ślubem jest w waszym życiu coś nie tak, to obrączki nic nie zmienią. Ja pechowo trafiłam.
Naprawde tak trudno dojść do takich wniosków przed przeżyciem tego? Że kurcze papierek nie zmienia ani relacji, ani osób, ani świata? Przecież zaraz inne naiwne dusze (nie jesteś sama w swoich wierzeniach od początku istnienia świata) powiedzą, że każdy człowiek jest inny, każda sytuacja inna, każdemu należy sie szansa (albo pięćdziesiąt, nawet jak sam nie prosi i nie mowi o zmianach, nie pokazuje czynami że chce) i że w każdym jest dobro, tylko trzeba je odkryć (i naiwna dusza swoją miłością i dobrocią na pewno je odkryje).
To nie pechowe trafienie, tylko pechowe myślenie i pechowo stworzone emocje (zakochanie w wyobrażeniach). Mozna mowic, prosic, błagać, ostrzegać, a nawet katować (bo patologicznych sytuacji w związkach nawet bardzo 'normalnych' jest sporo, co czasem można nazwać katowaniem nawet), ale nie dotrze. Zaślepienie podświadomością albo co gorsza samym pożądaniem (bo atrakcyjny/a) ważniejsze. Może zmieniłoby się to gdyby wychowanie się zmieniło (główny cel w życiu to miłość, uzależnienie szczęścia od drugiej osoby, piękny ślub, gromadka usmiechnietych dzieci, księżniczka na wieży adorowana przez siłacza, siłacz chwalący się pięknością... która nic poza tym nie oferuje), stereotypy (może kobiety niech zaczną same podrywać, inicjować, starać się i sie mezczyznami opiekować, a wybierałaby dlatego tylko słabszych psychicznie i fizycznie? pierwszym wymogiem u kobiety nie byłby wygląd, a to by była zaradna i miała dużo kasy, by miała siłę bronić przed bandziorami) czy wyrzucenie z życia romansideł (bo zawsze są na jedno kopyto i polegają na historiach które sie nie zdarzają), wierszy, poezji, idealizmów. Zawsze jednak zdarzać się będą nietrafione/toksyczne związki niezależnie od edukacji (logika), bo tzw zakochanie/pożądanie/desperacja/niska wartość robi pewnym osobom wode z mozgu, tak jak przekonanie, ze nawet o najgorszą osobe/związek trzeba walczyć, bo inaczej... ego cierpi, cała psychika mówi ciału że odejście jest niedobre, że samotność, że to bolesne, więc trzeba unikać i "walczyć" czekając na zmiany lub kłócąc się stawiając ultimatum, obwiniając i zwiększając tą niesamowicie uzależniającą emocjonalnie toksyczność. Kłócić, godzić się i tak w kółko. Tak jak strach, że juz nikogo się nie znajdzie, to ta/ten jedyny i przypisywanie wyjątkowości do... bzdur. Bzdur, gdy się przeżywa X razy zakochanie i to w bardzo podobny sposób, mimo że osoba inna. I nie widzi się, że to wszystko zależy od nas. Zmieniamy percepcje, bo znowu wierzymy w coś co się nie zmieni, jeśli sami nie zmienimy. I efekty tych samych (np naszych) działań są bardzo podobne, mimo że kieruje się je także do innych ludzi. Że nie patrzy się na słowa, tylko czyny, a czyny interpretujemy jakie są (wyzwał - nie toleruje tego, bo mnie to boli, koniec rozmyślania), a nie jakie mogły by być (bo analiza - że miał zły dzien w pracy to dziś sie napił i dlatego wyzwał - ok, rozgrzeszam! albo zaprosił na 2 spotkania do rodziny tzn że jest pewnikiem zakochany już na 50 lat, albo poszlismy do lozka tzn ze juz jestesmy w związku, tylko boi sie mowic o uczuciach, jest niesmialy i na pewno skrzywdzony, wiec dam mu czas, będe sie angażowała mocniej, a on po prostu niech będzie i niech rzuca ochłapami/ściemą itd). Dorośli ludzie mówią, a tyle błędów, a to tylko wierzchołek.