- Kiedy będę dorosła, to...
- Hahaha, zaglądałaś ostatnio w metrykę?
Dialog mój i przyjaciela - stał się już tradycją. Często łapię się na zdaniach sugerujących, że dorosła nie jestem. I rzeczywiście, czuję się tak samo jak w liceum czy gimnazjum.
Kiedy Wy czułyście się w pełni dorosłe? Czym dla Was jest "ustatkowanie się"?
Bo to nie jest tak, że zachowuję się (zawsze) jak dziecko - wydaje mi się, że poza zmianami uczelni jestem dość rozsądna. Może nie rozsądna, bo większe czy mniejsze głupoty się zdarzają, ale studiuję dziennie, utrzymuję się sama, mieszkam sama 500 km od rodzinnego miasta, innymi słowy - jestem samodzielna. Nie pozwalam mówić komuś, co mam robić, właściwie odkąd skończyłam jakieś 14 lat.
Z drugiej strony dalej czuję się "dzieckiem" w tym sensie, że moją rodziną są rodzice, dziadkowie... że jestem tym najmłodszym pokoleniem.
Na przykład nie wiem, gdzie chcę mieszkać - przeprowadzałam się wielokrotnie, nigdzie nie czuję się praktycznie u siebie albo raczej zawsze brakuje mi jakiegoś miasta. Niby teraz dobrze mi w Warszawie, ale jak zastanawiałam się, czy nie zostać tutaj też na wakacje, to wydało mi się to takie ostateczne, jak wyprowadzka na zawsze - bo jak to, nie wrócić na 3 miesiące do domu albo do babci? To już taka... dorosłość właśnie. Na razie ciągle odbieram to tak, jakbym była na jakimś wyjeździe, co jest o tyle dziwne, że wyprowadziłam się z domu do babci, jak miałam 15 lat, po 3 latach wyprowadziłam się na studia, potem jeszcze 2 razy zmieniałam miasto. Na jakiej zasadzie decydowaliście, gdzie chcecie mieszkać? Praca, partner? Ja się czuję tak, jakby mnie nigdzie nic nie trzymało - praca zdalna, studia się skończą, nie chcę wybierać miasta pod kątem faceta.
Dalej - kiedy jest się "ustatkowanym"?
Małżeństwo, zakładanie rodziny jakoś nie wbiły mi się wysoko na listę priorytetów; dzieci nie chcę mieć, partner hm... z żadnym nie zakładam, że to po grób, chyba za bardzo realistycznie (cynicznie?) do tego podchodzę, poza tym mam jakiś lęk może nie przed bliskością, ale zobowiązaniem i jakoś nie sądzę, żebym szybko ustatkowała się przez posiadanie osobistego faceta na całe życie, własnego domu itd. Tzn. dom mógłby być, ale mój, jak sobie zarobię, ale... (patrz wyżej) nie wiem, gdzie. A właśnie taka własna rodzina kojarzy mi się jednoznacznie z ustatkowaniem się, z tym, że nie jest już się dzieckiem.
Plany na życie - i mam, i nie mam. Praktycznie od zawsze, od podstawówki, wiedziałam, że ee... poświęcę się robieniu szumnej
kariery, lubię wyścig szczurów. No i właściwie tyle, żadnych konkretów. Skończę studia, rzucę się w pracę, nie wiem gdzie, nie wiem jaką (informatyka)... Kiedyś skończone studia miały być tą dorosłością. Teraz nie sądzę, żeby po nich coś się zmieniło, pewnie dalej będę czekać, "aż dorosnę". Chociaż jeszcze może pracę w zawodzie uznam za tę stateczność, bo to już przestanie być tymczasowe?
***
Kiedy Wy poczułyście się w pełni dorośli?
Czy spowodował to po prostu upływ lat, czy jakieś konkretne wydarzenie? Jakie?
Skąd wiedzieliście, że chcecie mieszkać w danym mieście i czy nie będziecie żałować tej decyzji? A może oddaliście ją w ręce drugiej połówki? Nie baliście się, że będziecie chcieli mieszkać w innym miejscu?