Pytane może i trywialne, ale ostatnio coraz częściej zastanawiam się jak kobiety to robią, że udaje im się zdobyć tych facetów których sobie "upatrzą". Zresztą, nie tylko kobiety, ale w ogóle, jak ludzie to robią, że łącza się w pary, że pojawia się wzajemność uczuć, że chcą się angażować w stałe związki.
Co sprawia, że dana osoba jest zainteresowana drugą?
Co sprawia, że chcemy się angażować i wejść w związek, albo właśnie nie chcemy tego?
Jak można okazać drugiej stronie zainteresowanie, ale tak, było to to na tyle wyraźne, że nie odebrane jako zwykła uprzejmość?
Co sprawia, że postrzegamy dana osobę jako potencjalnego partnera a nie jedynie kolegę/koleżankę?
A skąd te pytania? Ano stąd, że zwyczajnie chciałabym rozwikłać tą zagadkę jak to się dzieje, że innym się udaje, a mi ni ząb... Mam już trochę lat na karku, bliżej mi do 30stki niż 20stki, a mimo to, ta sfera życia nadal jest dla mnie kompletną zagadką. Nigdy nie byłam w żadnym związku. Nawet takim przelotnym czy krótkim. Oczywiście byli faceci, którzy mi się podobali, z którymi chciałam być bliżej. Ale albo oni postrzegali mnie wyłącznie jako koleżankę (moje największe przekleństwo, w tzw friend zone lądowałam już kilkakrotnie), albo były inne okoliczności, które sprawiały, że to nie miało prawa bytu (np. osoby zajęte). Nigdy nie miałam szeroko rozumianego powodzenia, nikt mnie nie podrywał, nigdy nie byłam na randce, itp. A podobno, jeśli chodzi o wygląd, to wszystko jest ze mną w porządku. Nie jestem może zjawiskową pięknością, ale brzydką też bym siebie nie nazwała. Nie jestem zaniedbana, nie mam nadwagi, nie mam żadnych defektów itp które mogłyby sprawiać, że mój wygląd nie jest do zaakceptowania. Nie byłam też osobą, która siedzi zamknięta w czterech ścianach. Miałam różnych znajomych, byłam towarzyska, nie byłam zamknięta w sobie. Zdarzało się nawet, że ludzie nazywali mnie "duszą towarzystwa", byłam lubiana, nie miałam problemu w nawiązywaniu relacji koleżeńskich. Ani z kobietami, ani z facetami. Miałam różnych kolegów, których lubiłam, ceniłam, wiem, że oni mnie też. Ale właśnie... to zawsze byli koledzy. Nie raz słyszałam jak to ja niby jestem fajna, normalna, godna zaufania etc etc... Wszystko to bardzo miłe, ale cóż z tego, skoro nikt nie dostrzegał we mnie kobiety, tylko wyłącznie koleżankę.
Przez całe swoje życie udało mi się zbliżyć tylko do jednego faceta, przekroczyć wreszcie tą granicę koleżeństwa. Było to coś co można nazwać jakimś tam romansem. Niestety, koniec końców, również wylądowałam w szufladce z napisem "koleżanka", mimo, że chciałam z nim być, stworzyć związek. To dość świeża sprawa, jeszcze się nie odkochałam i po części to właśnie ona sprawiła, że zaczęłam się nad tym wszystkim coraz bardziej zastanawiać. Że czemu tak jest. Że czemu całe mnóstwo moich koleżanek bez problemu wchodzi w związki. Niektóre w krótkotrwałe, niektóre w wieloletnie, ale w tym momencie nie znam żadnej dziewczyny, która byłaby w podobnej sytuacji jak moja, czyli, że nigdy nic. Moje rówieśniczki zazwyczaj są już w dłuższych relacjach, wiele z nich po ślubach, niektóre nawet już dzieciate. A ja ciągle jestem na samiutkim początku tej drogi... Niczym niedoświadczona nastolatka która chciałaby wreszcie zacząć, a nie może.
Odczuwam potrzebę więzi, zawsze odczuwałam. Chciałam być w związkach, zakochiwałam się, potrzebowałam fizycznej bliskości. Seksu brakuje mi straszliwie, jest to dla mnie już coraz większa zmora tej samotności. Może to płytkie, ale nie oszukujmy się, sfera seksualna jest bardzo ważna sferą życia człowieka i jej brak potrafi dać w kość. Z czasem robi się coraz gorzej, gdyż do samotności nie można przywyknąć, jeśli jest niechciana. Coraz trudniejsze staja się spotkania ze znajomymi, gdzie każdy przychodzi w towarzystwie partnera, często wieloletniego. Najbardziej dotkliwe momenty to te, kiedy obserwuje kogoś i nagle dociera do mnie, że ja tego nie doświadczę: nikt tak na mnie nie spojrzy, nikt mnie tak nie przytuli, nikt mi nie powie, że mnie kocha. To wszystko zaczyna być coraz bardziej przygnębiające i boję się czasem, że naprawdę już zawsze będę sama. Bo im dłużej się z czymś zwleka, tym trudniej potem zacząć...