Nurtuje mnie to pytanie i nie daje spokoju. Kiedy byliśmy razem nie popisałam się - nie okazywalam, że mi zależy. Czuł, ze wszystko jest dla mnie ważniejsze. Pytał, czy się go wstydzę bo nie poznał moich znajomych (nawet nie był w moim domu). Sprawdzał czy jestem zazdrosna - oblalam ten test, a zazdrość wyrażalam w inny sposób (byłam dla niego nieprzyjemna). Punktem kulminacyjnym tuż przed rozstaniem było to, jak powiedziałam mu, ze mi nie zależy (do dziś nie mam pewności, czy to nie zbiegło się w czasie z jego chęcią powiedzenia mi "kocham"). Niedługo po rozstaniu starałam się jak mogłam - byłam po prostu troskliwa, normalna, i wreszcie czułam się dobrze z samą sobą. Nie udało się. Patrzę na znajomą, świetnie zgraną parę, i zastanawiam się: czy byliby razem, gdyby jedna ze stron dała popis jak ja? Czy mimo tylu przykrych zachowań jeśli dwie osoby mają być razem, to bedą mimo wszystko? Czy to co działo się u nas po rozstaniu było już po prostu za późno?
A zależało Ci jak byliście razem, czy uświadomiłaś sobie to dopiero po rozstaniu? No cóż, chłopak podjął dobrą decyzje, nie ma się co dziwić
Patrzę na znajomą, świetnie zgraną parę, i zastanawiam się: czy byliby razem, gdyby jedna ze stron dała popis jak ja?
Nie, ponieważ jak jedna strona bierze związek na poważnie, to oczekuje od drugiej tego samego, czyli zaangażowania, czułości i poczucia bezpieczeństwa.
Czy mimo tylu przykrych zachowań jeśli dwie osoby mają być razem, to bedą mimo wszystko?
Nie, bo nie ma czegoś takiego w zdrowych relacjach jak bycie "mimo wszystko". "Mimo wszystko", to się dzieci kocha, a nie partnera, który sprawia notoryczną przykrość.
Czy to co działo się u nas po rozstaniu było już po prostu za późno?
Tak. Trzeba było obudzić się wcześniej.
Tak, zależało mi na nim cały czas. Pierwszy raz kogoś pokochałam. W tym momencie nie mogę się pozbierać wiedząc, ze być moze to tylko i wyłącznie moja wina. Pierwszy raz poważnie porozmawialiśmy dopiero po rozstaniu... Jakiś czas pózniej związał się z dziewczyną i z nią zamieszkał, co nie trwało długo, bo jakiś miesiąc. Moze tak naprawdę to z nim jest cos nie tak? Ale ja żyję przeświadczeniem, ze byliśmy zgrani - doskonale się rozumieliśmy, mogliśmy spędzić cały weekend nie ruszając się z domu i było swietnie. Wiem, ze już nikogo takieg nie spotkam, a myśl, ze sama zgotowalam sobie taki los wpędza mnie w głęboką depresję
Nie wiem czy te rozmyślanie w jakiś sposób Ci pomoże. Może ja zawiniłam, może on? Może świat, może ludzie, pogoda?
Byłaś taka a nie inna, być może musiało tak się stać żebyś mogła się ogarnąć i do innego związku podejść inaczej.
Zamknij ten rozdział w życiu i idź dalej.
Chyba nie potrafię go (jeszcze?) zamknąć. Spotykałam się z kimś, ale nie dałam rady. Nie wiem, moze dla mnie za wcześnie na cos nowego. Nie pomaga fakt, że z byłym mamy wspólnych znajomych. Dwa miesiące temu się u nich spotkaliśmy, i on spędził u mnie noc. Niedługo tez mam urodziny: boję się, ze złoży mi życzenia, i znów zaczniemy rozmawiać. Z drugiej strony obawiam się, ze ich nie złoży. To oczywiście pierdoły w tym momencie. Wiecie, byłabym spokojna wiedząc, ze skoro już się o niego starałam i nie wyszło, to tak po prostu miało być. Ale oczywiście czuję inaczej.
Tak, zależało mi na nim cały czas. Pierwszy raz kogoś pokochałam. W tym momencie nie mogę się pozbierać wiedząc, ze być moze to tylko i wyłącznie moja wina. Pierwszy raz poważnie porozmawialiśmy dopiero po rozstaniu... Jakiś czas pózniej związał się z dziewczyną i z nią zamieszkał, co nie trwało długo, bo jakiś miesiąc. Moze tak naprawdę to z nim jest cos nie tak? Ale ja żyję przeświadczeniem, ze byliśmy zgrani - doskonale się rozumieliśmy, mogliśmy spędzić cały weekend nie ruszając się z domu i było swietnie. Wiem, ze już nikogo takieg nie spotkam, a myśl, ze sama zgotowalam sobie taki los wpędza mnie w głęboką depresję
Moja droga, bo ty BYŁA Twoja wina i doskonale o tym wiesz. Z nim jest wszystko w jak najlepszym porządku, bo chciał dojrzałego związku z uczuciem i szacunkiem, a dostał olewanie i "nie zależy mi" więc zupełnie zdrowo odszedł od kogoś, kto go nie chce.
Ty się nie wpędzaj w depresję, tylko walnij w łeb i zacznij się zastanawiać nad własnym postępowanie i szukaj przyczyny, ale w sobie, a nie w innych.
Wiecie, byłabym spokojna wiedząc, ze skoro już się o niego starałam i nie wyszło, to tak po prostu miało być. Ale oczywiście czuję inaczej.
Ale Ty nie myl "starania się" z desperacką próbą naprawienia przez tydzień tego, co konsekwentnie psułaś przez cały związek i nie widziałaś problemu.
Moja droga, brutalna rzeczywistość wygląda tak - zje*ałaś i teraz ponosisz tego konsekwencje. Nie jest to jednak powód, żeby skakać z okna, a wyciągnąć wnioski i zacząć prace nad sobą. Być może on nie był "tym" skoro nie czułaś potrzeby angażowania się w to wszystko.
8 2014-10-10 12:24:40 Ostatnio edytowany przez Harper'sBazaar (2014-10-10 12:26:02)
Teo, polecam czytanie ze zrozumieniem. Gdybym obwiniala za to innych nie byłoby tematu, to raz. Dwa, skąd zaczerpnęłas wiedzę, ze "przez tydzień desperacko próbowałam to naprawić"? Jestem bardzo ciekawa. No i cóż, muszę przyznać, ze jestes dobra w sprawieniu, zeby druga osoba czuła się jeszcze gorzej. Jestem na skraju załamania, ostatnie miesiące były potworne, i nikomu tego nie życzę. "Nie widziałam problemu"? Jakie dla Ciebie wszystko jest proste...
9 2014-10-10 12:51:38 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2014-10-10 12:52:11)
Jestem na skraju załamania, ostatnie miesiące były potworne, i nikomu tego nie życzę. "Nie widziałam problemu"? Jakie dla Ciebie wszystko jest proste...
Bo życie wbrew pozorom jest dosyc proste: dobre jest dobre a złe jest złe ![]()
I CO w TYM (w końcu, jakby nie było TWOIM) wpisie jest skomplikowanego:
Kiedy byliśmy razem nie popisałam się - nie okazywałam, że mi zależy. Czuł, ze wszystko jest dla mnie ważniejsze. Pytał, czy się go wstydzę bo nie poznał moich znajomych (nawet nie był w moim domu). Sprawdzał czy jestem zazdrosna - oblalam ten test, a zazdrość wyrażalam w inny sposób (byłam dla niego nieprzyjemna). Punktem kulminacyjnym tuż przed rozstaniem było to, jak powiedziałam mu, ze mi nie zależy (do dziś nie mam pewności, czy to nie zbiegło się w czasie z jego chęcią powiedzenia mi "kocham")
"Nie chociesz - nie nada. Pachociesz - nie budziet"
Zagrał w Tobie "pies ogrodnika"... a może zbyt pewnie się poczułaś? I stąd pytanie: "Czy mimo tylu przykrych zachowań jeśli dwie osoby mają być razem, to bedą mimo wszystko"?
SĄ granice... i po ich przekroczeniu człek zaczyna się zaliczać do skrajności na pograniczu patologii. "Zdrowy" człowiek nie bawi się w psychoterapeutę chcąc się z kimś związać... wysyła raczej na kurację ![]()
MASZ "nauczkę" - naucz się z niej korzystać, zamiast kręcić się w kółko za własnym ogonem... ALBO udowodnij, ze SIĘ ZMIENIŁAŚ i NIE JESTEŚ już tą ignorantką/arogantką z przeszłości... może Ci się uda go przekonać. Ale czy to warto "wchodzić 2 razy do tej samej wody"?
Nie, nie jestem psem ogrodnika. To był mój trzeci związek, i pierwsze prawdziwe uczucie. Moja zmiana postawy zbiegła się z jego decyzją o rozstaniu. Dopiero wtedy pierwszy raz poważnie porozmawialiśmy - wytłumaczyłam mu jak to było ze mną. Był dosc zaskoczony, bo pierwszy raz wylałam z siebie emocje. Potem kiedy znów się spotykaliśmy powiedział mi, ze faktycznie się zmieniłam. Właściwie nie wiem po co to mówił, skoro nic z tego nie wyniknęło, a ja uznałam to za dobry znak. Zrobilabym dla niego wszystko - powiedziałam mu to nawet jakiś czas temu, wszystko z siebie wyrzuciłam ![]()
Teo, polecam czytanie ze zrozumieniem. Gdybym obwiniala za to innych nie byłoby tematu, to raz. Dwa, skąd zaczerpnęłas wiedzę, ze "przez tydzień desperacko próbowałam to naprawić"? Jestem bardzo ciekawa. No i cóż, muszę przyznać, ze jestes dobra w sprawieniu, zeby druga osoba czuła się jeszcze gorzej. Jestem na skraju załamania, ostatnie miesiące były potworne, i nikomu tego nie życzę. "Nie widziałam problemu"? Jakie dla Ciebie wszystko jest proste...
Ja wszystko DOSKONALE rozumiem i właśnie tu Cię boli
Innych oficjalnie nie obwiniasz, ale już się zastanawiałaś, czy to może w nim był problem.
A przez ile czasu próbowałaś wszystko naprawić? Jaki był staż Twojego związku? Czy naprawy trwały choć połowę tego czasu, albo jeszcze więcej? Poza tym takie próby też są dla mnie beznadziejne, ponieważ jak się już kogoś zraniło i skrzywdziło i to coś pękło, to nie wiem, co Ty chciałaś ratować.
Ale przestań się użalać nad sobą, bo nie ma powodu. Na Twoim miejscu to ja bym raczej wkurzona chodziła, a nie załamana i to wkurzona na własną głupotę. Poza tym prawda w oczy kole, no sorry maleńska, ale lajf is brutal i ful of zasackas. Jak sobie dokładnie zdasz sprawę i uświadomisz sobie, ze wina leży tylko i wyłącznie po Twojej stronie, to wtedy będziesz mogła się zacząć naprawiać, a tak to zawsze znajdziesz jakąś wymówkę.
A widziałaś problem?! Przecież wyraźnie napisałaś jak się zachowywałaś, a Anhedonia jeszcze to ładnie pogrubiła, czy tak się zachowuje osoba, która widzi problem?
Masz rację, w końcu tak jak przy okazji gwałtu winna jest tylko jedna strona, tak jest i tu
Niesamowite, jak wyczerpująca diagnozę potrafi dać osoba, która przeczyta trzy posty dotyczące danej sytuacji. Ale jestes kiepskim psychologiem, bo ocenianie innych swoją miarą ("powinnaś być wkurzona a nie załamana") nigdy nie jest skuteczne, i wie to nawet dziecko. O swoim problemie wiedziałam już dwa związki wcześniej - jestem doskonałą kopią mojego taty, ktory nie okazywał mi uczuć, a ja postanowiłam robić to samo wobec innych żeby uchronić się przed zranieniem. Starałam się o niego na tyle długo, na ile pozwolił mi honor. Przecież nikogo do niczego nie zmuszę, czy nie? To się nazywa zdrowy rozsądek. Wtedy postanowiłam trochę przeczekać i znów spróbować. Teraz sobie myślę, ze jeśli mamy być razem, to będziemy. A jeśli nie - cóż. Chciałabym tylko zacząć zyc bez poczucia winy, jakie towarzyszy mi od prawie roku
To przeprosić go i poproś o wybaczanie.
Następnie..
Stań przed lustrem, przeproś siebie za głupotę i błędy. Obiecaj przed sobą, że wyciągniesz z tego to, co pozwoli Ci w przyszlości zbudować szczerą relację.
Żyj dalej.
Masz rację, w końcu tak jak przy okazji gwałtu winna jest tylko jedna strona, tak jest i tu
Naprawdę porównałaś swoją sytuację do gwałtu? Zastanów się czasem, co do czego porównujesz. Dopuść do siebie fakt, że są winy, które leżą TYLKO po jednej stronie, nie wszędzie dwie strony są winne.
Niesamowite, jak wyczerpująca diagnozę potrafi dać osoba, która przeczyta trzy posty dotyczące danej sytuacji. Ale jestes kiepskim psychologiem, bo ocenianie innych swoją miarą ("powinnaś być wkurzona a nie załamana") nigdy nie jest skuteczne, i wie to nawet dziecko. O swoim problemie wiedziałam już dwa związki wcześniej - jestem doskonałą kopią mojego taty, ktory nie okazywał mi uczuć, a ja postanowiłam robić to samo wobec innych żeby uchronić się przed zranieniem.
Niesamowite to jest to, jak cudownie umiesz się wytłumaczyć i wybielić. Wiedziałaś o swoim problemie? To dlaczego nic z nim nie zrobiłaś? Chyba jednak nie był takim problemem jak się wydawało. Tatuś wszystkiemu winny? A ile Ty masz lat, 12? Stara baba z Ciebie i zasłanianie się tatusiem jest tanim zagraniem. Ja znam wielu ludzi, których "tatuś" nie kochał, a są normalni, uczucia okazują i nie mają takich jazd jak Ty (patrz mój facet, którego relacje z ojcem są takie, że wg Twoich kryteriów powinien w ogóle mnie za rękę nie brać, a co dopiero przytulać i całować).
I zobacz, co napisałaś: "ja postanowiłam robić to samo wobec innych żeby uchronić się przed zranieniem". POSTANOWIŁAŚ, czyli był to świadomy i przemyślany wybór, więc do kogo możesz mieć pretensje, do taty, chłopaka, czy raczej do siebie?
Starałam się o niego na tyle długo, na ile pozwolił mi honor. Przecież nikogo do niczego nie zmuszę, czy nie? To się nazywa zdrowy rozsądek. Wtedy postanowiłam trochę przeczekać i znów spróbować. Teraz sobie myślę, ze jeśli mamy być razem, to będziemy. A jeśli nie - cóż. Chciałabym tylko zacząć zyc bez poczucia winy, jakie towarzyszy mi od prawie roku
Zdrowy rozsądek podpowiadałby raczej, że czas się zacząć zachowywać odpowiednio wobec osoby kochanej, a nie się zaczynać starać po fakcie.
Chcesz żyć bez poczucia winy? To przestań szukać powodów, a zacznij sposobów. Przestań szukać usprawiedliwień, a zacznij rozwiązań. Przestań ciągle "chcieć", a zacznij działać.
Przede wszystkim powinnaś się zastanowić, w jaki sposób chcesz i będziesz umiała nadal okazywać uczucia facetowi, zmuszanie się do bycia dobrą itp daje tylko taki wynik, że będziesz zła i smutna i nie będziesz tak naprawdę kochać, musisz poważnie pomyśleć jaki ty masz sens życia, poważne rozmowy oznaczają tylko jedno, nie umieliście wcześniej poważnie porozmawiać i być szczerzy. Chcesz mieć normalny związek to zastanów się co oczekujesz i co możesz dać komuś, wielu rzeczy sie nie da zmienić w sobie, też sie im warto przyjżeć, może ci ktoś mówił co robisz źle i jaka jesteś i czy chcesz taka być, tzw praca nad sobą ![]()
16 2014-10-10 14:06:50 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2014-10-10 14:08:09)
Masz rację, w końcu tak jak przy okazji gwałtu winna jest tylko jedna strona, tak jest i tu (???)
Niesamowite, jak wyczerpująca diagnozę potrafi dać osoba, która przeczyta trzy posty dotyczące danej sytuacji. Ale jestes kiepskim psychologiem, bo ocenianie innych swoją miarą ("powinnaś być wkurzona a nie załamana") nigdy nie jest skuteczne, i wie to nawet dziecko
TYLKO że PROPOZYCJA zachowania - w tym wypadku skumulowanie i przekierowanie siły emocji (wściekłości) ku swemu pożytkowi (rozwojowi) TO ŻADNA ocena.
Krytykując innych - nota bene poświęcających swój czas i uwagę Twojemu problemowi, warto zauważyć różnicę
.
O swoim problemie wiedziałam już dwa związki wcześniej (!!!) - jestem doskonałą kopią mojego taty, który nie okazywał mi uczuć, a ja postanowiłam robić to samo wobec innych
Kolejny "kwaitek" - to nie moja wina, to geny ![]()
Sorry winnetou - ale mając świadomość - masz możliwość kierowania swoimi zachowaniami
Starałam się o niego na tyle długo, na ile pozwolił mi honor. Przecież nikogo do niczego nie zmuszę, czy nie? To się nazywa zdrowy rozsądek. Wtedy postanowiłam trochę przeczekać i znów spróbować
a tu zonk
Teraz sobie myślę, ze jeśli mamy być razem, to będziemy. A jeśli nie - cóż. Chciałabym tylko zacząć zyc bez poczucia winy, jakie towarzyszy mi od prawie roku
Nie widać t poczucia winy a zwykłe myślenie życzeniowe...
Poczucie winy by powodowało twoje kajanie się a Ty... atakujesz
Niemniej - "WRZUĆ NA LUZ" - que sera sera ![]()
Nie ten, to inny. Mądrzejsza o to bolesne doświadczenie będziesz podchodzić z większym szacunkiem do ewentualnego kandydata na partnera. I może postanowisz DALEJ nad sobą pracować? Jakis dystans do SIEBIE wyrobić...?
Powodzenia
Nie zmuszalam się do bycia dobrą - to przyszło mi zupełnie naturalnie. Wtedy dopiero poczułam się dobrze, okazując emocje i miłość. Zaczęłam budować z nim więź - dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, ze tylko tak umocnię związek, a nie budując wokół siebie mur. Przy okazji naszych ostatnich kontaktów dla własnego spokoju powiedziałam mu wszystko, co w sobie dusilam przez ostatni rok. Powiedział, ze podziwia mnie za odwagę (nie było to łatwe, trwało pół godziny, potrzebowalam tez piwa i papierosa mimo, ze nie palę)
Prędzej czy pózniej znów się spotkamy (wspólni przyjaciele), zobaczymy jak to "zniesiemy"
Teo, już miałam nie odpisywać, bo i tak się nie dogadamy, ale skoro jestes taka mądra to przyczynię się do poszerzenia Twojej mądrości: KAŻDY człowiek jest inny, i inaczej reaguje na rożne sytuacje. Twój chłopak jest super, ja jestem zjebana (oczywiście z własnego, świadomego wyboru: chciałam być nieszczęśliwa)
I przestań proszę wmawiać mi, ze winy szukam w innych, a sama nie chcę się zmienić, bo z postu na post widzę jak powierzchowne i nieprawdziwe wnioski wyciągasz
Teo, już miałam nie odpisywać, bo i tak się nie dogadamy, ale skoro jestes taka mądra to przyczynię się do poszerzenia Twojej mądrości: KAŻDY człowiek jest inny, i inaczej reaguje na rożne sytuacje. Twój chłopak jest super, ja jestem zjebana (oczywiście z własnego, świadomego wyboru: chciałam być nieszczęśliwa)
I przestań proszę wmawiać mi, ze winy szukam w innych, a sama nie chcę się zmienić, bo z postu na post widzę jak powierzchowne i nieprawdziwe wnioski wyciągasz
Naprawdę mam Ci wyciągać i robić analizę Twoich własnych postów? Mam podkreślać i pogrubiać Twoje własne wypowiedzi? Szczerze, to mi się nie chce. Ty się użalasz nad sobą i zwalasz wszystko na "geny" i nie ja to tylko zauważyłam
I szukasz winy w innych, bo jak nie chłopak to tatuś, a sama nie chcesz nic zmieniać, a dowodem na to jest Twój własny wpis, w którym przyznajesz się, że o swoim problemie wiesz już od dłuższego czasu i nic z nim do tej pory nie zrobiłaś.
Może i każdy człowiek jest inny, ale niektóre zestawy cech i zachowania są powszechne dla różnych grup ludzi. I wcale inaczej nie reagują na sytuacje. Jedni się złoszczą, inni płaczą, inni robią nic, jeszcze inni rzucają się w wir. W sumie tyle. Jedni szukają winy w sobie, inni w innych. Jedni użalają się nad sobą, a inni zaczynają wyciągać wnioski. Czy Ty przeszłaś przez jakieś swoje niesamowite stany indywidualne uczuciowe, których nie opisałam? Na takie zdarzenia, takie reakcje są oczywiste i powszechne, więc próbowanie się wykreować na kogoś o indywidualnych i zupełnie innych od wszystkich uczuciach, jest zwyczajnie słabe.
20 2014-10-10 14:51:21 Ostatnio edytowany przez Harper'sBazaar (2014-10-10 14:54:17)
Po pierwsze nigdzie nie zrzucam winy na swoje geny
Musiałaś niestety źle zrozumieć. Wchodząc w związek z nim pomyślałam sobie, ze teraz bedzie inaczej. I z początku było. Potem zaczęła mnie irytować jego relacja z jego koleżanką, a nasza wspólna przyjaciółka trochę mnie przeciwko niej podburzyla. Nie chciałam mu mowić, ze mnie to niepokoi, i zamiatalam sprawę pod dywan. Ale kiedy trochę sobie wypilismy zaczynałam mu cisnąć. Kiedy już sama postanowiłam z tym skończyć, i wrócić do normalności, było dla niego za późno. Potem związał się na cały miesiąc z inną. Tyle ![]()
Koncowki Twojego postu nie chce mi się komentować. Nawet gdybym nie skończyła psychologii wiedzialabym, ze nie masz racji. No ale tak, ludzie działają według identycznych schematów, niczym się od siebie nie różnią, POWINNAM być taka a nie inna, bo ktoś inny właśnie taki jest... Zanotuję to sobie ![]()
21 2014-10-10 15:09:08 Ostatnio edytowany przez Pirx (2014-10-10 15:36:14)
No to łącząc to z pierwszym postem, to ja się nie dziwię...
Dołączę się do chóru: Spójrz w lustro. Zj***ś.
I sama wymieniłaś powody.
Skończyła mu się cierpliwość.
Jeszcze żeby to było przeplatane z okazywaniem mu że Ci zależy, to byłoby do przełknięcie.
A tak? Nie dość że nie pokazuje że jej zależy to jeszcze robi sceny... Dla spokoju ducha mówi się "do widzenia".Po co się męczyć?
Pół światu tego kwiatu,a normalnych facetów coraz mniej... Nie on na Ciebie nie zasługiwał tylko Ty na niego.
Jak czytam Twój opis sytuacji oraz odpowiedzi na posty innych to mam przed oczami pewną dziewczynę z którą się spotykałem.
I never no more. Podobnie jak opisałaś.Z tą różnicą że jak po którymś razie usłyszała "Ty zadaj sobie pytanie czy Ty chcesz abym skończył z Tobą czy nie.I przyjdź z odpowiedzią.Bo to że wcześniej miałaś ciężkie związki nie tłumaczy Twojego zachowania.Dałem Ci dość powodów i przykładów że mi zależy i jestem normalny."-"Nie będę Cię do niczego zmuszała".
I bardzo długo nie chciała przyjąć do siebie winy za ten stan rzeczy.Zaczęła nad sobą pracować dopiero jak zrozumiała że nie żartuję.
Przeczysz sama sobie w niektórych wypowiedziach.
Ty zrozumiałaś co zrobiłaś nie tak... Ale pokazujesz tylko usprawiedliwienia a nie zrozumienie że trzeba to poprawić.
Po główce nikt Cię w tej historii nie pogłaszcze i nie powie "Biedna dziewczynka to przez dzieciństwo i ojca". Jesteś dorosła , popracuj nad sobą.Albo chcesz się zmienić i mieć zdrowy związek albo nie.
A do przeprosin i pracy nad powrotem,moja droga, to honor trzeba sobie w buty wsadzić.
Po pierwsze nigdzie nie zrzucam winy na swoje geny
Musiałaś niestety źle zrozumieć. Wchodząc w związek z nim pomyślałam sobie, ze teraz bedzie inaczej. I z początku było. Potem zaczęła mnie irytować jego relacja z jego koleżanką, a nasza wspólna przyjaciółka trochę mnie przeciwko niej podburzyla. Nie chciałam mu mowić, ze mnie to niepokoi, i zamiatalam sprawę pod dywan. Ale kiedy trochę sobie wypilismy zaczynałam mu cisnąć. Kiedy już sama postanowiłam z tym skończyć, i wrócić do normalności, było dla niego za późno. Potem związał się na cały miesiąc z inną. Tyle
Koncowki Twojego postu nie chce mi się komentować. Nawet gdybym nie skończyła psychologii wiedzialabym, ze nie masz racji. No ale tak, ludzie działają według identycznych schematów, niczym się od siebie nie różnią, POWINNAM być taka a nie inna, bo ktoś inny właśnie taki jest... Zanotuję to sobie
Skoro skończyłaś psychologię, to popracuj trochę nad problemem zaprzeczania samej sobie, albo popracuj nad pamięcią krótkotrwałą.
Poczytaj te swoje posty ZE ZROZUMIENIEM, bo mi się nie chce tego wyciągać wszystkiego.
Nigdzie nie napisałam, że powinnaś być taka, a nie inna. Ja jedynie napisałam, że pewne reakcje są wspólne dla wszystkich i Ty nie jesteś wyjątkiem, na który próbujesz się tutaj kreować.
Poza tym jeśli ktoś faktycznie skończył psychologię, miał dostęp do wszelkich metod, książek jak i ludzi, aby sobie pomóc, a tego NIE zrobił to chyba o czymś świadczy.
Widzę, że nieźle sobie wkręciłaś go przez poczucie winy. Wg mnie jedyne co tobą kieruje to nie żadna miłość (jak się kocha to ma się szacunek do 2 osoby)ale kieruje tobą chęć odkupienia swoich win i powrotu do niego byś mogła się oczyścić z powodu poczucia winy. To prosty schemat, też to przechodziłam, moje przyjaciółki również. Poznasz kogoś nowego i zapomnisz o tym. Teraz ci się wydaje, że to była największa miłość, ale to nieprawda, zobaczysz:)
Teo, na rozmowie wstępnej przed studiami, jeśli na pytanie "czemu wybrałeś psychologię" odpowiedziałabys "zeby sobie pomoc" wylecialabys na starcie. Zaskoczę Cię pewnie, ale nawet psychiatrzy mają swoich psychiatrów. Taka ironia losu. No i po raz kolejny musiałaś podkreślić, jak bardzo niewyjatkowa jestem, bo nie chcę zaliczyć się do zadnego z Twoich schematów. Cóż - wolę już przytaknąć, bo wszelka dyskusja jak widać jest zupełnie bezcelowa.
Askall, podobno tylko krowa nie zmienia zdania, więc nie będę się zapierać, ze za X lat stwierdzę, ze to jednak nie był "ten". Ale wiedziałam to jeszcze przed naszym rozstaniem, i do dziś nic się w tej kwestii nie zmieniło. Tylko ja się zmieniłam ![]()
askall dobrze ci to wyłożyła
Jakbyś coś czuła do gościa nie traktowałabyś go w ten sposób, jakby ci przeszkadzał i wadził tylko.
Natomiast i mnie (i wielu innym osobom) zdażyło się na pewno tak nieodpowiedzialnie i egoistycznie zachowywać, gdy latał za nami facet, co do którego nie byłyśmy przekonane, ale "tak ładnie się starał", a potem jak miał dość przychodził rachunek sumienia- zwykle za późno.
Ale prawda jest taka, że za jakiś czas dojdziesz do podobnych wniosków.. tylko będzie ci o tyle trudniej, jeśli on nie da się "urobić" i nie wróci, że nie będziesz mogła tego szybko zweryfikować, więc zapewne jeszcze trochę się poumartwiasz nad tą iluzją straconej love ![]()
Moja rada: Jeśli czujesz, że byłaś wredna - przeproś. Napisz mu o tym, jeśli nie chce rozmawiać - w tej sytuacji list jest nawet lepszy, bo i tak już razem nie będziecie. Niech wie, że zrozumiałaś.
I daj mu święty spokój, szukaj kogoś kogo nie będziesz traktowała jak worek treningowy - kto się nie da
a w tym czasie ostro popracuj nad sobą.
askall dobrze ci to wyłożyła. Jakbyś coś czuła do gościa nie traktowałabyś go w ten sposób, jakby ci przeszkadzał i wadził tylko.
Nie wiem skąd takie założenie, ale nie jest ono prawdziwe. Doskonale pamiętam moment, kiedy "coś" zaczęło się dziać (to "coś" stało się wtedy, kiedy zaczęłam czuć się dziwnie, bo - jak się okazało - zaczęłam się naprawdę zakochiwać)
Natomiast i mnie (i wielu innym osobom) zdażyło się na pewno tak nieodpowiedzialnie i egoistycznie zachowywać, gdy latał za nami facet, co do którego nie byłyśmy przekonane, ale "tak ładnie się starał", a potem jak miał dość przychodził rachunek sumienia- zwykle za późno.
Za mną latało wielu, ale Jego akurat nie zaliczę do tej grupy, więc teoria, że bawiłam się jego próbami jest błędna. To nie był taki związek.
Nie wiem, może nasze drogi się jeszcze zejdą. Co do szukania kogoś - ja nigdy nikogo nie szukam. Nie wiem nawet jak to się robi. Spotykałam się teraz przez jakiś czas z pewnym mężczyzną, ale niestety moje uczucie do byłego nie pozwoliło mi tego pociągnąć. Widać jeszcze nie jestem gotowa, nie jestem też zmienna - lubię stałe relacje
Tak czy inaczej - jeśli w ten sposób okazujesz miłość to musisz sobie dużo przemyśleć czym ona dla ciebie jest, bo o ile jestem w stanie uwierzyć, że mogłaś się tak zachowywać ze strachu przed odrzuceniem, o tyle szanse, że spotkasz równie świadomego partnera, który w dodatku - zechce pełnić role twojego terapeuty są , jak się domyślasz, bliskie zeru.
Skaszanisz każdy związek, jeśli nie przełamiesz tego schematu zachowania. Z drugiej strony - powiem Ci z autopsji, że takie zachowanie ma źródło w braku zaufania, widocznie facet nie do końca je wzbudzał z jakichś powodów, więc się odgrywałaś będąc wredna.
Popracuj nad braniem odpowiedzialności za swoje reakcje, ale faceta na piedestał nie stawiaj, bo na pewno masz w otoczeniu ludzi, przy których nie zachowujesz się tak irracjonalnie właśnie dlatego, że czujesz, że im możesz zaufać.
Za bardzo ci zależało żeby mu pokazać, że ci nie zależy i strzeliłaś sobie w kolano. Co nie zmienia faktu, że nie byliście dla siebie - na tym etapie, zabrakło zaufania. Nie tylko ty jesteś winna, nie wkręcaj się tak ostro ![]()
Nurtuje mnie to pytanie i nie daje spokoju. Kiedy byliśmy razem nie popisałam się - nie okazywalam, że mi zależy. Czuł, ze wszystko jest dla mnie ważniejsze. Pytał, czy się go wstydzę bo nie poznał moich znajomych (nawet nie był w moim domu). Sprawdzał czy jestem zazdrosna - oblalam ten test, a zazdrość wyrażalam w inny sposób (byłam dla niego nieprzyjemna). Punktem kulminacyjnym tuż przed rozstaniem było to, jak powiedziałam mu, ze mi nie zależy (do dziś nie mam pewności, czy to nie zbiegło się w czasie z jego chęcią powiedzenia mi "kocham"). Niedługo po rozstaniu starałam się jak mogłam - byłam po prostu troskliwa, normalna, i wreszcie czułam się dobrze z samą sobą. Nie udało się. Patrzę na znajomą, świetnie zgraną parę, i zastanawiam się: czy byliby razem, gdyby jedna ze stron dała popis jak ja? Czy mimo tylu przykrych zachowań jeśli dwie osoby mają być razem, to bedą mimo wszystko? Czy to co działo się u nas po rozstaniu było już po prostu za późno?
Kobieta docenia po stracie- tyle w temacie
Tak czy inaczej - jeśli w ten sposób okazujesz miłość to musisz sobie dużo przemyśleć czym ona dla ciebie jest, bo o ile jestem w stanie uwierzyć, że mogłaś się tak zachowywać ze strachu przed odrzuceniem, o tyle szanse, że spotkasz równie świadomego partnera, który w dodatku - zechce pełnić role twojego terapeuty są , jak się domyślasz, bliskie zeru.
Tak jak pisałam zmieniłam swoje zachowanie, więc nikt tu nie musi pełnić roly terapuety. To nie było okazywanie miłości ale strachu, a to trochę inna rzecz
Nie tylko ty jesteś winna, nie wkręcaj się tak ostro
Według niektórych osób, które udzieliły się w tym temacie ja i tylko ja ![]()
Facet gdyby mu AŻ TAK na tobie zależało, jak chcesz w to usilnie wierzyć, uwierz mi - że podjąłby choć kilka prób by usiąść z tobą i porozmawiać. Ale nie taka rozmowa 'w przelocie', że on ci mówi, że przesadziłaś z czymś tam czy znika z twojego życia. Tylko spokojna, rzeczowa, ale przepełniona atmosfera intymności i bezpieczeństwa rozmowa.
Nie sądzę, aby miało miejsce coś takiego..choć nie zdziwię się, jak zaraz powiesz, ze było ich mnóstwo
Bardzo chcesz chronić tą idylliczną wizję tego chłopaka.
Zachowywałaś się w sposób niedojrzały i wku...jący -to jedno, ale jeśli byłoby między wami coś więcej, jakieś głębsze uczucie z jego strony, to próbowałby dotrzeć do źródła twoich problemów ze spinaniem się 'bez powodu' i brakiem zaufania, a nie czapka w rękę i sajonara.
On o odejściu myślał dużo wcześniej niż ty masz o tym pojęcie, tylko wybrał dogodny moment gdy już faktycznie się wypalił. Nic nie zrobił w kierunku by się nie wypalić też, inna sprawa że mu nie ułatwiałaś ![]()
Także przestań się już modlić do niego i czas włączyć do głosu rozsądek i suche fakty: oboje daliście ciała, a kto więcej w tej sytuacji ma drugorzędne znaczenie. To nie TEN facet, choć z perspektywy obwiniania się trudno ci tą prawdę przyjąć.
Kiedy się rozstaliście? W którymś z postów pisałaś, że minął rok. To sporo czasu, co się działo przez ten okres?
32 2014-10-11 12:45:07 Ostatnio edytowany przez Teo (2014-10-11 12:46:15)
Facet gdyby mu AŻ TAK na tobie zależało, jak chcesz w to usilnie wierzyć, uwierz mi - że podjąłby choć kilka prób by usiąść z tobą i porozmawiać.
No dobra, ale nie masz pewności, że on takich prób nie podejmował, a ona tego nie bagatelizowała. Z resztą w pierwszym poście pisze, że kiedy ona rzuciła mu swoim "nie zależy mi" zbiegło się to w czasie, kiedy prawdopodobnie chciał jej powiedzieć, że ją kocha, czyli rozmowa jakaś musiała być, bo w biegu się tego nie robi. Z resztą to jej "nie zależy" mi też musiało paść podczas trwania rozmowy.
Z resztą, jak facet jest normalny i ma poukładane wartości i widzi, że dziewczyna coś "nie teges", to on się nie będzie bawił w terapeutę, nie będzie biegał i latał w nieskończoność i dociekał. Miał dość takiego traktowania i zerwał, bo ileż można, bo wielka miłość wielką miłością, ale zdrowy rozsądek i spokój psychiczny też są ważne.
ale jeśli byłoby między wami coś więcej, jakieś głębsze uczucie z jego strony, to próbowałby dotrzeć do źródła twoich problemów ze spinaniem się 'bez powodu' i brakiem zaufania, a nie czapka w rękę i sajonara.
Nie wiadomo ile byli razem, to raz. Dwa, nie wszystkim, a zwłaszcza facetom chce się bawić w "dochodzenie do głębi problemu" i nie podejmują próby ratowania biednej zagubionej laleczki, jak to zwykle robią kobiety. Uważam, że jak związek jest młody, to żadna ze stron nie musi i nie ma obowiązku dociekać co i jak, jak za 10 razem słyszy na pytanie, odpowiedź "nic", albo "wydaje ci się". Skopała go, mówiąc metaforycznie, to on miał jeszcze dociekać, a dlaczegóż to?! Zawinął manatki i pożegnał dziewczynę, bo nie pozwolił sobie na takie traktowanie. Jak dla mnie zdrowe podejście bardzo.
Harper'sBazaar i przestań pisać, że się zmieniłaś, bo nie jesteś jeszcze w żadnym związku, na nikim Ci nie zależy na razie i nie możesz sprawdzić teorii z rzeczywistością. Tobie się wydaje, że się zmieniłaś, bo zaklinasz rzeczywistość, aby w to wierzyć i w razie, gdyby on wrócił, to byłabyś gotowa.
A jeśli to prawda, że już rok nie jesteście razem, to sorry, ale moim zdaniem popadasz w lekką paranoje i chyba jednak czas ruszyć na przód.
Harper'sBazaar i przestań pisać, że się zmieniłaś, bo nie jesteś jeszcze w żadnym związku, na nikim Ci nie zależy na razie i nie możesz sprawdzić teorii z rzeczywistością. Tobie się wydaje, że się zmieniłaś, bo zaklinasz rzeczywistość, aby w to wierzyć i w razie, gdyby on wrócił, to byłabyś gotowa.
A jeśli to prawda, że już rok nie jesteście razem, to sorry, ale moim zdaniem popadasz w lekką paranoje i chyba jednak czas ruszyć na przód.
Z tym się zgadzam w 100%. Jeśli minęło mniej niż pół roku-rok od rozstania i ona twierdzi, że się "zmieniła" ..
pobożne życzenia.
Obiecanki pod wpływem wyślizgiwania się czyjejś nogawki z imadła własnych rączek (czyli despero i lęk w czystym wydaniu) o zmianach bynajmniej nie świadczą.
A to widzenie winy TYLKO po swojej stronie świadczy o braku dystansu, a to niezbędny warunek żeby w ogóle spojrzeć co jest do zmiany i samych zmian. Tu tego nie ma.
A jeśli minął rok od rozstania i pomimo braku kontaktu z jego strony ona dalej obsesyjnie chce powrotu..to jest bardzo niedobrze.
No dobra, ale nie masz pewności, że on takich prób nie podejmował, a ona tego nie bagatelizowała.
Nie bagatelizuję prób, tylko często w takich przypadkach jak ten, gdzie między ludźmi kompletnie nie ma normalnej komunikacji, bo 1 lub obie strony ma jakieś problemy ze sobą, w wyrażaniu siebie, to te rozmowy są zwykle "półgębkiem". Na zasadzie pokazania komuś co spieprzył, wytykania błędów, wzbudzania poczucia winy, a z drugiej strony może być np. agresja, albo - jak w przypadku autorki- druga skrajność -ona wszystko bierze na siebie, bo tam w środku jest przestraszone dziecko w ciele dorosłej kobiety i wystarczyło ja tylko obedrzeć z tej maski, którą przed nim nosiła i nagle okazała się kompletnie bezradna i 'padła przed nim na kolana'.
A facet, jasne, że nie powinien być terapeutą i on uczciwie jej powiedział, że ma tego dość. Tylko mi chodzi o to, że ta relacja między nimi była dużo płytsza niż ona to przedstawia- przynajmniej z jego strony. Bo co byś nie mówiła, to jak zależy nam na kimś naprawdę bardziej niż trochę i jak ktoś się w końcu otwiera przed nami, to nie mówimy mu sajonara tylko to uczucie, resztki, które się tlą jednak powodują, że chce się ten 1 próbę podjąć- on nie chciał, czyli wszystko się w nim wypaliło na długo wcześniej zanim jej decyzję o odejściu oznajmił, a jej się wydaje, że do ostatniego dnia trzymała rękę na pulsie, bo jakieś tam drobne zmiany wprowadziła. NIE. To już było pozamiatane dawno, tylko chłopak nie wiedział jak to załatwić, czekał dogodnego momentu.
dlatego mówię, niezależnie od jej problematycznego zachowania, facet nie dążył ją głębszym uczuciem (tekst, że chciał coś wyznać, a nie dał rady, bo coś tam -sorry, nie kupuje
) Po prostu nie dobrali się na tyle, żeby swobodnie o jej problemach rozmawiać - a to podstawa. Nie było żadnej komunikacji między nimi i to ich pogrążyło.
Bo nawet gdyby nic z tego miało nie wyjść, to gdyby ze sobą naprawdę rozmawiali to on by wiedział gdzie tkwi problem i zmienił odrobinę podejście, a ona poczułaby się bezpieczniej i zdjęłaby te ograniczające maski.
Ja tego faceta rozumiem, nie uważam za potwora, po prostu mówię, że on nie był dla niej, a tylko ona -z racji potężnej pustki w sobie i chęci bycia kochaną- po jego odejściu musi ją czymś zapełnić, więc sobie wymyśliła, że teraz uczepi się myśli, że oto straciła wielkie love i już może czymś zająć myśli - bo tak to by musiał po prostu nauczyć się ŻYĆ, w tu i teraz i popracować nad sobą.
Łatwiej jest żyć przeszłością zdecydowanie i opowiadać sobie na tej kanwie niekończące się scenariusze i historyjki ![]()
Elle, zgadzam się ze wszystkim co napisałaś. Reasumując, Harper's zrobiła burzę w szklance wody i przeżywa straszliwie ^^