Witam, zalogowałem się tutaj bo wydaje mi się ze nikt inny jak kobiety mogą odpowiedzieć mi na to pytanie ewentualnie pomogą zrozumieć myśli i odczucia mojej partnerki... Opisze to w skrócie ale z istotnymi faktami, poznaliśmy się sześc lat temu, cały nasz związek był burzliwy, kłótnie, awantury, zazdrość, towarzyszyły nam nieustannie, było to obustronne... Moja partnerka ma dwoje dzieci z poprzedniego związku, ja natomiast jedno, przyszedł moment gdy zaszła w ciąże ze mną, w rozmowie o przyszłości i co dalej Powiedziałem słowa które w tamtym momencie były prawdziwe, mam dziecko ale nie mam z nim kontaktu i nie wychowuje go, powiedziała ze ma dwoje swoich, ciąża i jeszcze moje dziecko z poprzedniego związku to nie da rady i nie chce mieć trzeciego dziecka, wiec powiedziałem ze nie jest to przeszkoda bo mojego dziecka nie będę nigdy wychowywał ja. Urodziła mi syna którego bardzo chciałem, kupiłem mieszkanie i zamieszkaliśmy z jej dziećmi razem, myślę ze pokochałem jej dzieci dbalem by wszystko było ok, W miedzy czasie moje stosunki z była zona poprawiły się i zacząłem mieć kontakty sporadyczne z pierwszym dzieckiem, ograniczają się one do spotkań parę razy w roku, z uwagi ze mieszkają za granica. Obecna partnerka nie uznaje tego, kłócimy się i wręcz utrudnia mi kontakty. Tłumaczy to tak ze gdyby wiedziała ze tak będzie nie urodziła by trzeciego dziecka i ze ja powiedziałem ze mam dziecko ale nigdy nie będzie ono w moim życiu. Cały nasz związek to brak zaufania, kłótnie i awantury, myśle ze nawet jest to zwiazek toksyczny, częściowo jestem temu winny, zabiedbywalem ja wręcz nie szanowałem, w jakiś sposób robiłem na złość, przekładałem firmę i prace nad jej problemy, często w kłótniach Mówiliśmy sobie złe słowa padały wyzwiska, moja partnerka zaczęła wyzywać mnie od najgorszych, słowami zadawala ciosy które obniżały moja wartość jako faceta. Wyzywa moja rodzinę życzy jej śmierci! Mnie wyzywa od najgorszych itp, mówi ze mnie nienawidzi nie kocha ze mam umrzeć i wiele slow których tu nie napisze. Spowodowała ze nie wierze w nic co powie gdy jest w miarę dobrze, często w awanturach wychodziłem z domu i nie wracałem na noc, spałem w hotelu, ale nie było mowy o zdradzie itp. Ale przyszły tez momenty gdy wyprowadzałem się w przekonaniu ze to koniec, poznałem kobietę z która zacząłem układać sobie życie, ona o tym wie, wróciliśmy jednak do siebie, czy wybaczyła zdradę nie wiem, ale pozwoliła byśmy spróbowali znowu... Sytuacja za chwile znowu wróciła do tego samego, wyzwiska, słowa które bolą i zostają w głowie, które nie pozwalają normalnie funkcjonować tylko zastanawiam sie jak jest naprawdę, rozmowy nic nie dają każda kończy sie awantura, po którejś wyprowadziłem sie ponownie ale nie szukałem sexu itp chciałem poznać kogoś by zapomnieć o niej by ta osoba doceniła mnie, rozstanie trwało około trzy miesiące, i znowu wróciliśmy do siebie z tym ze tym razem miałem udowodnić ze sie zmieniłem ze nie będę sie wyprowadzał itp, ze jej uczucia są ale bardzo małe i muszę to odbudować. Tak naprawdę to ja doprowadziłem do tego powrotu w jakiś sposób zdałem sobie sprawę ze kocham ja bardzo i chce naprawić jej wszystko co złe zrobiłem w naszym związku, mimo ze nigdy nie powiedziałem jej takich słów itp, czułem sie winny bo odchodziłem, zdradziłem, i w codziennym życiu mogła czuć sie ze mną zle. Zawsze godziliśmy sie i wracała namiętność było dobrze, tym razem powiedziała ze powoli mam pokazać... Ale znowu przyszły kłótnie i awantury znowu pomimo ze obiecała mówi słowa w złości bym umarł ja i mój syn którego nie toleruje, słowami powoduje totalna patologie, ucieka sie do słów ze żałuje ze ma ze mną dziecko a nie z kimś innym! Ze nienawidzi mnie, nigdy nie kochała, gdyby miała wyjście odeszła by dawno, ze może ze mną żyć bez uczuć. Mnie samego wyzywa we wszystkie możliwe sposoby, a słowa inni byli lepsi i takie to normalność. Staram sie już nie reagować, ale czasem nie wytrzymuje i tez cis powiem. Nie ma dla mnie serca nie interesuje sie mną jestem potrzebny tylko do obowiązków itp. Wręcz odnoszę wrażenie ze wszystko co mówi w złości jest prawda. Mam z nią dziecko i bardzo chciałem by miało ono pełna rodzinę po za tym wiem ze pomimo bólu jaki zadaje mi w słowach kocham ja bardzo. Rozmowy nic nie dają. Stanęło na tym ze nic już nie wiem... Z jednej strony wydaje mi sie ze jest tak jak mówi w złości z drugiej ze jednak może mnie kocha... A ja zasłużyłem na to. Ale brak wręcz litości czy tez szacunku z jej strony powoduje ze znowu czuje jak by nic już nie było. Jak ja zrozumieć? Jak być pewnym co jest prawda? Może lepiej odejść na zawsze? Czy mam ja prosić o prawdę? Dobija mnie taki stan zwłaszcza ze jestem facetem który potrzebuje uczuć... Potrzebuje bliskości... Nie potrafię jej odgadnąć... Napisałem to w wielkim skrócie ale w miarę to odzwierciedla sytuacje....
Moim zdaniem, rozbija się to o to , że nie dotrzymałeś umowy, że nie będziesz obecny z życiu Twojego pierwszego dziecka (dla mnie zawarcie takiej "umowy", to w ogóle rzecz niepojęta - jak można odsunąć się od własnego potomka?). Partnerka uznała, że obiecałeś jej to, aby nie usunęła ciąży, że oszukałeś ją.
Egoizm partnerki względem różnicowania podejścia do wychowania dzieci z Waszych poprzednich związków powinien dać Ci sygnał, że ona chce rządzić Twoim życiem, a nie być partnerką dla Ciebie. Ty się na to nie godzisz w sposób najgorszy z możlwych - zdradzasz. I jest, jak jest.
Uważam, że w związku pewnych słów się nie wypowiada, niezależnie od stopnia wzburzenia. Ranicie się nawzajem, każde obniżając poczucie własnej wartości u partnera.
Jesteście na progu rozstania na dobre i myślę, że jeśli spokojnie, bez wyzwisk i zadawnionych urazów nie porozmawiacie o terapii, nie widzę dla Was przyszłości.
Pozdrawiam.
...Uważam, że w związku pewnych słów się nie wypowiada, niezależnie od stopnia wzburzenia. Ranicie się nawzajem, każde obniżając poczucie własnej wartości u partnera.
Jesteście na progu rozstania na dobre i myślę, że jeśli spokojnie, bez wyzwisk i zadawnionych urazów nie porozmawiacie o terapii, nie widzę dla Was przyszłości.
Pozdrawiam.
Zgadzam się z Excopem. Za daleko to już zabrnęło i w niedługim czasie wszystko może runąć...
Zwróciłem uwagę na jedną sprawę, która - być może - stała się zarzewiem wszystkiego:
"W miedzy czasie moje stosunki z była zona poprawiły się i zacząłem mieć kontakty sporadyczne z pierwszym dzieckiem, ograniczają się one do spotkań parę razy w roku, z uwagi ze mieszkają za granica".
Jak te spotkania wyglądały? Czy przypadkiem nie były to kilkudniowe, samotne wyjazdy do dziecka (i byłej żony) z pozostawieniem partnerki samej ze swoimi obawami? Jeśli tak - może od tego wszystko się wzięło?
Teraz trwa wzajemne niszczenie i jeśli nie zatrzymacie się - związek przestanie istnieć.