Witajcie,
szukałam w internecie informacji jak sobie poradzić po odejściu męża i trafiłam tu do Was.
3 tygodnie temu mój mąż ogłosił mi przy niedzielnej porannej kawie, że mnie nie kocha i chce odejść. Dzień wcześniej wróciliśmy z wakacji.
Znamy się 12 lat, 10 lat po ślubie i 3-ka dzieci. Nigdy nie było kolorowo jak to jest w filmach. Ale bardzo go kochałam. Pozwalałam się obrażać, wyzywać itp. Z czasem moja miłość powoli zanikała i nie była już taka jak kiedyś. Ale to zawsze był mój mąż, sądziłam, że dzieci podrosną to wszystko wróci do normy. A tu mąż oświadcza, że szuka miłości...
Zabił mnie. Ot tak po prostu.
Najpierw myślałam, że dam radę, że potrafię rozejść się z godnością ale nie umiem. Rośnie we mnie taka chęć zemsty, upokorzenia go, utrudniania wszystkiego. Po czym dostaje histerii i wyje jak małe dziecko. Nie umiem jednak błagać aby wrócił. Tylko zaproponowałam dlaczego nie chce po prostu walczyć o rodzinę. Ale błagać nie będę. Nie jestem w stanie. Usłyszałam tyle złych słów. Jaką byłam złą żoną i matką. To bardzo boli. Nie wiem co dalej. Nie potrafię powiedzieć nikomu, że mąż chce odejść. Mamy dom, mieszkamy jeszcze razem bo nie wiem jak to powiedzieć dzieciom? Z drugiej strony jego obecność w domu doprowadza mnie na przemian do szału i do rozpaczy.
Co robić? Wyprowadzić się? Gdzie? Do rodziców? I tam słuchać wszelkich rad? Czy wygonić go z domu? Skoro żona i dzieci nie są mu potrzebne?
Błagam pomóżcie mi, doradźcie coś? Bo już nie mam siły.
Pozdrawiam