Excop Nie do końca, bo początki bywają mylące.
Weź pod uwagę taki scenariusz (dość powszechny zresztą): Na początku i przez dłuższy okres znajomości mężczyzna jest niezależny, nie łatwo ulega emocjom, nie daje sobą manipulować (powiedzielibyśmy, że zależy mu, ale 'nie aż tak'
..albo po prostu jest pewny siebie i swojego miejsca w związku). Ale mija jakiś czas i pojawiają się problemy. Co zaskakujące, Partnerka wcale nie dąży do ich rozwiązania, ale stopniowo się emocjonalnie oddala..On, nieprzyzwyczajony do takiej sytuacji, wpada w pułapkę własnych myśli i "przestaje być sobą" -nadmiernie się stara, jest nadskakujący, chce wszystko wyjaśniać, rozmawiać itp. Tym samym pokazuje, że zależy mu i to bardzo.
I w tym momencie ona zdaje sobie sprawę, że go nie poznaje
To nie jest ten sam 'wyluzowany' facet, w którym się zakochała.
On "wyłożył wszystkie karty na stół", a ona przecież tak kocha ten dreszczyk niepewności, poczucie, że wszystko się może wydarzyć i że on 'trzyma to w garści', że od niego (jego reakcji i nastroju) zależy jej samopoczucie. Huśtawka emocji = pożądanie.
Tak jak Tatuś skazywał ja na wieczne 'staranie się' o jego uwagę, miłość..i nigdy nie było końca.
Teraz młoda osoba wychodzi w świat ze wzorcem miłości, która polega głównie na tym, że o partnera trzeba się nieustannie starać, bo "nie ma nic za darmo" ZWŁASZCZA miłości.
A ten, kto w sposób bezwarunkowy ja jej okazuje, jest nieatrakcyjny i zasługuje na pewien rodzaj (nieuświadomionej zwykle) pogardy, bo przecież "jak można kochać kogoś takiego jak ja bezwarunkowo? To JA mam zabiegać i starać się. Nie..coś tu jest nie tak."
I się zaczyna.. 