Dobry wieczór. Mam 24 lata, potrzebuję pomocy. Trzy tygodnie temu rozstałam się z chłopakiem. Byliśmy ze sobą 3 lata. Początkowo było pięknie, nadziwić się nie mogłam, że właśnie taki chłopak trafił się mnie, dziewczynie nieprzebojowej, wręcz staroświeckiej nudziarze
Oczywiście były kwiaty, czułe słówka, troska. Był szarmancki, uczynny, uczciwy. Ujął mnie swoją wrażliwością, zaradnością, obyciem. Czułam się przy nim jak milion dolarów. To był mój pierwszy związek, moja pierwsza miłość. Myślałam, że jesteśmy sobie pisani, że spędzimy ze sobą całe życie. Często mi mówił, że chciałby mieć ze mną dzieci, chocby już, że jestem jego ideałem, wyśnioną kobietą, że nigdy nie myślał, że spotka go coś tak cudownego. Mówił, że dzięki mnie poznał, co znaczy miłość i że nigdy nie pokocha nikogo innego.
Problemy zaczęły się jakoś 1,5 roku później, zaczęlismy się okrutnie kłócić, ciche dni, w grę wchodziły straszliwe emocje, inaczej tego nie mogę określić. Zaczęło się od błahostek, kończyło się na tym jaką jestem niewdzięczną córką, bo nie szanuję trudu rodziców włożonego w to, by opłacić mi studia. Byłam leniem, gnojem, tępą idiotką, ograniczonym człowiekiem, nieukiem, nierobem. Oczywiście podczas każdej kłótni miałam to skrupulatnie wbijane do głowy. Gdy próbowałam porozmawiać z nim o problemach jakie nas dotyczą, że trzeba je rozwiązać i coś zaradzić, bo działają na nas destrukcyjnie, od razu się obruszał, krzyczał, że znów się czepiam, że szukam dziury w całym, że co znowu... i odwracał się do mnie plecami albo godził się i za chwilę przypominał mi jakiś mój błąd, tak, żeby odwrócić kota ogonem. Właśnie w manipulacji osiągnął najwyższy poziom doskonałości, potrafił mnie tak zamotać, że zapominałam o co poszło w kłótni!! Z czasem zaczęłam się orientować, prosiłam, żeby tego nie robił, później nie dawałam sobie z tym rady i "nawracałam" go wrzeszcząc.Wg niego najczęściej była to moja wina, ja go prowokowałam do kłótni, przeze mnie się złościł i denerwował, coraz częściej słyszałam teksty typu: widzisz do czego mnie doprowadziłaś, a bo znów mnie sprowokowałaś, to nie czepiaj się, weź się do roboty itd.
Szydził ze mnie przy innych, oczywiście tylko przy mojej rodzinie i znajomych. Mimo moich próśb nie przestawał, gdy widział moje zbolałe albo wściekłe spojrzenie od razu zabezpieczał się "co, nie znasz się na żartach", "ale z ciebie sztywaniara", "wyluzuj" itd. nie jestem sztywniarą, mam poczucie humoru, ale nienawidzę żartów krzywdzących. Nie zachowuję się w ten sposób nawet wobec wroga, więc tego samego oczekuję od innych, szczególnie od osoby, która mnie rzekomo kochała. Dla wszystkich był idealnym chłopakiem, takim wymarłym gatunkiem. Dla wszystkich uczynny, dobry, serdeczny, a dla mnie? też, tyle, że częściej był despotą.
Kompletnie przestał liczyć się z moim zdaniem. Gdy wyjeżdżałam na zjazdy na studia, wpadał w jakąś, nie wiem jak to nazwać, patologiczną troskę, zamartwiał się przesadnie, 100 razy powtarzał, żebym na siebie uważała, nie rozmawiała z nieznajomymi(!), unikała kontaktów z " podejrzanymi typami z kierunku". Wmawiał mi, że go zdradzam, nawet z wykładowcami. A gdy mówiłam mu, że jestem duża i sobie poradzę, i pytałam dlaczego mi nie ufa, to mówił, że mi ufa, ale tym ludziom nie. Jestem osobą religijną, mam zasady, żyję według nich. Nie jestem świnią. A on mimo tego, że wie, że nie zdobyłabym się na coś takiego, zarzuca mi to. Brak słów...
Jeżeli się z czymś nie zgadzałam, wymuszał na mnie korzystną dla niego odpowiedź. Ostatnio nawet mnie popchnął, niby w żartach i kilka razy "telepał" za ramiona, gdy próbowałam mu wyjasnić, że źle robi. Ni ejestem idealna, w czasie tych 3 lat dwa razy go spoliczkowałam, nie wytrzymałam oskarżeń, że go zdradzam, mówił tak obrzydliwe rzeczy, myślałam, że dostanę zawału, czegoś takiego jeszcze nigdy nie czułam... Najgorsze jest to, że takich sytuacji, gdzie zaczęło się coś dziwnego ze mną dziać było kilka i on zawsze to ignorował. Dopiero, gdy widział, że mało nie skonam z tej żałości i bólu, podchodził i uspokajał, jakby zapominał o tym, że celowo do tego doprowadzał. Ciągle organizował mi czas, wściekał się, gdy okazało się, że pół dnia poświęciłam na obowiązki domowe, a nie na ślęczenie przed komputerem i pisanie pracy. Nie mogłam nawet poświęcić odrobiny czasu na hobby, bo od razu protestował "najpierw praca, jak się obronisz, to sobie będziesz robić co chcesz". Tak było ze wszystkim, jak zdam egzaminy, pójdziemy gdzieś tam itd. Oczywiście żadnej z obietnic nie spełnił, mimo tego, że wiedział, że marzę o wychodzeniu do tetrów, muzeów, filharmonii, uroczych knajpek. Liczyły się tylko jego upodobania, sport, kino. Szantaż zaczął być na porządku dziennym. Ostatnio gdy mnie odwiedzał, był bardzo spięty, ponury, udawał, że jest ok, a oczy mówiły o czym inny. Gdy próbowałam się dowiedzieć, oczywiście mówił, że mi się wydaje. Prawie w ogóle nie rozmawiał ze mną o swoich uczuciach, problemach, marzeniach, odkryciach. Odpowiadał pytaniem na pytanie, nie miał swojego zdania. Albo miał, tyle, że byłoby dla mnie ono szokiem, więc mi przytakiwał... Do czasu...
Zauważyłam, że ogromny wpływ na niego ma jego siostra, strasznie o niego zazdrosna. Powtarza głoszone przez nią farmazony, podlizuje się jej, oczywiście nie zawsze, ale jednak. Zarzuca mi różne rzeczy, a sam zachowuje sięt tak w stosunku do niej. Jej zdanie się najbardziej liczy, bardziej niż moje. Nie lubi mnie, nie wyznaję jej filozofii życiowej, nie jestem wulgarna, chamska i nie mam perfidnego poczucia humoru i nic nie wiem o życiu. Tylko oni są doświadczeni, ja jestem nierobem i darmozjadem.
Ostatnio czułam się gorsza, nawet mu to powiedziałam i próbowałam dowiedzieć sie dlaczego tak mnie traktuje. Umniejszał mi na każdym kroku, moje potrzeby były mniej ważne, moje spostrzeżenia były z kosmosu, moje uczucia były nic nie warte. Jestem gorsza, bo nie pracuję, gorsza, bo co? Starałam się znaleźć pracę, na chwilę odpuściłam, zajełam się nauką, miałam trudny czas na studiach. W kontaktach z innymi ludźmi zakładałam maskę, że jestem świetną dziewczyną, usmiechnięta, szczęśliwą. A w głowie ciągle mi siedziało to, że jestem do niczego, że nie poradzę sobie, że przynoszę wstyd, że jestem głupia i nic nie potrafię. Nie potrafiłam skończyć pracy dyplomowej, nawet powiedział mi, że sie nie obronię, co mnie całkowicie dobiło. Wypominał mi, że nic mi z tych studiów, że nic z nich nie będę mieć, jak i z poprzednich. Przestało mi zalezeć, nie miałam od niego żadnego wsparcia, ciągle na mnie krzyczał argumentując to, że inaczej się do mnie nie dotrze. Przestałam wychodzić z domu, juz 2 lata. Nie chce mi się nawet uczesać, czuję ciągły strach, że sobie nie poradzę w życiu. Jestem osobą bardzo wrazliwą i nerwową, ufną, a może naiwną? niestety pozwoliłam to wykorzystać mojemu partnerowi. Pozwoliłam na to, by mnie kontrolował ( sprawdzał moje maile, telefon, rozliczał z całego dnia). Nawet posunał się do zgonojenia mnie z powodu miłego maila do kolegi mieszkającego 300 km ode mnie, z którym miałam styczność jeszcze zanim poznałam byłego.
Coraz częściej raczył mnie chamskimi, upokarzającymi odzywkami, prostackim zachowaniem, awanturami w miejscach publicznych. próbował kupić mnie kwiatami, jakimiś drobnymi przysługami, za które oczekiwał zapłaty, czyli posłuszeństwa. Podczas meczu piłki plażowej kobiet, powiedział, że przynajmniej ram jest na co popatrzeć. POczułam się strasznie mimo tego, że jestem atrakcyjną, zadbaną kobietą...
Wypominał mi każdy błąd, wyciągał brudy sprzed miesiąca, roku, dwóch lat, mimo tego, że nie powtarzało się to z mojej strony, mimo tego, że deklarował, że mi wybacza i już zapomniał.
Niestety szybko się zorientował, że jestem typem osoby, który zapomina o tym co złe, przebacza i wyciąga tez pierwsza rękę do zgody. Wiedział doskonale, że dla mnie liczy się to, by było dobrze, by górowała miłość, nie złość. No, kolejny przejaw "patologicznej wizji pojednania". Mistrzem w tej dziedzinie niewątpliwie jestem.
Mówił często, że mnie kocha, że jestem cudowna, najpiękniejsza na świecie, ale jego czyny temu zaprzeczały.
Mój były jest DDA. Próbowałam szukać przyczyn jego zachowania w trudnym dzieciństwie, ale do cholery jasnej, to go przecież nei usprawiedliwia!!! Sama miałam w dzieciństwie mieszkałam z alkoholikiem, ciągnie się za mną to cholerstwo, bo jestem ciągle nieśmiała, mam problemy z nawiązywaniem kontaktów, brak mi wiary w siebie, ale już dawno postanowiłam, że tamten koszmar nie zaważy na moim życiu. To przeciez moje życie i nie zamierzam płacić za czyjeś błędy. Gdy chciałam o tym porozmawiać, jak zwykle pokłóciliśmy się, bo nie ma takiej potrzeby. To ja powinnam iść do psychologa, bo przeciez to ja mam nerwicę.
Najgorsze jest to, że mam teraz wątpliwości, czy dobrzez zrobiłam, że się od niego odcięłam. Czuję, że gdyby poprosił mnie o szansę, pewnie bym się zgodziła. Na razie pisze, że chce rozmowy i spotkania, ale jestem nieugięta. Nic sobie chyba z tego nie robi, pewnie myśli, że otrzyma kolejną szansę, ze mi przejdzie i będzie po sprawie. Wywnioskowałam to po tym, jak zadzwonił i udawał, że nic się nie stało, nawet żartował.
Zerwałam z nim w kłótni, oskarżył mnie po raz koljeny, że po drodze coś mu się stanie. Kolejny cios.
Kilka dni po zerwaniu poczułam się wolna, a potem przyszły wątpliwości, czy to może ze mną jest coś nie tak, czy to ja może powinnam się leczyć? POtem byłam wściekła, że pozwoliłam na to, żeby mnie nie szanował, poniewierał mną. POtem znów płacz. Zerkam na telefon, czy napisał, czy dzwonił. Sama siebie nie rozumiem. Z drugiej strony boję, się, że będzie mnie źle traktować, że mnie pobije albo zacznie pić (jest abstynentem, ma wstręt do alkoholu), że będzie mnie traktować jak swoją własność, że będę tylko do spełniania jego zachcianek.
Przepraszam za ten chaos, wszystko się we mnie kotłuje, cały czas przypominają się na przemian krzywdy i radości. Czy to toksyczny związek? Czy to ze mną jest coś nie tak? Czytałam bloga "moje dwie głowy", byłam przerażona, płakałam to z żalu nad sobą, to z wściekłości, że pozwoliłam się tak poniżyć. A mimo to czuję, że mogłabym mu dać kolejną szansę, czuję, że już powoli zapominam... To przecież nie jest normalne...