Wiem, że są tu podobne tematy, jednak chciałabym, żebyście pomogli mi zrozumieć, że również w moim przypadku dobrze dla mnie się stało, że tak to wyszło...
Byłam ze swoim chłopakiem w związku dwa lata. Niestety był to związek na odległość (ponad 200 km). Poznała nas jego siostra,która była moją przyjaciółką, studiowałyśmy, mieszkałyśmy razem.
Początki związku, to sielanka. Oboje bardzo zakochani, choć to on pierwszy zaczął mówić, że mnie kocha, że mu zależy, że jestem spełnieniem jego marzeń, że chce się ze mną ożenić, planował wspólne przyszłe życie.
Jednak bajka zaczęła się psuć, kiedy okazało się, że jednak jego mamie i siostrze ten związek przeszkadza...
Przeszkadzało im to, że ja widzimy się (raz na dwa tyg lub rzadziej) to non stop siedzimy razem, że trzymamy się ciągle za ręce, że lepiej, żebym zajęła się pracą i nauką, a nie spotkaniami. Że jak przyjechałam do niego to tu nakruszyłam, zamiast sama znaleźć sobie zajęcie, to zapytałam jego mamy w czym pomóc...
Siostra była zazdrosna, bo się odizolowaliśmy -dlaczego? Bo na pierwszych spotkaniach (randkach) z nim, proponowałam, żeby poszła z nami-np. na pizzę, kina itd. Wtedy ona zostawiła swojego faceta, więc pomyślałam, że będzie jej miło mieć z kim spędzić czas...
Ale z racji tego, że mijały msc-e to też chcieliśmy trochę czasu spędzić sami, coraz rzadziej takie spotkania się zdarzały, tym bardziej, że ona znalazła sobie nowego chłopaka. Ona narzekała, że nie spędzamy z nią czasu, ale nigdy sama czegoś nie zaproponowała.
Po pewnym czasie pojawiły się dziwne zachowania, mój chłopak nie był pewien , czy mnie kocha -jednak przeprosił mnie i niby było wszytsko w porządku...
Zaczęłam czuć, że jego mama i siostra mnie nie lubią, ale mimo to normalnie z nimi rozmawiałam, pomagałam w domu u niego, nawet bywały takie sytuacje, że to ja gotowałam obiad i sprzątałam po nim dla całej jego rodziny, a siostra nie tknęła nawet palcem.
Kiedyś, kiedy miał do mnie przyjechać po 2,3 tygodniach rozłaki akurat ona wróciła do domu dzień wcześniej ze swoim chłopakiem (który też mieszkał w mieście w którym studiujemy) i prosiła brata, żeby ten pojechał do mnnie później, bo oni chca z nim spędzić czas. Zaproponowałam, żeby to oni przyjechali do naszego miasta wcześniej, to spędzimy go we czwórkę -ale ona oznajmiła, że nie, bo ona chce pobyć tam.
On pracuje w rodzinnej firmie i jest często zajęty od rana do wieczora. Ale jak wracała siostra to on woził ją po mieście na zakupy, do koleżanek (przywoził jej koleżanki do domu), w międzyczasie nie wykonując pracy w firmie. a póżniej mówił mi, że nie przyjedzie, bo nie może, właśnie dlatego, że cos tam nie zdążył zrobić. Dodam, że siostra ma prawo jazdy i dwa samochody do dyspozycji...
Na pierwsze walentynki, prezent kupiła mi jego mama, bo "on nie zdążył".
Na 1 rocznicę miał się oświadczyć, szukał już pierścionka - ale temat się rozmył, kiedy później go zapytałam, dlaczego nagle zmienił zdanie - "bo lepiej pobyć jeszcze trochę ze sobą".
Mieliśmy tę rocznicę spędzic u niego, miał plany -ale nie wypaliły, bo oczywiście musiał pomóc mamie i się przeciągneło...
Zdenerwowałam się wtedy, pokłociliśmy się, ja denerowqałam się, że ciągle nie ma dla mnie czasu i za wszystkich wszytsko robi... Doszliśmy do poruzmienia..
Jednak gdy wróciłam do domu następnego dnia -wysłał mi sms-a, że to koniec, że przeprasza , ale mnie kocha i nie dałby rady powiedzieć mi tego w oczy...
Parę dni póżniej płakał i dzwonił, że nie może żyć beze mnie, że wszyscy tam byli przeciwko mnie, on juz nie dawał rady, więc chciał zerwać...Byliśmy więc znów razem, kochałam go i mu wybaczyłam...
Co więcej msc wcześninej dowiedziałam się, że będąc ze mną może msc, czy dwa pisał sms-y do innych dziewczyn ,które kiedyś poznał na czacie o trzesci "dobranoc Skarbie" itp. W tym samym czasie, kiedy pisał mi cos na dobranoc...Wybaczyłam, bo minęło od tego czasu 8 mscy...
Byliśmy razem po raz drugi, jednak było co raz gorzej jeśli chodzi o jego rodzinę. Jego siostra potrafiła powiedzieć mi przy nim, że ładnie wyglądam, a później do niego, że beznadziejnie sie ubrałam...
Ciągle nie miał dla mnie czasu, musiał pracować...Odzywał się do mnie dopiero wieczorem...A kiedy miał więcej czasu, to szedł do kolegów..Nie broniłam mu nigdy wyjść, tylko prosiłam, żeby tak zorganizował czas, żeby i ze mną choć chwilę pogadać...
Kiedy odwoził kiedyś ojca do innego miasta, to żeby z nim jechać potrzebowałam pozwolenia jego matki i siostry...
Zaprosił mnie na drugi dzień świąt, miałam jechać, a kilka dni później wracać z nim i jego siostrą, bo sylwestra mieliśmy spędzać u mnie - kilka dni przed świetami powiedział "po co masz do mnie jechać, jak za kilka dni ja i tak przyjade, szkoda kasy"..później się okazało, że mama najpierw mnie kazała mu zaprosić, a później się rozmyśliła...co więcej nie przyjechał do mnie sam po świętach wcześniej, ale czekał na siostrę i przyjechali razem, późnym wieczorem dzień przed sylwestrem...
Kiedyś, kiedy rozmawiał ze mną przez telefon, jego siostra była podpita, podbiegła do niego i zaczęła go obcałowywać, że jest taki Kochany, bo przywiózł jej koleżanki...
Takich zachowań było wiele - ciągle coś musiał załatwiać i ciągle kogoś gdzieś wozić...Ale jak miał jechać do mnie, to zawsze coś musał zrobic, nawet jak wyjeżdzał po mnie 50 km do autobusu, to mama sie gniewała, że marnuje pieniądze.. A było to raz w msc i też nie za każdym razem wyjeżdzal, najczęsciej czekałam na inny autobus i dojezdzalam sama...
Ostatnio miałam wyjazd na konkurs ze swoją grupą taneczną do innego miasta na weekend. Zaproponowałam mu, zeby pojechał z nami. To powiedział, że nie, bo on tam prawie nikogo nie zna i nie ma ochoty tam jechać...
Kuzyn, ktory mieszka w anglii poprosił go o bycie chrzestnym i zaprosił jego i jego mamę..oczywiscie beze mnie, choć msc wcześniej zapraszali nas oboje...Poprpsiłam, zeby zapytal kuzyna, czy mogę jechać z nim. To powiedział, że nikogo o nic nie będzie prosił, bo gdyby chcial, to by nas zaprosił razem...
Jego kuzynka zaprosila nas razem na urodziny, to powiedzial, ze on na nie nie idzie, a pozniej, ze moze pojdzie na godzine i wroci i sie odezwie...Poszedl z siostra, oczywiscie nawet nie dal znac, kiedy wrocil, odezwal sie dopiero nastepnego dnia, ze wrocil o czwartej rano...
Klocilismy sie czesto, glownym powodem bylo to, ze ciagle cos musi zalatwiac swojej siostrze, a da mnie ciagle nie ma czasu...Bywalo tak, zeby zajety, nie mieslimy jak sie spotkac w weekend, wiec prosilam go, zebysmny spotkali sie choc na dzien, kazde z nas podjedzie swoim samochodem i soedzimy ten dzien razem, gdzies w miescie po drodze-nie zgadzal sie, bo powiedza mu w domu, ze jest glupi... Ze to szkoda kasy na tak krotki czas itd...
Siostra potrafiła przy mnie owiedziec fo niego -to co, Koteczku, zawieziesz mnie? On uwazal, ze nic w tym zlego, tylko ja jestem za bardzo zazdrosna. Kiedys nawet wyjechal ode mnie dzien wczesniej, bo jego siostra zazyczyla sobie, zeby zajechali po jej chlopaka do jego miasta i dopiero stamtad jechali w trase -co spowodowalo, ze on musial gnac jednego dnia ponad 600 km, a mogli jechac z miasta, w ktorym wszyscy we troje studiowaismy (oni mieli tam stancje), a moj chlopak byl w nim u mnie...Ale nic nie powiedzial, ze musi mnie wczesniej zostawic, bo tak chciala siostra...
On ciagle a to wozil jej rzeczy, a to odbieral, mial ja wozic na kazdy egzamin, sama odbieralam jej rozne zasiwadczenia z nim itd...
Kłocilam się o to, ze on nie widzi w tym zadnego problemu, a kiedy ja poprosilam, zeby w kolejne swieta on przyjechal w drugi dzien swiat rano, a nie po poludniu -to powiedzial, ze nie ma jak, bo nie maczym dojechac. To mowie, ze moze siostra by go podrzucila na pociag -a on, ze ona nie podrzuci, bo pytal ja, a ta powiedziala, ze bedzie pila...A on tego samego wieczoru jeszcze poszedl sobie z nia na impreze, nie odzywal sie do mnie caly wieczor i dopiero napisal kolo 2 w nocy, ze wrocil...zabolalo mnie to, bo on ciagle jej pomagal, a ona jego miala gdzies i odzywala sie tylko jak cos chciala> nie bronilam mu z nia kontaktow, ale chcialam, zeby wyegzekwowal, aby jemu tez pomagano...
Suma sumarum - on uznal, z dnia na dzien, ze ma dosc tych moich zachiowan, ze jak jestesmy razem to jest dobrze, a jak on wroci do domu, to ciagle jakies problemy robie i zrywamy ze sobą...Przy czym zerwal kontakt zupelnie, przez telefon. chcialam spotkac sie i po prostu pogadac, to on na to, ze nie ma sensu, nie bedzie taki kawal jechal. Kazal wyslac swoje rzeczy i zerwal kontakt. A jeszcze dzien wczesniej sie zpaieral, ze mnie tak kocha, ze bedzie walczyl, ze ja jestem dla niego tak samo wazna jak mama i siostra, ale postara sie, zebym byla najwaznijesza...Ze on nie lubi jak mama jest smutna, ze taka atmosfera w domu itd...
Wiem, ze moze trochę nielogiczna ta wypowiedź, ale ciężko ubrać to wszytsko w spójną całośc...
Jak myślicie - czy miałam rację czepiając się takiego zachowania? Chciałam być najważniejsza dla swojego faceta? I, żeby w domu nie traktowali go jak służącego?
Kocham go...ale mam wrażenie i wiele osób mówi mi, że to maminsynek i gdyby mnie kochał, to nie zrywałby, tylko próbował jakoś to ze mną poukładać...
Przepraszam, że jest tego aż tyle ![]()
Proponuję za wszelką cenę doprowadzić do spotkania, chociażby ostatniego, ale miej okazje spojrzeć mu w oczy... wtedy będziesz wiedziała, czy jego decyzja była pokierowana przez osoby trzecie, czy ten żar uczuć, który towarzyszył mu w stosunku do Ciebie całkiem wygasł. Jeśli stwierdzisz, że w jego zachowaniu- nie widać jak broni się przed uczuciem do Ciebie, będzie to znaczyło, ze musisz uszanować decyzję, nawet jeśli bardzo Cie ona boli.
Problem w tym, że chciałam się spotkać. Prosiłam go o spotkanie, proponowałam nawet, że skoro on nie ma jak(nie chce, mama mu nie pozwala), to ja pojadę do niego i spotkamy się na mieście, nikt u niego w domu nie musi wiedzieć - to się rozłączył i na drugi dzień już nie było wahania, tylko był pewien, że nie chce ze mną być...Mówiłam mu, żebyśmy się spotkali, żeby zobaczył, czy coś do mnie czuje. Mówił, że te moje telefony go złoszczą jeszcze bardziej. Sam zaproponował najpierw spotkanie, ale wieczór przed nim zadzwonił, że jednak nie, że nie ma sensu taki kawał jechać..prosiłam -bez skutku. Poczekałam w milczeniu tydzień, w końcu wysłałam jego rzeczy. Nawet nie dał znać, że paczka doszła, więc sama zadzwoniłam. W trakcie rozmowy stwierdził, że tak jest mu wygodniej, że miał dość ciągłych moich pretensji. A jako powód rozstania podał sytuację, która zdarzyła się jak był u mnie, wracaliśmy z wspólnych wakacji i oczywiście musieliśmy odebrać rzeczy siostry, których nie zabrała, kiedy się wyprowadzała. (w dniu wyjazdu też załatwialiśmy jej sprawę, którą mogła załatwić, jak sama tu mieszkała -dlaczego nie załatwiła -nie wiem, ale mam wrażenie, że ta dziewczyna nie ma w ogóle poczucia odpowiedzialności za to co robi..Nie załatwiła swoich spraw do końca, tylko pojechała na wakacje, a my mieliśmy załatwić to za nią..) Pokłóciliśmy się przy pakowaniu jej rzeczy..W sumie głupota, bo ja pomagałam pakować, rzecz była większych gabarytów, więc pomagałam, on warknął do mnie "zostaw", bo p[odobno coś tam źle wkładałam wg niego. Więc ja się wkurzyłam, skoro on ciągle uważał, że to żaden problem, by ciągle coś za nią załatwia, niech skończy tę rzecz układać sam. I wsiadłam do auta. On twierdzi, że trzaskając drzwiami. Sam zapakował tę ostatnią rzecz (nie była ciężka,ale dość nieporęczna dla jednej osoby, ale jak mu tłum,aczyłam, że to nie fer, że mu każe to zabierać ( mógł to zabrać w czasie, kiedy ona i jej chłopak jeszcze tam mieszkali, łatwiej byłoby załadować to dwóm facetom ,a nie jest to rzecz codziennego użytku -on uważał, że nie ma problemu, że znów go w coś wrobiła..Kiedy wsiadł do auta, ja pakowałam do schowka gps. On nagle przepchnął się przeze mnie, otworzył schowek, żeby zobaczyć, czy może kładąc nawigację nie położyłam jej na jakimś papierze dla siostry -jakbym celowo nie wiem ,miała go pognieć,( nie wiem jak miałabym to zrobić nawigacją, która waży może 300 gram). Jeszcze bardziej mnie to wkurzyło no i sprzeczka gotowa. Byłam zła, ale pogodziliśmy się, wróciliśmy do mnie do domu, jeszcze upuekłam mu ciastka, które obiecałam w drodze i pojechał ode mnie zgodnie z planem ,dopiero następnego dnia.
Więc zapytałam, w tej romowe telefonicznej, d;aczego wtedy mi nie poiwuiedział? A on, że nie dałby rady w oczy, bo tak ma, że nie umie mówić przykrych rzeczy w oczy...A ja mówię, że trzeba bylo powiedzieć, że coś nie tak, porozmawialibyśmy -a on, że miał już dość rozmów na ten temat...Ja na to, że ok, ale przecież nie zdenerowałam się bezpodstawnie -on na to, że mówił mi, że nie jest ideałem i, że może ja akceptuję w nim pewne rzeczy, ale on nie będzie znosił takich moich zachowań...
Dziwne, że po powrocie jeszcze przez tyle czasu było ok, mówił, że mnie kocha, zapraszał na weekend ( nie mogłam jechać, on był zapracowany). Tylko niektóre zachwania mnie niepokoiły i chciałam się dowiedzieć o co chodzi...Więc zaczął mówić, że on nie wie, codziennie zmieniał zdanie..
Zaczął coraz więcej czasu spędzać z siostrą, np. wieczprem nie pogadał ze mną na skype, czy telefonie, ale napisał dwa, trzy smsy -typowo koleżenskie i szedł z nią na rower i tak kilka dni było pod rząd...
Tak sądzę, że tam one dołożyły starań, żeby go przekonać...
Ale to z nim jestem i on ich posłuchał, rezygnując ze mnie...
4 2014-09-02 07:59:17 Ostatnio edytowany przez zawiedziona1987_ (2014-09-02 08:03:37)
Niestety ani siebie, ani nikogo innego nie uszczęśliwimy na siłę. Przykro mi, ale jedyne co pozostaje to zrozumieć jak bardzo niedojrzały z niego facet. Po prostu kiedyś kogoś unieszczęśliwi jeszcze bardziej,
uwierz, że najlepiej wziąć głęboki oddech i zacząć powtarzać sobie, że to ani nie jest facet dla Ciebie, ani jego siostra nigdy nie była przyjaciółką. A może brnąc w to dalej przegapisz coś ważniejszego:)
Życzę Ci jak najlepiej, ale bez niego.
Najgorzej, że kocham go i kiedy bywaliśmy u mnie w domu było cudownie. nikt się na nas nie krzywił, był ciepły, czuły, kochany, dosłownie nosił mnie na rękach...
Czy można z dnia na dzien przestać kochać? Czy też od dłuższego czasu udawał?
Mam wrażenie, że odciął się ode mnie, bo nie potrafił walczyć z chorą rodziną, przeciwko nim...
Wiem, że niedługo będzie u mnie w mieście -zaproponować spotkanie?
Czy lepiej czekać, że jeśli zatęskni, on zerwał, więc niech on dzwoni?
Wydaje mi sie ze ma zazdrosna matke, czesto tak bywa. Niedojrzala matka, ktora uwaza ze jestes niegodna jego synalka. Lepiej zawijaj zagle ????
Chyba nie ma co już dzwonić -dzwoniłam, próbowałam gadać...Ciągle nie ma czasu, bo coś załatwia dla mamy...
Ale chyba jeśli facetowi zależy i zrozumie, że popełnił błąd, to sam mnie znajdzie...
Trzeba chyba zachować resztki honoru - i pokazać mu jak wygląda życie beze mnie...
Nie czytałam dokładnie wątku, ale stwierdzam: maminsynek zawsze będzie maminsynkiem. Nie ma sensu cackać się z takim dzieciakiem. Niech siedzi przy maminej spódnicy do 40stki lub dłużej.
Najważniejsza dla samca powinna być jego partnerka/żona, ZAWSZE ma zajmować pierwsze miejsce w sercu, koniec.
Tylko tego wymagałam -żebym była najważniejsza...Nie kazałam zostawiać mamy, siostry, odcinać się od nich...Ale to, co dotyczyło nas powinno być priorytetem...A on stwierdził, że u niego nikt nie jest najważniejszy, jesteśmy równie ważne. Potrafił mi powiedzieć -a co Ty myślisz, że będę w biegu wszytsko robił, żeby tylko do Ciebie pojechać? Ale na robotę w domu, wożenie siostry zawsze miał czas...
Potrzebuję takich obeiektywnych komentarzy - żeby nie dać wmówić sobie, że przesadzałam...I żeby uciszyć to głupie serce ;/
10 2014-09-03 18:21:55 Ostatnio edytowany przez kattyen (2014-09-03 18:22:49)
Rodzina nim manipuluje, koles nie ma jaj. Po co ci taki facet. Mamusia to, mamusia tamto. Uwazaj bo jeszcze z nim wpadniesz i mamusis powie ci, ze to nie jego dziecko - przypadek z zycia wziety. Jak facet ma swirnieta rodzinke i daje soba manipulowac to sama pomysl na chlopski rozum co mozesz otrzymac w posagu ????
Zasługujesz na to, by być najważniejsza.
Facet, którym manipuluje rodzina jest nic nie wart.
Odpuść sobie, po co potem cierpieć jeszcze bardziej.
Mamusia powiedziała mu, żeby on uważał, bo jak wpadniemy to będzie sam wychowywał dziecko...
Na jakiej podstawie to nie wiem...
Że niby latawicą jakąś jestem, czy niespełna rozumu? A może,ze go zostawię? No ciekawe podejście...
Zresztą nie sądzę, żebyśmy mieli jakąkolwiek szansę na powrót...On od tego czasu się nie odezwał sam ani razu...
Mamusia powiedziała mu, żeby on uważał, bo jak wpadniemy to będzie sam wychowywał dziecko...
Na jakiej podstawie to nie wiem...
Że niby latawicą jakąś jestem, czy niespełna rozumu? A może,ze go zostawię? No ciekawe podejście...
Zresztą nie sądzę, żebyśmy mieli jakąkolwiek szansę na powrót...On od tego czasu się nie odezwał sam ani razu...
Pogódź się z tym, że nic z tego nie będzie.
Szkoda czasu i nerwów.
Cholera, męczą mnie wyrzuty sumienia, że może mogłam odpuścić tej jego rodzince..Tęsknie za nim...Z drugiej strony, gdyby na prawdę mnie kochał, to czy by odszedł? ![]()
Proszę, pomóżcie... ![]()
Dziewczyno koles uwaza cala swoja rodzinke za wazniejsza od Ciebie, ciagniecie takiego pseudozwiazku nie ma sensu. Jesli sie kogos kocha to ta osoba jest dla Ciebie najwazniejsza, jedyny wyjatek to instynkt samozachowawczy.
Ja po prostu się boję, że może to ja przesadzałam? Że to normalne, że on tak chciał postępować? Że może trzeba było dopuścić...Chciałabym, żeby to wszytsko zrozumiał, że takim zachowaniem bardzo mnie krzywdził...Przecież można było wypracować jakiś kompromis...A on, że ma dość takich moich zachowań...Że on nie jest idealny i może ja to akceptuję, ale on moich nie będzie...
Ja rozumiem ze rodzice są ważni dla partnerów. Ale bez przesady, jakieś granice powinny byc.
Widać ze ten chlopak jest uzależniony od swojej rodziny, a to dobrze nie wróży.
Najgorsze jest to, że ja pamietam te dobre chwile i ze względu na to jest mi strasznie ciężko...Nie odzywam się do niego, bo on sam zerwał, próbowałam jeszcze z nim rozmawiać, ale był oschły i stwierdził, że mnie nie kocha. (choć pare dni wcześniej zapewniał o gorącym uczuciu...)...Czy w ogóle istnieje szansa, że on zatęskni, jak mnie straci? Że zrozumie?...
To naturalne, że teraz przypominasz sobie dobre chwile, ale uwierz, że z czasem uświadomisz sobie jak dużo było chwil w których wcale nie czułaś się dobrze. Ja miałam podobną sytuację, staż związku, również odległość i poczucie, że nigdy nie byłam i nie będę najważniejsza. Ktoś może pomyśleć, że rozkapryszona księżniczka nie rozumie dobrych kontaktów z rodzicami/rodziną, ale to inna sytuacja. Ja widziałam jego troskę o mamę, bardzo częsty kontakt, totalne podporządkowanie i dodatkowo jej zazdrość o nasz wspólnie spędzony czas, którego było niewiele. Widziałam to od początku, ale szczerze mówiąc wtedy wydawało mi się to wręcz słodkie, że tyle czasu spędza z mamą, mówiłam sobie, że jest rodzinny. Skończyło się tak, że powiedział że mnie nie kocha. Reasumując z własnego doświadczenia wiem, że tacy ludzie się nie zmieniają i jeżeli nam to nie odpowiada, prędzej czy później taki związek zostanie zakończony, pytanie tylko przez kogo.
No u mnie jeszcze dochodziła siostra, która była dużo bardziej zazdrosna i zawistna, niż matka, którą dodatkowo buntowała przeciwko mnie. Były momenty,że on się stawiał, walczył z nimi, ale suma sumarum zawsze w końcu była sytuacja, że odpuszczał bo mama była niezadowolona, smutna i chciał, żeby żyć z rodziną w dobrych warunkach. Do dziś nie rozumiem i chyba nie zrozumiem dlaczego się tak wobec mnie zachował>>>
A ile byliście razem? Kto u Was odpuścił? Próbował jeszcze się odzywać do Ciebie po zerwaniu?
U nas jednego dnia prosił mnie, żebyśmy dali sobie szansę, że on gdzieś wiezie siostrę i możemy jechać razem. Zgodziłam się i ucieszyłam, powiedziałam, że właśnie o to mi chodzi, żeby był ten kompromis, ze pomaga, ale ta pomoc nie odbiera nam ciągle możliwości spędzania czasu ze sobą. Potwierdził, że postara się teraz, żebym to ja była faktycznie najważniejsza... A dzień później już znów nie wiedział, znów mówił, że jest źle- bo zapytałam go co się dzieje, dziwnie się zachowywał... I teraz w ostyatnim moim telefonie powiedział, że mnie nie kocha! Gdzie parę dni wcześniej zapewniał, że mu zależy i chce być ze mną. Jak to zrozumieć?
Najgorzej, że mimo iż widzę, że często nie robił tak, jak powinien, to pamiętam go jako cudownego, ciepłego chłopaka, z którym planowaliśmy przyszłość...
I czekam na to, że może zmądrzeje, dojrzeje i wróci...Pożałuje, że mnie stracił...
Witajcie,
mam 23 lata. Od 1,5 roku mam romans z szefem. On mial narzeczona ja mialam chlopaka. On sie rozstal ze swoja, a ja ze swoim. Ukladalo nam sie super. Razem prowadzimy firmę. Powiedział mi tylko raz, ze mnie kocha i to tak samo jak swoja byla. Bardzo mnie to zabolalo. Nie wiem dlaczego ale teraz sie nie uklada. Ciągle sie klocimy. Mam wrażenie, ze laczy nas tylko sex i praca. Boje sie go stracic bo go kocham. Pol roku temu spotkal sie z nią i uprawiali sex. Jego rodzina przepada za mna i naklania do malzenstwa. Jednak on nic nie robi w tym kierunku. Pracuje dziennie po 16 godz. Wlacznie z niedziela bo gdy robie cos dla siebie on ma pretensje, ze ja sie nie staram w pracy. Ma ogromne kredyty i cale dnie rozmyśla o nich. A ja potrzebuje bliskości, milosci bo jestem tu calkiem sama. Mam tylko jego. Jestem wykończona. Pomozcie, co robić?
Twój były ma rację- to nie ma sensu. Chcesz się z nim spotykać, rozmawiać- po co? Żeby wrócić do siebie? Wiesz, że nic się nie zmieni i znów one będą ważniejsze i znów będziesz cierpieć? Serio tak Ci tego brakuje? Powinnaś się cieszyć, że masz z głowy taką chorą sytuację, pomyśl sobie, co by było, jakby to był Twój mąż- jak żyć w takiej sytuacji z teściową i bratową? Widać mało Cię kochał jak dał się innym zmanipulować i wejść na głowę. Potraktuj to jako nauczkę na przyszłość i unikaj takich mężczyzn. I uszanuj jego decyzję, nikt nie lubi, jak mu się ktoś narzuca.
Twój były ma rację- to nie ma sensu. Chcesz się z nim spotykać, rozmawiać- po co? Żeby wrócić do siebie? Wiesz, że nic się nie zmieni i znów one będą ważniejsze i znów będziesz cierpieć? Serio tak Ci tego brakuje? Powinnaś się cieszyć, że masz z głowy taką chorą sytuację, pomyśl sobie, co by było, jakby to był Twój mąż- jak żyć w takiej sytuacji z teściową i bratową? Widać mało Cię kochał jak dał się innym zmanipulować i wejść na głowę. Potraktuj to jako nauczkę na przyszłość i unikaj takich mężczyzn. I uszanuj jego decyzję, nikt nie lubi, jak mu się ktoś narzuca.
Tylko nikt też nie lubi, jak ktoś obiecuje złote góry, planuje wspólne życie, deklaruje o wielkiej miłości, a następnego dnia doznaje oświecenia, że nie jednak on tak nie chce - I nawet nie ma na tyle szacunku, żeby po 2 latach wspólnie spędzonych, przyjechać, spotkać się i porozmawiać i przede wszytskim powiedzieć mi wprost - że matka i siostra są dla niego ważniejsze, ja nie zaakceptuje takiego stanu rzeczy i po prsotu tak dalej się nie da. Wyglądałoby to znacznie lepiej, niż to jak mnie potraktował. I to też boli, że nazywał mnie swoją Jedyna, dzień wcześniej obiecywał, że będziemy jakoś się dogadywać, żebym była najważniejsza - a później nawet nie czuł potrzeby niczego mi wyjaśniać...
a rozmawiać chciałam po to, bo jeśli dwoje ludzi się kocha i poza tym problemem dobrze sie dogaduje -a to deklarował, to trzeba to próbować naprawić - usiaść, porozmawiać co możemy zrobić dla siebie, żeby obojgu było lepiej. Jak ręka boli, to się jej nie odcina ![]()
I od tego dnia, jak ze mną zerwał, zadzwoniłam tylko raz. Więc chyba nie można nazwać tego narzucaniem się. A w momencie kiedy jeszcze byliśmy razem i on przez tyudzień nie był pewny, to to, że proponowałam spotkanie, żeby pogadać w cztery oczy, a nie przez telefon - no to chyba nie jest nic dziwnego? ![]()
Co z tego, że obiecywał złote góry, jak swoim zachowaniem pokazywał co innego?
Widzisz, problem polegał na tym, że przez pierwszych kilka miesięcy był idealnym facetem. To on nalegał...Były małe sygnały, że siostra jest zazdrosna (matce z tego co mówił bardzo się podobałam), siostra mi mówiła, że bardzo się cieszy z tego, że jesteśmy razem...Podejrzewam, że to ona nabuntowała matkę - ale byłam jego pierwsza dziewczyną, to były pojedyncze sytuacje - starałam się być wyrozumiała, że i one muszą do tej sytuacji jakoś przywyknąć.. Poza kwestią jego rodziny dogadywaliśmy się świetnie, gdy był u mnie nosił mnie na rękach - ale nie potrafił postawić mnie na pierwszym miejscu, czuł się zobowiązany wobec rodziny, nie chciał się z nimi kłócić o mnie, a rozmowy nie pomagały...Ja w końcu już z tej bezsilności nie wytrzymywałam i kłóciłam się z nim coraz bardziej...Chciałam tylko, żeby czasami postawił się im i pokazał, że nie patrzy na ich widzimisię, a przede wszystkim na nas...
Nie zawsze był zły - był cudowny, tylko teraz przy samym końcu to coraz rzadziej się odzywał i ranił mnie swoim zachowaniem...Nie wiem, czy przez te kłótnie przestał mnie kochać? Czy był zbyt słaby, żeby postawić się matce? Nie chciał wybierać-ale suma sumarum wybrał rodzinę ( z której ja nigdy nie kazałam mu rezygnować, tylko ustawić wszystko na właściwym miejscu)...Idioty bym nie pokochała ![]()