Witam wszystkich serdecznie-ja, stala czytelniczka, nigdy komentatorka. Dlaczego nie? Chyba dlatego, ze zawsze bylam pod ogromnym wrazeniem tych wszystkich madrych kobiet, ktore dziela sie swoim doswiadczeniem i wsparciem i czytajac je wiedzialam, ze nic lepszego nie jestem w stanie dodac. I dzisiaj wlasnie tych kobiet (i obecnych net-facetow) szukam. Nie jestem w stanie jeszcze powiedziec, czy potrzebuje porady, czy po prostu wygadac sie.
Kilka slow o mnie i o mojej sytuacji. Mam 28 lat, urodzilam sie i mieszkalam w duzym miescie. W trakcie studiow, kiedy mialam 21 lat, poznalam kogos. Nie jest Polakiem (ale tez z Europy uprzedzajac pytania) i byl w tym czasie na dlugoterminowym kontrakcie w Polsce. Po jakims czasie kontrakt sie skonczyl, zaczal sie kilkuletni zwiazek na odleglosc ze wszystkimi wzlotami i upadkami jakie moze przyniesc ten wariant zwiazku, po jakims czasie trzeba bylo zdecydowac kto sie gdzie przenosi: ja do niego (tez Europa, inny kraj niz jego pochodzenia) czy w ogole zmieniamy lokalizacje. Scenariusz jego pracy w Polsce nie wchodzil w gre ze wzgledu na specyfike zawodu, ktory wykonuje i kompletny brak mozliwosci zatrudnienia w tej dziedzinie w Polsce (sprawdzone wiele razy). Padlo na mnie. Przeprowadzilam sie (poczatek 2013), dostalam swietna prace, lubie ja, dobrze sie tam czuje i zyje u boku kogos, kogo nie tylko kocham, ale tak najzwyczajniej w swiecie lubie, jezeli wiecie o co mi chodzi. Problemy adaptacyjne mam za soba, bariery jezykowej nie ma, przyjaciol i znajomych posiadam, hobby wlasne i wspolne rowniez. Pisze o tym wszystkim, bo byl etap, kiedy porady "zajmij sie czyms", "poznaj nowych ludzi", "zapisz sie na jakis kurs" przerobilam na sobie i nie do konca i nie zawsze to pomaga.
W czym nie pomaga? W tym, ze tesknie. Nie tesknie za miastem, "moimi miejscami", owszem fajnie jest do nich wracac, ale to nie jest cos, co ma realny wplyw na moje samopoczucie. Chodzi o moich dziadkow (dziadek 90 lat, babcia 83). Mam bardzo silna wiez z nimi, zawsze byli wazni w moim zyciu. To jest duza rodzina, wiec te relacje nie wynikaja z tego, ze jestem jedynym dostepnym obiektem, na ktory moga przelewac swoja milosc, nigdy tez nie mieszkalismy razem. Moge tutaj pisac o nich bardzo duzo, ale tych wspolnych, dobrych momentow bylo tak wiele, ze nie sposob to opisac w jednym poscie. Chodzi o to, ze od momentu kiedy wyjechalam, czuje, ze cos mnie omija. Mam takie chore poczucie odpowiedzialnosci za nich (mimo tego, ze sa inni czlonkowie rodziny mniej lub bardzie zaangazowani), ze jak nawet cos malego sie u nich dzieje to wkurzam sie na siebie, ze nie ma mnie na miejscu, zebym mogla zadzialac blyskawicznie i rozwiazac ten maly problem, ktory dla nich jest jakims dyskomfortem. Moja babcia ma reumatoidalne zapalenie stawow a ja biegam po aptekach zagranica szukajac masci, zeli i czegokolwiek bez recepty, co mogloby usmiezyc jej bol, a co nie jest dostepne w Polsce. Zamowili nowa pralke, inne ustawienia i funkcje niz w starej, babcia ucieszona i jednoczesnie przejeta, zeby nie popsuc, a ja-1500km dalej, opracowuje w Wordzie uproszczona instrukcje obslugi dla niej do wydrukowania, bo wiem, z czym moze miec problem. Dzwonie do nich mniej wiecej dwa razy w tygodniu, w Polsce bywam (wedlug mnie) czesto jak na standardy kogos, kto na stale mieszka zagranica. Ostatni raz bylam na Wielkanoc, ok. 5 dni. Wczoraj przylecialam wieczorem do Polski, dzisiaj pojechalam do nich na obiad. Nie bylo mnie 4,5 miesiaca (to jak dotad najdluzsza przerwa miedzy moimi wizytami) i tak mnie cholernie scisnelo, kiedy od nich wychodzilam. Scisnelo mnie, bo zobaczylam, jak dziadek sie zestarzal od swiat. Nie ma duzych problemow ze zdrowiem (jak na osobe w tym wieku), po prostu taki troche "spadek formy": bardziej przygarbiony, troszke wieksze problemy z koordynacja ruchowa czy rownowaga (mial udar kiedys).
Wiem, ze mam prawo do wlasnego zycia z kimkolwiek i gdziekolwiek chce i co sprawia, ze jestem szczesliwa. Ja jestem szczesliwa=oni sa szczesliwi. I widze to. I wiem, ze tak wlasnie jest w zyciu, jest to naturalny cykl, kazdego to czeka, mam tego pelna swiadomosc, ze kiedys umra. Moge buntowac sie (co oczywiscie robie), ale w tym calym szalenstwie wiem, ze powinnam cieszyc sie i doceniac, ze w tym wieku sa niezalezni, ze jeszcze mam do kogo pojechac, prowadzic normalna rozmowe i opowiedziec, co u mnie sie dzieje. I ja, zawsze taka racjonalna, umiejaca sobie na chlodno wytlumaczyc wiekszosc rzeczy, stukam w klawiature przez lzy, bo nie chce. Nie chce ich stracic, nie chce, zeby cos mnie omijalo z ich zycia, chcialabym byc przy nich i dawac im ta radosc w tych latach.
Bede w Polsce przez dwa tygodnie prawie. I na mysl o tym, ze mam wyjechac-wyje do ksiezyca. Bo tak najzwyczajniej w swiecie, nie wiem, czy jak wroce teraz na Boze Narodzenie, to czy usiadziemy wszyscy w komplecie przy stole.
Chcialabym Was zapytac, czy ktos to "przerobil" albo ma podobne odczucia zwiazane z dziadkami albo rodzicami?
Chcialabym Was zapytac, jak Wy sobie z tym radzicie, jak to rozwiazujecie?