Jestem tu nowa, więc zacznę od tego, że witam wszystkich i z góry dziękuję, jeśli komuś będzie chciało się poznać moją historię i wyrazić na ten temat opinię ![]()
Nie jestem już nastolatką, bo mam 24 lata i z biegiem czasu zaczęłam dostrzegać, że powielam pewien schemat jeśli chodzi o relacje damsko-męskie. Może zacznę od początku, czyli od mojego pierwszego związku. Poznaliśmy się gdy miałam 20 lat, od razu między nami zaiskrzyło i pierwszy raz w życiu poczułam, że ten człowiek może zagościć w moim życiu na dłużej niż tylko okres kilku randek. Chciałam przy tym podkreślić, że wtedy ciągle jeszcze nie myślałam o tym, by stworzyć z kimś związek, bo wyznawałam zasadę, że muszę do tego dojrzeć i chciałam, aby ten pierwszy facet był tym, przy którym się zestarzeję (z perspektywy czasu uważam, że to dosyć naiwne podejście
), więc randkowanie traktowałam raczej w kategoriach rozrywki i umilenia czasu. Do tej znajomości także podeszłam z dużym dystansem, wiedząc, że ma opinie podrywacza i bajeranta, wysyłając na początku sprzeczne sygnały, więc myślę że nie był pewien mojego zainteresowania i kosztowało go dużo starań, aby podtrzymać nasze relacje. Tymczasem z tygodnia na tydzień zakochiwałam się w nim coraz bardziej, właściwie po raz pierwszy w życiu. W tym momencie poczułam strach. Strach przed tym, że jeśli się otworzę, stracę panowanie nad swoimi uczuciami i się zawiodę, to się nie podniosę, więc wbrew sobie zaczęłam robić wszystko, żeby się nie zaangażować. Nasze kontakty były regularne, spotkania też, mimo że niezbyt częste głównie przez to, że odrzucałam propozycje spotkań. Jednak każde z nich zbliżało nas do siebie coraz bardziej
Po 3 miesiącach w dosyć zamaskowany sposób zaproponował mi związek, ale to zignorowałam pozostawiając naszą znajomość na płaszczyźnie "spotykania się". Potem się trochę zmienił, dawał mi odczuć, że mu nie zależy aż tak bardzo i też starał się dystansować. Po 7 miesiącach znajomości kończył się rok akademicki i wiedziałam, że rozjedziemy się do swoich miast. Ta wizja mnie złamała, bardzo cierpiałam wiedząc, że już nie kontroluje swoich uczuć, myślałam, że to będzie koniec i z tą myślą się oswajałam. Jednak kontakt przez wakacje był, nawet spotkaliśmy się na jeden weekend, nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Od października wznowiliśmy nasze spotkania, po miesiącu jednak wybuchł stwierdzając, że on się stara, a ja nie daję nic od siebie. Po roku od poznania doszło do przełomu, chciał ode mnie klarownej decyzji, jesteśmy razem, albo nie, ja pękłam opowiadając o wszystkich moich obawach potencjalnego zranienia i mimo wielu moich wątpliwości zostaliśmy oficjalnie parą. W to co się działo dalej nie chcę wnikać szczegółowo, między nami dochodziło do nieporozumień, kłótni, a po pół roku byliśmy związkiem na odległość z racji jego miejsca pracy. Wiedziałam, że wszystko się sypie, jednak nie dopuszczałam do siebie opcji, ze mogłoby go nagle zabraknąć na zawsze w moim życiu... I ta myśl mnie przy nim trzymała, choć wiedziałam, że na związek do końca życia nie mamy szans, nigdy nawet nie rozmawialiśmy o wspólnej przyszłości. On zerwał, po przeszło roku związku. Nie umiałam się z tym pogodzić, mimo że sama widziałam racjonalne podstawy do tej decyzji. Łączyło nas uczucie, ale po prostu nie potrafiliśmy być ze sobą. Byłam sama i było mi źle.
Drugiego chłopaka również poznałam na imprezie, pół roku po rozstaniu, to miał być tylko flirt na jeden wieczór. Mimo że zaczęliśmy ze sobą pisać, a on podobał mi się wizualnie nie traktowałam te znajomości pod kątem związku, gdyż był 2 lata młodszy, różniły nasz zainteresowania, podejście do życia, prawie wszystko. Zgodziłam się na spotkanie po kilku miesiącach i nawet nie wiem kiedy zostaliśmy parą. Kompletnie straciłam głowę, odfrunęłam jak małolata. Już znałam ból rozstania, wiedziałam, że jest do przeżycia, chciałam zaryzykować i wygrałam pół roku czystego szczęścia. Gdy zaczęłam mieć problemy osobiste nie okazał mi wsparcia, co mnie bardzo zabolało. Nie wiem kiedy zaczął się oddalać... i odszedł. Mówił, że uczucie się w nim wypaliło przez to, że zbyt wiele nas dzieli. Coś we mnie umarło, to rozstanie było inne, walczyłam jeszcze o nas często chowając swoją dumę do kieszeni. To nic nie dało, a ja takiego bólu nie doświadczyłam nigdy.
Ostatnia sprawa to nawet nie związek. Poznaliśmy się krótko po moim rozstaniu, kiedy moje pragnienie zainteresowania sięgało zenitu. Coś zaiskrzyło, ale tutaj byłam pewna jednorazowego flirtu, bo dzieliła nas 200 kilometrowa odległość, wiedziałam że to nie ma szans. Jednak coraz częstsze wiadomości wypełniały pustkę, której nienawidziłam, a że to bardzo fajny facet to zdecydowałam się go zaprosić do siebie. Spotykaliśmy się raz na 2, 3 tygodnie przez 4 miesiące. Od początku jednak wiedziałam, że mimo wspólnych tematów do rozmów a nawet takich samych temperamentów nic z tego nie będzie, nie byłam w stanie się zakochać. Ale znajomość się ciągnęła... oczywiście skończył ją on.
Te przypadki są różne, ale łączy je jeden element. Nie potrafię zerwać znajomości. Nie potrafię i już. Mimo że od początku nie widzę szans to w to brnę nie potrafiąc sobie odmówić zainteresowania ze strony faceta, obojętnie czy chodzi o różnice charakteru, światopoglądu a nawet brak uczucia. Co więcej wydaje mi się że podświadomie wybieram znajomości które źle wróżą na przyszłość... Czuję w tym sprzeczność i sama tego nie rozumiem, bo karmię się posiadaniem kogoś bliskiego, gdzieś w głowie mając myśl ze prędzej czy później to się skończy... Co to może oznaczać? Jednoczesny lęk przed samotnością i lęk przed zaangażowaniem na zawsze?