Witajcie!
Szybko o mnie - 40 lat, średnio udane małżeństwo, o które mężowi się nie chce walczyć. Zero seksu, ale szacunek i trochę przyjaźni zostało, więc żyjemy razem, a właściwie tak obok siebie.
Od paru lat mam dobrego znajomego, dawnego sąsiada, z którym świetnie się czuję, rozmawiamy, pomagamy sobie, wiemy co się u nas dzieje na bieżąco. Obydwoje jesteśmy trochę samotni, trochę 'z innej bajki' ale zawsze jak brat i siostra. Żadnych podtekstów, podchodów itp. Tkwimy w małżeństwach z rozsądku i przywiązania i o tym też często rozmawiamy, w sumie to wspierając się wzajemnie.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby mnie coś nie łupnęło ostatnio - patrzę, patrzę na tego człowieka i myślę - zakochałam się!
Tyle lat znajomości,tyle czasu wspólnie spędzonego, aż tu taki.... zonk!
Głupio mi z tym nawet przed samą sobą: bo upada mit o damsko-męskiej przyjaźni, w który tak wierzyłam!
Bo cholera zupełnie inaczej na niego patrzę i się już nie uda zachować tego dystansu jak dawniej.
Bo to nie mój typ - w życiu nie myślałam o nim w kategoriach 'faceta.'
A może to tak zawsze bywa, gdy kobieta z mężczyzną są w miarę blisko? Ze skoro nasza znajomość trwa wiele lat i nadal mamy o czym gadać, nadal lubimy razem przebywać, to ktoś kiedyś się musiał zakochać? Że zbytnia bliskość jednak rodzi niebezpieczeństwo.
Tyle tylko, że ja tego nie chcę. Nie odejdę od męża, nie chcę romansu...dobrze mi było tak jak przedtem.
Bardzo głupia jestem?? W głowie mam straszny zamęt ![]()