Witam.
Z moją kobietą byłem 4 lata. Przez te 4 lata mówiła - i wiem, że była szczera - że mnie kocha i bardzo chciałaby być ze mną przez resztę życia. Nagle... zostawia mnie.
Cios jak z półobrotu od Chucka. Oczywiście urządziłem jej koncert błagań w stylu "musi być coś co mogę zrobić!". Stwierdziła, że dawała mi sygnały a ja nic ze sobą nie robiłem.
Poniżej wypisuję zarzuty wobec mnie. Część nie jest prawdziwa, ale ona właśnie tak mnie postrzega. Nie wypisuję moich zarzutów wobec niej bo to nie ma sensu. Zresztą ja jej wybaczałem wszystko, łącznie z romansem rok temu i zawsze to ja wyciągałem rękę w kłótniach.
- "niedojrzałość" przejawiająca się w tym, że po powrocie z pracy dużo czasu spędzałem na komputerze (że to moja forma relaksu)
- pesymizm
- to, że porażki życiowe przychodzące raz po raz (bankructwo mojej firmy, potem długi okres bez pracy, potem czterokrotna jej utrata w ciągu 2 lat ze względu na wściekłą rotację w tych firmach) przyjmowałem nie twardo jak facet, tylko od pewnego momentu się załamywałem że jestem beznadziejny, musiała mnie wspierać
- "tumiwizizm" - jej zdaniem miałem w nosie "ją, dom, pracę"
- nie doceniałem jej wysiłków "dłużej niż 5 minut"
- nie stanowiłem dla niej wsparcia
- nie angażowałem się w obowiązki domowe, często zapominałem jak mnie o coś prosiła
- przeze mnie czuła brak stabilizacji
- nie czuła się przy mnie bezpieczna
- podnosiłem na nią głos "z byle powodu" i "tłumaczyłem to tym, że mam doniosły głos"
- przestała chcieć czuć mojej bliskości po tym, jak kilka razy ją odtrąciłem bo w tamtych dniach nie miałem ochoty na seks/pieszczoty
Powiedziała, że nie chciała być "sprzątaczką i kucharką".
Mimo to zostawienie mnie było dla niej "bardzo trudną decyzją" i było "wiele powodów aby mnie nie zostawiać". Ostatecznie jednak wypalenie się uczucia przeważyło.
Po rozstaniu zerwała kontakt nie zamykając naszych wspólnych spraw, przez co zaliczyliśmy straszną awanturę telefoniczną a potem w mailach, w pewnym momencie ona mnie zaczęła odcinać od naszych wspólnych znajomych a ja jej kazałem zabierać resztę swoich rzeczy które u mnie zostały i wyznaczyłem jej na to termin. Napisałem jej w nerwach, że chciałem wrócić ale już nie chcę, bo nawet jak ja się zmienię to ona pozostanie taka sama, żądająca ode mnie abym to zawsze ja brał na siebie winę i przepraszał, przez co wtedy to ja bym ją zostawił. Kazałem jej więcej do mnie nie pisać. Żałowałem już po 5 sekundach po wysłaniu tego maila.
Po paru tygodniach napisałem jej mail z przeprosinami za wszystko to, co zrobiłem źle, przeprosiłem że nie dostrzegałem jej sygnałów i zapewniłem, że nigdy nie krzywdziłem jej celowo.
Gdy się poznaliśmy, miała o mnie zupełnie inne zdanie. Była nieśmiałą dziewczynką która nie miała kolegów na roku i mimo swojej atrakcyjności miała małe powodzenie. Dziewczynką której imponowały moja pewność siebie (którą potem straciłem), ambicja, a przy tym "nie byłem draniem a wrażliwym romantykiem i dobrą osobą". Wtedy uważała, że jestem bardzo dojrzały. Dzięki mnie stała się pewną siebie, przebojową businesswoman, aktualnie jedną z najlepszych specjalistek w swojej branży którą czasami możecie zobaczyć w TV. Ja jestem przeciętniakiem, niewiele osiągnąłem (w tej samej branży).
Czy da się jeszcze coś zrobić, jeśli ona ma takie mniemanie o mnie jak wyżej? Zobaczymy się jeszcze tylko raz, na pewnej konferencji. Potem możemy nie zobaczyć się już nigdy...
Czy da się zmienić taki wizerunek siebie w oczach ukochanej osoby? Wizerunek mocno moim zdaniem niesprawiedliwy.
Aha, ona od zerwania nie ma nikogo, na 99%.