PROLOG
W Istacharze było bardzo przyjemnie o tej porze roku. Co prawda był już czerwiec, nie było jednak jeszcze letnich upałów, za to było już bardzo ciepło a lekki wiatr z północnego-wschodu przyjemnie równoważył gorące dni. Gulbar siedziała w swej zadaszonej i osłoniętej po bokach lekkim, lecz przewiewnym materiałem - lektyce, która chroniła od nadmiernego słońca, lecz jednocześnie umożliwiała korzystanie z uroków natury. Młoda dziewczyna przybyła tutaj, otoczona wianuszkiem przyjaciółek, z nieodległego Farsu, którego gubernatorem był jej ojciec - Gochir. W Isfacharze przebywała już od tygodnia i bardzo jej się tutaj podobało. Małe, rolnicze miasteczko, jakże różne od tętniącego życiem Farsu. Takie wakacje bardzo jej odpowiadały i chciałaby pozostać tutaj jeszcze przez kilka miesięcy, lecz papa nakazał jej wrócić najpóźniej z początkiem sierpnia, lecz teraz zamierzała spędzić te wakacje w gronie przyjaciółek i dobrej zabawy.
Gulbar była tez pod stałą ochroną. Jej ojciec wysłał wraz z nią kilku swoich zaufanych ludzi, prócz tego otaczali ją niewolnicy, których gubernator Farsu nakazał specjalnie wykastrować. ci niewolnicy towarzyszyli jej również podczas relaksu, który lubiła spędzać na okolicznych łąkach i polach, przyglądając się jak chłopi pracują na swych polach. Ona i jej przyjaciółki z Farsu, siedziały w zakrytych i chronionych przed nadmiernym słońcem lektykach, zabawiając się opowieściami na temat lokalnej społeczności i okolicy. Ona i inne dziewczęta, lubiły słuchać opowieści miejscowych, którzy z pewnej odległości, zabawiali dziewczęta. Nikt jednak z nich, nie mógł się zbliżyć do lektyk, nie narażając się na karę chłosty, lub nawet śmierci. Także i tego dnia Gulbar i inne dziewczęta z Farsu, przebywały na okolicznych polach, słuchając opowieści, popijając wodę, przygotowaną wcześniej przez niewolników i delektując się pięknem przyrody, oraz ciężką pracą chłopów na roli. Nie spodziewała się wcale, że dzisiejszy dzień znacząco wpłynie na jej późniejsze życie.
Zajęte rozmowami, żartami i wzajemnym przekomarzaniem się, nie zauważyła jak ktoś się jej przygląda z oddali. Był to jeden z okolicznych chłopów, który widział ją, jak dzień w dzień przybywa w to samo miejsce, by przyglądać się ciężkiej fizycznej pracy na roli. Widział ją i...coraz bardziej mu się podobała. Jej rozplecione włosy, które - choć ukryte za lekką poświatą tkaniny, jaka otaczała wiklinową lektykę, nadal prezentowały się okazale. Były ciemne, wręcz kruczoczarne i pięknie falowały gdy doszedł je silniejszy podmuch wiatru. Czuł że jego serce zaczyna bić szybszym rytmem, czuł że musi spróbować choć z nią porozmawiać, choć usłyszeć jej głos - nawet jeśli byłaby to ostatnia rzecz jaką uczyni w życiu. Czuł że musi do niej podejść, przywitać się i...uczynić wszystko czego tylko sobie zażyczy. Tak bardzo mu się spodobała że codziennie rano, wybiegał w pole, oczekując jej przybycia i codziennie wraz z jej widokiem jego serce przyspieszało. Teraz nadeszła wielka chwila odwagi - on syn zwykłego królewskiego pasterza owiec z Istacharu, postanowił się przełamać i podejść do tej dziewczyny. Zwał się...Ardaszir.
CDN.