Bardzo chcielibyśmy być ze sobą i być szczęśliwi. Ale nie jesteśmy... Coś nam przez cały czas przeszkadza. To jest takie dziwne. Nie umiem tego pojąć. Może pokrótce napiszę co nas łączy, w czym wszystko świetnie się układa: a mianowicie ogólnie styl życia i zainteresowania. Dużo spędzamy ze sobą czasu na robieniu rzeczy, m.in. uprawiamy kilka razy w tygodniu razem różne sporty, jeździmy na zawody, lubimy podróżować do tych samych miejsc, mamy podobny styl muzyczny, jeździmy na koncerty, poglądy na sztukę, on uwielbia moją kuchnię, oboje mamy podobną dietę, lubimy sobie sprawiać podobne przyjemności: słodycze, wspólne oglądanie filmów, masaże, wyjazdy na odpoczynek do moich rodziców, koszenie wspólnie trawnika i podlewanie kwiatów, razem czasami tez sprzątamy, robimy codzienne zakupy, czytamy podobne książki, inspirujemy się - przesyłamy linki, teksty, pracujemy w tej samej branży, nasze ciała są dla nas ukojeniem, świetnie się dogadujemy w łóżku, uwielbiamy swoje smaki zapachy, jemy z jednego talerza, śpimy zawsze wtuleni w siebie i jeszcze pewnie dużo...tak jak zwykłe pary, kochające się pary...
Ale..., często się kłócimy. Wtedy jesteśmy jak wrogowie. Potrafimy się pokłócić na wyjedzie i wracać poranieni kilkaset kilometrów w aucie, sami dla siebie, nieodzywająca się, każdy wtedy myśli, że to już koniec. Ja byłam wielką miłością mojego mężczyzny, to dla mnie zakończył długoletni związek i związał się ze mną. Potem, kiedy już zamieszkaliśmy razem, zaczęła się rzeczywistość. W jego oczach nie byłam już taka idealna, ja też wymagałam pewnych rzeczy, zaczęły się kłótnie, on nie wytrzymywał, wyprowadzał się, potem wracał, w zeszłym roku doszło do separacji na kilka miesięcy, ale po świętach bożego narodzenia, kiedy przyleciał do mnie jak na skrzydłach, wróciliśmy do siebie i znów zamieszkaliśmy razem.
I tak jest do dziś. Nie umiemy się rozstać, choć przy każdej kolejnej kłótni o tym mówimy. On jest bardzo rozczarowany tym związkiem, ja mam do niego dużo żalu o niektóre rzeczy (choć czuję, że udało mi się dużo wybaczyć, bo tak chciałam, wiedziałam, że inaczej będę go ciągle ranić, obwiniać, karać). Każdy z nas jest bardzo ambitny, on jest bardzo indywidualny, trudny jeśli już sobie coś postanowi, uparty. Mi brakuje rozmów o przyszłości, poczucia wspólnoty, poczucia, że jestem dla niego najważniejsza, stabilności emocjonalnej z jego strony, on chciałby też pewnie, abym była dobrą i mądrą kobietą, tak aby widział we mnie swoją potencjalną żonę, matkę swoich dzieci. Chciałby spokojnego związku, mnie spokojnej, nie krzyczącej, bez pretensji, uśmiechniętej, szczęśliwej, doceniającej.
I co tu robić. Gdyby nie było tego uczucia między nami, chyba łatwiej byłoby to skończyć. Z drugiej strony, za każdym razem ja i on chcemy walczyć, staramy się, ale zawsze się pokłócimy, nie umiemy wtedy być wyrozumiali dla siebie, nikt wtedy nie powie: już dość kochanie. Zawsze wtedy myślimy o rozstaniu i, że ten związek nie ma sensu, że nie pasujemy do siebie, że jesteśmy nieszczęśliwi.
Dlaczego tak to wszystko wygląda. Dlaczego jest tyle rzeczy, które nas łączą, ale coś nie pozwala nam kliknąć. Naprawdę, kiedy mamy dobre okresy, to jesteśmy tak zakochani, że jeden na drugiego by wszedł, aby być z nim tak blisko. Ale wiem, że my tak naprawdę blisko nie jesteśmy...
Ktoś to rozumie?
