Strasznie źle znoszę upały, gorzej niż starsi ludzie, a nie mam jeszcze 30 lat. Wszyscy dookoła cieszą się, że wreszcie słonecznie i gorąco. To pierwsze ok, ale te upały są nie do zniesienia...dziwię się dlaczego tak się męczę nawet nie wychodząc z mieszkania. Dodam że zdycham w bloku budowanym w latach 50 więc teoretycznie nie powinno być aż tak jak w tych z wielkiej płyty. Tragedia, nawet jak wyjdę do sklepu na chwilę to wracam jak nieprzytomna. Nie pocę się bardziej niż normalna kobieta, ale to co przeżywa mój organizm to dramat. Jestem zdrowa, mam jedynie to do siebie, że moje serce ma lekką, w większości przypadków niedającą objawów wadę. Nie ma na to rady, nie ma lekarstwa... Nie wiem, czy to to jest powodem problemu, lekarz twierdzi inaczej. Czytałam o tym, i to, co powoduje ta wada to np. nerwowość i nadpobudliwość, i to zgadzałoby się. Badania mam ok... czasami są sytuacje, że wszystkim jest np. chłodno a mi gorąco, albo na odwrót. Usprawniam krążenie, i nic z tego. Ćwiczę od lat minimum raz w tygodniu: fitness, bieganie.
Nie ma co się podniecać upałami, bo prawda jest taka że jak nie mieszka się w domu a w mieszkaniu w bloku to jest to jedynie męka. Czasopisma rozpisują się o zaletach spędzania lata w mieście, o atrakcjach - a wg mnie lato w mieście jest to straszliwa męka, jeśli nie ma się klimatyzacji w takim mieszkaniu w bloku. No ale takie luksusy tylko w nowym budownictwie i to nie zawsze...
Czy jest tu ktoś, kto podobnie jak ja strasznie cierpi w upał i nie rozumie tego całego podniecenia wokół temperatury 30 w cieniu i wyżej?