BabaOsiadła napisał/a:Czy Wasze dzieci robią coś niebezpiecznego i jak sobie z tym radzicie?
Odkąd pamiętam mój syn wybierał niebezpieczne odmiany każdego rodzaju aktywności. Jak rower, to trial, four cross, na koniec stunt. Jak hulajnoga, to od razu akrobacje, podobnie z deskorolką i rolkami - tylko jazda w skate parku przynosiła mu frajdę. Po drodze był jeszcze parkour, dziś nadal trenuje stunt na rowerze, a równolegle na motocyklu (na tę chwilę małe pojemności), do tego od ponad roku doszedł street workout i zimą snowboard z naciskiem na ewolucje w snowparku.
Jak sobie z tym radzę? Staram się polegać na rozsądku i odpowiedzialności tego młodego człowieka, którego wychowałam. Oczywiście, że nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć i od wszystkiego się ustrzec, ale każda aktywność ma w swoją specyfikę wpisane pewnego rodzaju ryzyko, tylko niektóre jej odmiany mają to ryzyko większe.
Czy zabraniałam? Był taki moment, że próbowałam, ale odpuściłam, bo czułam, że w ten sposób po prostu go unieszczęśliwię. Moje lęki są moimi lękami, a to, co mogłam i robiałam, to uczulałam, rozmawiałam, prosiłam o rozwagę. Zainwestowaliśmy też w dobry sprzęt, w tym kaski, wszelkiego rodzaju ochraniacze, łącznie z tzw. żółwiem na plecy. Ponadto mamy taką umowę, że zawsze jeździ/trenuje z kimś, a ja wiem, gdzie jest. Jeśli zbyt długo się nie odzywa, to dzwonię i pytam czy wszystko jest w porządku. Jasne, że to niczego nie zmienia, ale daje jakieś złudne poczucie kontroli i bezpieczeństwa.
Syn od kilku ładnych lat, pomimo innych, tymczasowych "miłości", wciąż wraca do jednej, jest to wspomniany stunt. Odnoszę wręcz wrażenie, że chciałaby się z nim związać na stałe. Jeśli chodzi o motocykl, to ma swojego guru, od którego się uczy. Już teraz zaczyna brać udział w różnego rodzaju pokazach, nie wspominając o zlotach i zmianie (w pewnym zakresie) stylu życia.
Street workout to inna bajka, równoległa. Chłopak należy do grupy, w której od półtora roku razem trenują, wspierają się i motywują, wspólnie spędzają czas. Grupa się rozrasta. Ostatnio zainteresowało się nimi miasto, udzielili kilku wywiadów, dostali fundusze na nowy park do street workout'u (kompleks specjalnych drążków, nowa nawierzchnia). Moim zdaniem wspólne treningi bardzo ich ze sobą intergują, uczą samodyscypliny oraz regularności, ale też tolerancji dla innych i ich słabości. Tam nikt nie jest gorszy, bez względu na poziom zaagnażowania i możliwości. Ci chłopcy są po prostu... fajni.
Uważam zresztą, że pasja, jakkolwiek byłaby niebezpieczna, jest lepsza niż jej brak i wynikający z tego marazm. Chłopak realizuje się, spełnia w tym, co robi. Jakiś czas temu założył nawet własną stronkę na FB, wrzuca na nią filmy obrazujące kolejne osiągnięcia, widzę jak cieszy go każde nowe polubienie.
Ja naprawdę nie miałabym sumienia podcinać mu skrzydeł.
Jest jeszcze taka kwestia, że koledzy syna, którym rodzice zakazali takiej czy innej aktywności, oczywiście i tak to robią, ale poza ich wiedzą.