Witam. Mam 25 lat i jestem 2 lata z chłopakiem. Między nami jest 6 lat różnicy i od roku mieszkamy razem. Ostatnio się kłócimy ale moim zdaniem to nie są normalne kłótnie. Przychodzę do domu z pracy, robię obiad a on pracuje nawet w domu i nie rozmawia ze mną często o planach. Zazwyczaj dowiaduję się jakie ma plany na życie przy kłótniach. Jest kochany, zbieramy na nasze gniazdko, pomagał mi czasami, teraz wszystko sama robię. Po paru miesiącach mieszkania ze sobą kłóciliśmy się, że ciągle jest przy kompie, że mi nie pomaga, jak wspomniałam o dziecku to była odpowiedź, że muszę też mieć dobrą pracę bo mnie nie utrzyma. Z początku miałam wrażenie, że nie chce tego dziecka. Pół roku temu przez parę miesięcy nie pracowałam. Ciągle chciałam zdobyć pracę, gdzie będzie stać mnie na dziecko. ale po ostatniej kłótni straciłam nadzieję, nie chcę dziecka. nie teraz. Gdy wspomniałam, że nie ma dla mnie czasu, że ja nie jestem dla niego najważniejsza tylko praca, bo mi ciągle dawał do zrozumienia gdy nie miałam pracy że muszę pracować, bo ciężko będzie. Rozumiałam go, i też bardzo chciałam pracować ale odczuwałam ciągły nacisk że muszę mieć pracę nawet byle jaką - ale ja nie chciałam byle jakiej, tylko taką żebym też mogła dobrze pracować i mieć komfort psychiczny a nie tak żebym chodziła do pracy i miała całego życia dość. Gdy byłam na wolnym, nie miałam pomocy, nic. miałam tylko drobne pieniądze, w domu musiałam wszystko robić, nawet talerz po obiedzie jego odnieść do kuchni bo on ciągle pracował i pracuje i na takie rzeczy nie ma czasu. Aż w końcu kłótnia była taka że powiedział że to nie ma sensu, że ja ciągle uważam że on nie ma dla mnie czasu bo musi pracować żeby uzbierać na dom a ja nic nie robię, że powinnam zacząć myśleć. powiedziałam mu żeby nie wywyższał się bo ja wtedy czuję się niepotrzebna, zrównana z ziemią, miał do mnie pretensje o wszystko. nawet mówił że jego eks były lepsze bo się tak nie kłóciły ale jak mu powiedziałam że mi na nim zależy bardzo, i boję się jak do domu wraca późno bo różnie może być to on się wściekał na mnie bo tamte jeszcze życzyły udanej zabawy a ja spać nie mogłam dotąd aż nie wrócił. Później starałam się nic nie mówić jak gdzieś wychodził ale przy kłótni zwraca uwagę tylko na ten czas gdzie bałam się o niego i pytałam jak było. Wyzywał mnie przy kłótni że jestem głupia, że powinnam się leczyć - nie potrafiłam nic z siebie wydobyć, mówił chciałaś rozmawiać to teraz rozmawiajmy, bo on juz nie widzi w tym sensu, ze juz nic nie chce
płakałam bo jeszcze nigdy tak mnie nie obrażał, mówił że jak kobiety nie traktuje się jak szmaty to do niej nic nie dociera..... nie wiedziałam co mam robić. zadawał mi pytania a ja ledwo mogłam odpowiadać. Wiem że on chce dobrze, chce żeby nam nic nie brakowało ale przez to że ja chciałam tylko trochę jego czasu żeby ze mną porozmawiał, i bałam się że jak nie będę miała pracy to dziecka też nie będzie a później się rozejdziemy bo pieniędzy nie będę miała. Z każdym dniem się bałam że nie mają pracy, po jakimś czasie mnie zostawi. Nie potrafię go nienawidzić, kocham go ale po tym co mi powiedział - chciałam usłyszeć jego decyzje czy chce jeszcze żebyśmy byli razem - powiedział że nie odpowie bo zacznę ryczeć. zaczęłam płakać jeszcze bardziej więc chciałam żeby podjął decyzję przez to że go tak ranię, mówiąc że nie ma dla mnie czasu, że przy znajomych to mówię ale to tylko przez to że jak ja powiem do niego bezpośrednio to on nie słucha, dopiero jak ktoś inny zwróci na to uwagę to przestaje się do mnie odzywać, mówił że ma nie chęć do mnie a ja tylko chciałam poczuć się potrzebna. Nie wiem co mam robić.
Daliśmy sobie jeszcze czas, żeby wszystko przemyśleć żeby naprawić jeśli się da naprawić. ;(
Proszę o pomoc. czy to ja wszystko psuję czy jak mam postępować z tym wszystkim bo tracę nadzieję i sens życia.....