Cześć wszystkim, jestem tu nowa i to mój pierwszy wpis..
Nie bez powodu sie tu znalazłam, tytuł postu odzwierciedla w skrócie to co czuje.
Mam 26 lat. Pół roku temu rozstałam się z facetem, który po 14 miesiącach bycia ze mną oświadczył, że nie będzie chciał mieć dzieci ani się żenić. Miałam do wyboru: być z nim znając jego poglądy dot. rodziny (sprzeczne z moimi całkowicie), albo skończyć to. Wybrałam to drugie myślałam że to lepsze z dwojga złego, ale od tego czasu zamknęłam się w sobie nie umiem znaleźć sensu życia. Najczęściej leże i patrze w martwy punkt. Nie mam na nic siły, często płacze i wogóle nie chce mi się żyć.
Unikam spotkań z przyjaciółkami, wogóle kontaktu z ludźmi. Do tego mój krąg znajomych zakłada rodziny, pojawiać się zaczynają dzieci, a mnie serce boli bo widzę swoją sytuację
Tydzień temu byłam na weselu u bliskiej koleżanki, siedząc bez osoby towarzyszącej (2 pary znajomych były ze mną) 3/4 wesela czułam się fatalnie jak kołek sama. To mnie chyba jeszcze bardziej dobiło.
Mam ogromne problemy z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi, zawsze tak było, to mogę podziękować moim rodzicom i atmosferze w jakiej mnie 'wychowywali'- ojciec chory od zawsze na schizofrenię, a mama kobieta obojętna zimna w której nigdy wsparcia nie miałam, nigdy się jej nie zwierzałam i wiem,że nigdy nie będę z nią blisko. Jedynymi osobami, na które mogłam/mogę liczyć są moje bliskie koleżanki.
Nie chcę żyć tylko dla siebie, bez celu wracać do pustego domu. czuję się wypalona, czuje że nie mam po co żyć nie mam dla kogo każdy dzień jest taki sam. Nie mam żadnych nadziei, że coś się zmieni że ktoś mnie pokocha i zaakceptuje jeszcze kiedyś że będę mieć dla kogo żyć. Czuje sie jak śmieć. Myślę, aby to wszystko skończyć, bo to nie jest życie tylko wegetacja ![]()