Stanowczo nie rozumiem, co się dookoła mnie dzieje. Nie wiem czy to przez to, że przywiązałam się do mojego chłopaka za bardzo, czy po prostu na za dużo mu pozwalałam...
Mamy po 20 lat. Byliśmy ze sobą prawie 2 lata, nasz związek zakończył się tydzień temu. Jeszcze w sobotę planowaliśmy, jak spędzimy spólne wakacje, pomagaliśmy sobie w nauce do sesji, wszystko było super. Dzień później powiedział mi, że dla niego kariera jest ważniejsza (prawnik - tak samo ja rodzice), on teraz na tym musi się skupić, a dziewczyna w tym przeszkadza, bo za dużo jej trzeba poświęcać czasu. On woli coś zrobić najpierw na studia, a potem dopiero mi odpisać. A gdybyśmy mieli dziecko, to on nie zamierza rezygnować z edukacji - jego rodzice są bogaci i będą przysyłać mi pieniądze. Poza tym nie pasujemy do siebie.
Wyraźnie usłyszałam, że to koniec.
Nie poświęcał mi tak wcale dużo czasu, ponieważ oboje jesteśmy osobami aktywnymi, mamy również różnych znajomych (różne uczelnie, kierunki studiów).
Problem mój polega na tym, że jeszcze tydzień wcześniej podawał mi śniadanie do łóżka, a potem powiedział takie okropne słowa. Na dodatek on sam przez kolejne dwa dni twierdził, że nie zerwaliśmy. I co raz pisał (zerwał ze mną przez Skype, nie widzieliśmy się od tego czasu, bo często przebywamy w innych miastach) do mnie, że mnie kocha, chce się spotkać porozmawiać, a z drugiej strony uważa, że nie powinnam mu wybaczać, bo to już któryś raz zawiódł moje zaufanie.
Już ze mną zrywał dwa razy, na samym początku, ponieważ uważał, że jestem dla niego za mądra/ładna/fajna, on na mnie nie zasługuje. Wtedy miał plan, że stanie się lepszy, odnajdzie mnie i będzie się o mnie starać. Chciałam z nim być, bo już od jakiegoś czasu mnie interesował, więc mu wybaczyłam i dalej byliśmy razem.
Problem mój polega na tym, że on był naprawdę uroczym chłopakiem, poświęcał się dla mnie, pomagał mi w nauce, w tym czym on był dobry, walczył nawet ze swoimi rodzicami, byleby tylko móc się ze mną zobaczyć (jego rodzice to oddzielny problem. ojciec despota, a matka paranoiczka. chyba za mną nie przepadali, bo jak mój były mnie poznał, to pod moim wpływem zaczął stawać się bardziej niezależny. np. rodzice kontrolowali dokładnie co kupuje, potrafili mu blokować transakcje, więc zwróciłam mu uwagę, że powinno się to zmienić, bo jest pełnoletni...), stawał w obronie jeśli miałam problem ze znajomymi, okazywał mi uczucia bardzo mocno. Był moim rycerzem. Nie miałam zastrzeżeń do naszego związku oprócz tych jego kompleksów, bo usilnie starał się udowodnić sobie, że jest kimś. Ale i tak przymykałam na to oko, bo przecież każdy ma jakieś wady...
Tym razem też bym mu przebaczyła, głupia. Płakałam przez niego, ale przecież on tyle dla mnie znaczy, taki był dobry, że nie ma sensu odchodzić(tak, to on mnie rzucił, ale po tym wszystkim stwierdził, że taka sytuacja nie miała miejsca). No i teraz próbuję się przekonać, że jednak jest sens, bo inaczej powinnam stracić do siebie szacunek, skoro gonię za kimś kto lokuje mnie na niezbyt wysokim miejscu. Kiedyś uważał, że jestem najważniejsza, że jestem kobietą jego życia. Nawet powiedział tak rodzicom, żeby nie stawali nam na przeszkodzie.
Tydzień minął, a on nadal pisze do mnie "kotku". Chce się spotkać, pogadać i poprzytulać (???) ale tylko na zasadzie "jak chcesz to spoko, jak nie to trudno". Nie chcę się z nim spotykać, bo czuję, że zmięknę.
Twierdzi, że żałuje, przeprasza, chce coś zmienić, poczeka, a potem zamierza znów się o mnie starać.
Nie potrafię sobie z tym wszystkim poradzić, bo skończyło się to tak nagle. Rano dzwonimy do siebie i wymieniamy się czułymi słówkami, a wieczorem nagle wszystko się kończy.
Raz dostaję od niego informację, że on zasługuje na to, żebym do niego nie wracała, bo za dużo razy przez niego cierpiałam, a raz chce bym wracała, bo on nie doceniał tego, co miał. Że za dużo nas łączy, by to się tak szybko skończyło. A następnie pyta mnie, jak było na koncercie, na który poszłam, jak gdyby nigdy nic... Zerwał ze mną tuż przed samą sesją. Przez internet.
Nie rozumiem, co się dzieje i dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Przecież nic takiego nie powinno mieć w ogóle miejsca.
Nie wiem też, jak na to wszystko reagować.