Przebywając w pewnym miasteczku, przechodząc ulicą usłyszałam muzykę i zapach kadzidełek wydobywające się z podcieni prowadzacych do ... jak się okazało - pięknie urządzonego, obszernego klubu, z mnóstwem przytulnych lóż i salek.
Klub grupował koła zainteresowań z całego miasteczka. Był wygodnie i pięknie wyposażony, nastrojowo oświetlony, a w tle sączyła się relaksacyjna muzyka.
Serdecznie przywitała mnie barmanka i ekipa klubowiczek, którym najwygodniej było właśnie w pierwszej salce w pobliżu drzwi wejściowych i przy barze jednoczesnie.
Bywałam tam chętnie i często - choć szybko okazało się, że barmanka ma bardzo rubaszne, (jak dla mnie, zbyt folwarczne) poczucie humoru, a jej śmiech niósł się echem po całym klubie. Aż czasami nieznacznie zerkałam, czy to aby nie przeszkadza pozostałym gościom. Jednak byłam nowa w towarzystwie, (a klubowiczki z tej salki w większości nie miały zastrzeżeń), więc absolutnie nie wypadało mi w jakikolwiek sposób dać jej odczuć, że mnie to razi.
Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać, że intencjami .. to u barmanki tak naprawdę ....róznie bywa, a uśmiech często ma nie serdeczny, a sarkastyczny. Coraz większą niechęć czułam do przebywania z nią - jednak nie chciałam tracić kontaktu ze wszystkimi klubowiczkami ..... nie wiedziałam, jak wybrnąć z sytuacji, więc postanowiłam zrobić sobie przerwę w odwiedzaniu Klubu i przemysleć sprawę.
Czasem jednak czytałam w miejscowej gazecie o odbywających się wydarzeniach kulturalnych w klubie, o próbach chóru, o występach grupy Tap Dogs etc i myślałam, że chętnie bym tam wpadła na pogawędkę, gdyby był sposób na wejście inną stroną budynku ... nie przez ten bar ! - bo tam znowu "dorwie" mnie ta barmanka.
Ona zawsze tkwiła za barem i miała na wszystko oko - jak Wielka Oddziałowa z "Lotu nad kukułczym gniazdem".
Mimo wszystko bardzo nie chciałam jej urazić mówiac wprost , że po bliższym poznaniu - jako mój rozmówca traci na atrakcyjności - i że tak na poważnie - to nie mamy wspólnych tematów do rozmów, niewiele nas łączy itp - no bo po co miałabym robić jej przykrość. Postanowiłam zachować moje spostrzeżenia dla siebie.
Krótko po tym, jak wyjechałam na odpoczynek, przeczytałam na jakimś portalu, że przy barze tego Klubu doszło do przepychanek - barmanka doprowadziła do zamieszania przed wejściem do Klubu, w niezbyt parlamentarnych słowach odsyłając nastoletnie cheerleaderki z radą, by zajęły się swoją dyskoteką raczej, a nie klubem dla pań.
Utarczka była tak nieprzyjemna, że gdy czytałam sprawozdanie z niej .. robiło mi się niedobrze. Byłam szczęśliwa, że jestem daleko. Poczułam, że nigdy nie będę w stanie wrócić do tego miejsca i rozmawiać z barmanką jak gdyby nic się nie stało.
Wiedziałam na pewno, że nie jest to właściwe dla mnie miejsce.
Dni płyneły, obowiązki zmusiły mnie do wyjazdu w inne strony - ale czasem czytałam wiadomości z tamtejszej gazety, by dowiedzieć się, co słychać w tym pięknym Klubie, jaki program na weekend, jak wiedzie się pewnej chórzystce bywającej w pierwszej salce, której kibicowałam - gdy jej chór wyjeżdżał na konkurs...
Po pewnym czasie nieoczekiwanie pojawiła się pomyślna dla mnie nowina : Klub się rozbudowuje!!!.
Trwają prace nad dobudową dwóch nowych skrzydeł do istniejącego budynku!!! Każde skrzydło będzie dysponowało osobnym wejściem !
Huraaaaa - pomyślałam.
Zapiszę się do innego stowarzyszenia działającego w obrębie Klubu używając imienia od bierzmowania. Barmanka mnie nie zobaczy (myślałam-naiwna..), nie będę musiała jej mówić - że jej sposób bycia i traktowania innych był powodem mojego odejścia - będzie wilk syty i owca cała .Bo kłamać nie umiem - taka wada :)
Pewnego dnia jednak wpadłam na nią w części Klubu wydzielonej dla działalności mojego nowego stowarzyszenia.
Jak to ona - walnęła mnie na powitanie "przyjacielsko" w plecy, aż sobie język przygryzłam.
Na szczęście - nie krwawił ;)
Historia nie jest może niesamowita, ale niosła ze soba ładunek emocji większy, niż w tej piosence : ...: lata dwudzieste, lata trzydzieste" , wiec dodałam po dziesiątce do tytułowych cyferek :);)