Nie lubię zbytnio pisać o tych sprawach.
Zastanawiałam się długo czy w ogóle napisać tutaj coś na forum. Mimo wszystko jednak postanowiłam się otworzyć, być może któraś z was miała podobne doświadczenia?
Zanim poszłam do podstawówki żyło mi się całkiem nieźle. Miałam jedną zaprzyjaźnioną kumpelę, z którą spędzałyśmy niemal całe dnie. Nie miałam jakichś kompleksów. Zawsze byłam ładna i pełna życia. Byłam urwisem i nie mogłam usiedzieć długo w miejscu.
Wszystko się zmieniło, kiedy poszłam do szkoły. Rozwijałam się szybciej niż rówieśniczki, byłam silna i "duża". Nie miałam brzucha czy jakichś fałd. Byłam zbudowana proporcjonalnie. Niemniej jednak wyróżniał mnie jeden szczegół - mocne - dobrze zbudowane i grube nogi :-(((((
Nie można powiedzieć żebym była otyła, miałam sylwetkę kobiecą ale nogi niestety stały się powodem wiecznych docinków ze strony kolegów z klasy. Wychodząc z podstawówki, w VIII kl. ważyłam 78 kg.
Dla wielu z was taka waga to pewnie koszmar koszmarów, jednak niestety choćbym się odchudzała nigdy nie udałoby mi się uzyskać np wagi 55 kg - byłabym szkieletem, mam mocny, ciężki kościec :-P.
Ale wracając do tematu.
Pomimo, że nie byłam nieśmiała, docinki kolegów robione z wielką złośliwością zapadły mi bardzo głęboko w serce. Chodzenie do szkoły stało się dla mnie koszmarem. Każdego dnia bałam się, że znowu usłyszę docinki w stylu: "gruba", "tłusta oliwa", etc.
Kiedy wspominam te czasy nadal się wstydzę.
Początkowo docinali mi tylko chłopcy, później także dziewczyny z klasy, tworzące paczkę "extra lasek".
Żeby było ciekawiej, nikt nigdy nie twierdził, że byłam nieśmiała. Wręcz przeciwnie. Uważano mnie za silną, męską (może coś w tym było ale bez przesady).
To fakt, czasem zachowywałam się złośliwie aby ukryć lęk i gniew.
Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że byłam znana z wielu uzdolnień artystycznych i dobrych stopni. Tutaj z kolei spotykałam się z zazdrością koleżanek.
Wyobraźcie sobie, że od czasów podstawówki nie miałam na sobie nigdy spodenek ani spódniczki (a minęło już wiele, wiele lat).
Moi faceci (obecny i były) są zadowoleni z mojej sylwetki ale ja nie potrafię siebie zaakceptować.
W liceum, pomimo, że nikt nie robił mi już nieprzyjemnych uwag, nie potrafiłam nawiązywać. Zawsze czułam się gorsza i uważałam, że muszę być "naj" żeby być w ogóle o.k.
Unikałam szkoły jak ognia.
Nagminnie wagarowałam i spóźniałam się. Siedziałam coraz więcej w domu.
Również na studiach wyższych nie potrafiłam się znaleźć w grupie.
Do dzisiaj tego nie potrafię.
Bardzo chciałabym się uodpornić psychicznie aby nie być tak nadwrażliwa na swoim punkcie.
Czytałam post pewnej dziewczyny, że nikt jej nie lubi w pracy.
Miałam dokładnie to samo, tyle że na odwrót ;-).
Na pierwszym spotkaniu zawsze robię dobre wrażenie, natomiast jak już gdzieś pracuję dłużej, to ciągle chodzę zastrachana (wewnętrznie), że znów mnie nikt nie polubi. PO pewnym czasie zauważam, ze ludzie się odsuwają.
Zawsze zazdrościłam ludziom, że mają swoje "paczki znajomych". Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Miałam zawsze jedną, dwie koleżanki. Czasem wychodziłam z nimi na dyskotekę.
I w całej mojej historii może dwa razy jakiś chłopak zaprosił mnie do tańca! (chociaż dziewczyny mówiły, że jestem bardzo ładna.
Nie wiem, jak wy ale ja z dyskotek wyniosłam doświadczenie mówiące, że jedynie laski z chudymi nogami i w mini mają powodzenie :-(.
Jako kobieta nie potrafię poruszać się w świecie damsko-męskich sygnałów. Nie wiem jak zwrócić na siebie uwagę. I uwaga! Nie jestem już od dawna ostra czy arogancka. Często się uśmiecham i jestem ogólnie serdeczna dla ludzi, tyle że cholernie nadwrażliwa. Kiedy czuję, że ktoś mnie nie lubi, mam przemożną chęć uciekać, po prostu uciekać.
I tak uciekałam całe życie, mając o sobie jak najgorsze zdanie.
Czasy szkolne są dla mnie niemiłym koszmarem, którego skutki odczuwam o dziś.
Kiedy odwiedziłam naszą klasę stwierdziłam, że nigdy się do niej nie "zapiszę".
To była szkoła życia, która nauczyła mnie jak nienawidzić siebie.